SOVABOO

Kruche serce

Ch. 19: Rozdział 11

Kapitel 19

Rozdział 11

Trzy tygodnie później…

— Alicja Śnieżna?

— Tak, to ja.

— Proszę, niech pani weźmie wydruk badania z pieczątką lekarza. Następna wizyta u ginekologa zalecana za miesiąc. Wszystkiego dobrego!

— D-dziękuję.

Wszystko usłyszałam już w prywatnym gabinecie diagnostyki ultradźwiękowej, ale i tak wychodzę na zewnątrz i jeszcze raz czytam wyniki, jakbym chciała się upewnić, że to nie był sen. 

Ciąża: cztery i pół tygodnia. Tkanki miękkie w normie, nie stwierdzono patologii. Do badania dołączone zdjęcie 3D, na którym — jak wyjaśnił lekarz — widać pęcherzyk ciążowy. Mała czarna kropka o średnicy kilku milimetrów. Moje przyszłe dziecko, którego bicie serca będzie można usłyszeć już za tydzień.

Patrzę na to zdjęcie i nie rozumiem, po co lekarz mi je dał? Po co to wszystko opowiedział?

I co ja mam teraz z tym zrobić?

Do ostatniej chwili łudziłam się, że moje przeczucia to błąd, że mi się zdawało. Nawet gdy kupowałam w aptece swój pierwszy w życiu test, długo stałam przy ladzie, nie mogąc odważyć się, by podejść do kasy. Możliwa ciąża wydawała się czymś nierealnym. Jak film albo sen.

Czy mój organizm naprawdę jest do tego zdolny?

Znowu próbowałam sobie wmówić, że brak miesiączki wiąże się z anemią i mrozem. Z przeżyciami, w których trwałam przez ostatnie tygodnie — Wład wciąż nie chciał odpuścić, a Rusłan zniknął. Przecież coś podobnego już mi się kiedyś przydarzyło, tuż przed tym, jak dowiedziałam się o swojej diagnozie.

Co prawda wtedy nie było mdłości ani tego dziwnego uczucia, jakby coś we mnie się zmieniło. Jakby kod genetyczny uległ przebudowie.

Zapamiętałam, jak lekarz powiedział wtedy, że w przyszłości ciąża może być dla mnie problemem. O ile w ogóle nastąpi, bo mój organizm może na to nie pozwolić. I że powinnam przemyśleć każdy swój krok, by nie narażać serca na ryzyko.

Powinnam, ale jedyne, o czym potrafię dziś myśleć, to niedowierzanie: jak mogłam zajść w ciążę za pierwszym razem? Nie, to niemożliwe. To tylko natrętne myśli!

Ale już pierwszy test okazał się pozytywny. Drugi też.

A teraz badanie to potwierdziło.

Więc co ja mam zrobić?

 

Męczę się z tymi myślami przez tydzień. Na szczęście sesję mam już za sobą i trwają ferie. Biorę więcej zleceń, przesiaduję przy laptopie do późna, żeby się oderwać. Zachowuję się jak ślimak w swojej muszli doskonale wiedząc, że problem sam się nie rozwiąże.

Mimo to nie wyobrażam sobie, jak miałabym o wszystkim powiedzieć rodzicom. W którą stronę zrobić krok? 

Co odpowiedzieć na pytania Romki: „Alicja, wszystko u ciebie w porządku? Jakaś taka blada i zgaszona jesteś. Siostra, nie zachorowałaś przypadkiem?.. No, przestań już się na mnie dąsać! Jak będzie trzeba, to i drugi raz Mardżanowowi po mordzie pociągnę!”…

…I jak przyjąć tę nowinę samej.

Zdjęcie z drukarki USG leży w grubym słowniku roboczym jak zakładka. Patrzę na nie raz po raz. Piąty tydzień życia embrionu. To już nie milimetry, to ziarnko pomarańczy. Czy naprawdę bije w nim już serce? Zdrowe serduszko, choć maleńkie. We mnie?

Można oszaleć. Dla natury to nic nowego, a dla mnie — pęknięcie całego wszechświata! Czuję, jak ta szczelina się powiększa, a strach rośnie: co będzie jutro? Czy tak już będę siedzieć i liczyć dni niepewności, czy jednak odważę się powiedzieć Rusłanowi?

I zmienić jego życie?

