7. Profesor
Podobne są do siebie — matka i córka. Rysy twarzy, sposób mówienia, nawyki. Nawet stoją tak samo: głowy przechylone na bok, dłonie zaciśnięte w pięści, oczy zmrużone.
Oczy…
U Basi są niebieskie jak sierpniowe niebo. U Dariny — zielone wiry. I kolor włosów mają inny. A cała reszta… Nawet gdybym nie wiedział, że są ze sobą spokrewnione, nie pomyliłbym ich.
— Mamo? — powtarza Basia ciszej i robi krok w moją stronę.
Czy ona boi się własnej matki? Co jest, do cholery?
— Basia? — głos Jaskółki chrzęści jak piasek pod stopami.
Patrzy na córkę, która przesuwa się w moją stronę bokiem, a na dnie jej zielonych oczu rodzi się panika. Najprawdziwsza. Kłębi się jak ciemny wir, chowając promienie słońca w źrenicach.
Cholera. Tego jeszcze brakowało, żeby Jaskółka zemdlała albo wpadła w histerię. Zastanowiłem się, czy w domu są jakieś środki uspokajające. Nie mogłem sobie przypomnieć i cicho zakląłem, kiedy na moich oczach chłopak z sąsiedztwa, ledwie stojący na nogach i uczepiony bramy, zaczął powoli osuwać się na ziemię.
Basia krzyknęła. Jaskółka rzuciła się do chłopaka i go złapała, nie pozwalając mu runąć na ziemię. Przy jego wadze i wzroście mogło się to źle skończyć. Taras, który rzucał Basi wściekłe spojrzenia i rozmazywał po umorusanej twarzy krew, która jednak popłynęła mu z nosa, pobladł i też szykował się, żeby zaryć nosem w ziemię.
— Tarasie, nawet nie próbuj! — wrzasnąłem tak, że chłopcu natychmiast odechciało się tracić przytomność. Tylko pociągnął nosem tak żałośnie, że aż miałem ochotę zakląć na głos. Ledwie się powstrzymałem. — Barbaro, Tarasie, jazda do środka! Basia, umyj go i napój herbatą. A na nasadę nosa przyłóż lód, dopóki krew nie przestanie lecieć.
Spojrzałem na Basię, która z lękiem patrzyła na matkę usiłującą ocucić kolejnego poszkodowanego. Szło jej to wyjątkowo kiepsko, choć Jaskółka dobrze się trzymała.
— Basia — dotknąłem jej kanciastego barku wystającego przez rozdarcie w koszuli. — To nie twoja wina, słyszysz?
Skinęła głową, nie odrywając wzroku od matki.
— Kto niby jest winien, że takie z nich słabeusze… — mrugnąłem do niej, widząc, jak uchodzi z niej napięcie. — Ale spokojnie, doprowadzimy ich do formy. Myślę, że poranne treningi im nie zaszkodzą. Jak sądzisz?
— A ty… ty potrafisz? — W niebieskich oczach zapaliło się coś na kształt nadziei.
Odetchnąłem. No i dobrze.
— Jutro się przekonamy.
Znowu skinęła głową i pomknęła do Tarasa, podstawiając mu swoje kruche ramię. Chłopak nie stawiał oporu, objął Basię i we dwoje zniknęli w domu.
A ja podszedłem do Jaskółki. Trzęsła się i miałem wrażenie, że jeszcze chwila, a na pewno się rozsypie — jeśli nie wpadnie w histerię, to się rozpłacze.
Tylko kobiecych łez mi teraz brakowało.
— Platonie — zaszlochała, od razu przechodząc na „ty” — on nie odzyskuje przytomności. Ja… nie wiem, co robić. Ja… Basia, ona… rozumiesz…
Nic z tego nie rozumiałem, poza tym, że jej oczy musiał namalować jakiś genialny artysta, który zmieszał wszystkie odcienie zieleni. A na koniec dodał kroplę żółci rozlewającą się wokół czarnych kropek źrenic.
Czarodziejskie oczy.
— Platonie… — tym razem w jej głosie wyraźnie zabrzmiała panika.
— Daj go tutaj — potrząsnąłem głową, przeganiając niestosowne myśli, i wziąłem chłopaka na ręce.
Chłopak okazał się ciężki i mokry, ale oddychał równo. Już dobrze. Czyli zwykłe omdlenie.
W domu chłopiec szybko odzyskał przytomność, choć trzeba go było oblać zimną wodą. Kiedy prychał, wycierając z twarzy wodę wylaną mu na głowę ze szklanki, Basia umyła Tarasa, któremu teraz pierwszej pomocy udzielała Jaskółka. Trzeba przyznać, robiła to profesjonalnie. I chyba się uspokoiła.
Po półgodzinie zamieszania i dziecięcych jęków siedzieliśmy w kuchni i piliśmy herbatę. Taras, z tamponikami z gazy w spuchniętym nosie, oraz Wania, który nawet teraz patrzył na Basię jak na morskiego krakena — z plastrem na policzku i w moim T-shircie, który niemal na niego pasował — popijali herbatę i ledwo zauważalnie krzywili się z bólu.
Chyba będę musiał odłożyć treningi, dopóki ta dwójka nie dojdzie do siebie po spotkaniu z Barbarą. Sama zadziora, w suchych dżinsach i czystym T-shircie, siedziała spokojnie przy stole, spuszczając wzrok na pękaty kubek, który wzięła do ręki jeszcze wczoraj wieczorem. Na białym, okrągłym boku wymalowano pandę w pozycji bojowej i napisano: „Chwila dobroci… minęła”. No, sama niewinność.
— No proszę, szanowne dzieci, będziemy się kajać? — skrzyżowałem ręce na piersi, przelotnie spoglądając na Jaskółkę, która zastygła w drzwiach i przygryzała wargę.
Czy jej się zachciało śmiać?
— To chyba nie do nas, prawda, chłopaki? — przeciągnęła Basia, rzucając chytre spojrzenie zastygłym chłopakom. Sądząc po ich nieszczęśliwych minach, teraz marzyli tylko o jednym — uciec stąd jak najdalej. — To do bramy. Nie moja wina, że twoja brama jest taka ciężka, tatusiu. A chłopaki po prostu wpadli z wizytą, no i tak wyszło — westchnęła żałośnie. — Prawda, chłopaki?
Chłopcy zgodnie pokiwali głowami i zerknęli w stronę drzwi jak na jedyną drogę ratunku.
— Brama, tak? — prychnąłem, patrząc na beztroską Basię.
Po przestraszonej dziewczynce, która chowała się za moimi plecami, nie było już śladu. Tylko wzruszyła kanciastymi ramionkami.
— No… i ja troszkę, oczywiście — upiła łyk herbaty — naprawdę odrobinkę.
Dwoma palcami pokazała, jak mało tego było, robiąc przy tym taką minę, że chłopaków aż jakby zdmuchnął wiatr. Jaskółka spojrzała na dziewczynkę nieprzychylnie, jakby doskonale wiedziała, że coś tu jest nie tak.
— A ja co? — Ta mała psotnica wcale się nie speszyła. — Nie nazywaj mnie potworem. Jaki ze mnie potwór. Jestem księżniczką.
Z miną, jakby nic sobie z tego nie robiła, wsunęła za ucho śnieżnobiałe pasmo, odsłaniając policzek, który oblewał się szkarłatem.
Jaskółka pierwsza nie wytrzymała: opadła na krzesło i, zakrywszy dłońmi twarz, zatrzęsła się ze śmiechu. Wymieniliśmy z Basią spojrzenia i również wybuchnęliśmy śmiechem.
I tak nas przyłapano.