O innej opcji boję się nawet myśleć. Po tym, jak lekarz pokazał mi zdjęcie, po prostu nie mogłabym się na to zdecydować!

I nie wyobrażam sobie, jak opowiem o tym wszystkim Mardżanowowi.

Mdłości, jakby wyczuwając mój strach, ustępują, a ja zwlekam kolejny dzień… i jeszcze jeden… wciąż nie wierząc w to, co oczywiste.

***

Wieczorem Romka wraca do domu wściekły, z siniakiem pod okiem i rozbitym nosem. Od razu się domyślam, czyja to sprawa.

— Co się stało? — pytam brata, wychodząc z pokoju, gdy słyszę, jak w przedpokoju głośno trzaskają drzwi i padają przekleństwa.

Charakter Romki nie jest łatwy, buty tradycyjnie rozlatują się na wszystkie strony, ale nie zamierzam ich zbierać. Patrzę na brata, który gwałtownie zdejmuje kurtkę i idzie do łazienki. Odkręca kran z zimną wodą, przemywa twarz i przykłada ręcznik do nosa, próbując zatamować krew.

— Idiota! Cholerny gnojek Mardżanow! Nienawidzę go!

— Rusłan tu był?

— Był… bydlak! Ale powiedziałem mu, że dla ciebie nie istnieje! Niech spieprza!

— Dlaczego? — pytam z lodowatym zdumieniem. — Czy ja cię o to prosiłam?

— Jeszcze powiedz, Alicka, że się za nim stęskniłaś! — brat zerka na mnie gniewnie zdrowym okiem. — Może mam mu podpowiedzieć, żeby następnym razem z kwiatkami przytargał?! Wielbiciel od siedmiu boleści!” 

Tym razem to ja z hałasem zatrzaskuję drzwi do łazienki i odchodzę.

— Cholera, Alis… nie chciałem! — słyszę za plecami głos jednocześnie wściekły i winny, ale nie mam na to innej odpowiedzi niż:

— Spadaj w dupę, Romka!

 

 Zegar wskazuje wpół do ośmej wieczorem. Nie jest wcześnie, za oknem zdążyło już ściemnieć, ale nie jest też zbyt późno, bym — póki nie ostygłam i nie zmieniłam zdania — wyszła na zewnątrz.

Czeszę włosy, związuję je w niedbały kucyk, wkładam czapkę, buty i puchową kurtkę. Biorę telefon, który zostawił mi Rusłan, i wychodzę z domu.

Włożyłam do komórki nową kartę, postanawiając nie odzyskiwać starej, by uniknąć telefonów od Włada. Nie znam numeru Mardżanowa, a brata pytać nie chcę. Waham się na rogu bloku, ale w końcu się decyduję. Idę pieszo w stronę sąsiedniej dzielnicy, by porozmawiać z chłopakiem.

I tak nie unikniemy tej rozmowy.

Dzisiaj droga do nowego wieżowca wydaje się znacznie dłuższa niż wtedy, gdy szłyśmy z Marynką na imprezę. I chłodniejsza przez zdenerwowanie. Łatwo znajduję właściwy budynek — jest tu najwyższy. Przez chwilę stoję na dole, mając nadzieję, że zobaczę Rusłana na podwórku. Ale go nie ma, co oznacza, że będę musiała wejść do niego sama i być może spotkać się twarzą w twarz z jego rodzicami.

To nie jest najlepsza perspektywa. Olga Stanisławowna na pewno uzna mnie za kłamczuchę, przecież powiedziałam jej, że nie jestem w ciąży. Odwagi do tego spotkania nie mam w sobie zbyt wiele, więc staram się o tym nie myśleć, gdy wchodzę do klatki tuż za nieznajomą parą. Podaję konsjerżowi nazwisko znanych mu lokatorów i wjeżdżam windą na górę.

Wychodzę na odpowiednim piętrze, podchodząc do znajomych już drzwi i nagle opuszczam rękę. Wciąż nie mam odwagi, by nacisnąć dzwonek.

Co ja mu teraz powiem, jeśli go zobaczę — Rusłanowi? Jak wyjaśnię, dlaczego przyszłam? Bo mam dla niego nowinę? Czy dlatego, że Romka skłamał i tak naprawdę nie zapomniałam o nim ani na jeden dzień?

Boże, to chyba głupie…

Ale drzwi nagle otwierają się same i widzę Rusłana.

Ma na sobie czarną koszulkę, włosy w nieładzie, a pod oczami ciemne obwódki, przez co kości policzkowe i spojrzenie wydają się ostrzejsze. Ale na twarzy nie ma śladów walki — a więc dzisiaj oberwało się mojemu bratu.

— Ty?

— Cześć, Rusłan. To ja.

— Co ty tu robisz, Alicja? — pada najgłupsze pytanie, jakie mógł zadać.

I ton głosu jest taki, że od razu rozumiem: nikt na mnie nie czekał, jestem nieproszonym gościem. Po twarzy chłopaka też widać, że nie jest zadowolony z mojej wizyty.

— Przyszłam z tobą porozmawiać.

— Dopiero teraz? — Rusłan prycha twardo, wsuwając rękę w kieszeń nisko opuszczonych na biodrach spodni.

— To ty odszedłeś, pamiętasz? Myślałam, że nie chcesz mnie widzieć.

— Możesz być pewna, że już nie chcę!

To wyznanie jest jak spoliczkowanie, którego się nie spodziewałam. Muszę milczeć przez chwilę, patrząc na niego, zanim wyduszę z siebie:

— Dlaczego?

— I ty jeszcze pytasz? Cholera, Śnieżna! To ja powinienem zapytać, co ty tu do diabła robisz, skoro powinnaś namiętnie całować się ze swoją tępą rybą! Mogłaś od razu powiedzieć, że byłem ci potrzebny tylko po to, żeby się na nim zemścić! A nie zmyślać bajki o tym, jaka to jesteś szlachetna i jak się o mnie troszczysz — zupełnie jak moja matka!

Marszczę brwi, nie rozumiejąc, dlaczego on jest taki wściekły i co się dzieje.

— Wyjaśnij mi to, Rusłan. Nie rozumiem, o czym mówisz.

— O tym, że tam na ławce mnie okłamałaś! Nigdy nie traktowałaś mnie poważnie, dlatego mnie spławiłaś!

— To nieprawda!

— Prawda. Twój Rubaskin rozpowiada wszystkim, że w Sylwestra ci się oświadczył i bierzecie ślub! Oto dlaczego nie było cię w domu — byliście razem! A ja, jak ostatni idiota, czekałem na ciebie. A teraz przyszłaś mi o tym powiedzieć? Za późno, Śniegu, mam to gdzieś!

Wargi Rusłana zaciskają się gniewnie, ramiona są napięte, a oczy błyszczą złością. Nagle mam wrażenie, że żyjemy w równoległych wszechświatach, a w moim wyraźnie brakuje tlenu i prawdy.

— Jaki ślub, Rusłan? — wydycham zdumiona. — Odmówiłam Władowi i nie wiem, komu i co on opowiada. Dawno się z nim rozstałam i nie jesteśmy już razem. I nigdy cię nie okłamałam…

Drzwi się otwierają i z mieszkania wychyla się dziewczyna. Ta sama, która była z nim, a raczej wisiała na nim podczas tamtej pamiętnej imprezy — ładna szatynka z imponującym biustem, który ledwo zakrywa skąpy top, i krągłymi biodrami pod krótką spódniczką odsłaniającą gołe nogi.

Zobaczywszy mnie, podchodzi do Rusłana i zalotnie wygina ciało, lgnąc do jego boku. Wsuwa dłonie pod jego szeroką koszulkę, przytulając się mocniej i pokazując, że dzisiaj on należy do niej.

A we mnie krew jakby naraz zastygła, zmieniając się w lodowate kryształy. Przeszywają moje ciało ostrymi krawędziami, ranią tak, że oddychanie sprawia ból i nie mam sił, by ruszyć się z miejsca.

Moja rzeczywistość wciąż jest mroźna jak Antarktyda. I tak samo martwa, jak mój nieruchomy wzrok.

— Rusik, czemu tak nagle ode mnie uciekłeś? — pyta dziewczyna kapryśnie, ale wesoło. Jej życie tętni energią i ona to kocha. — Poszedłeś gdzieś… Kto to jest? A zresztą, co mnie to obchodzi! Boże… — chichocze mu w szyję, oplatając go ramionami — ledwo znalazłam swoje majteczki, żeby do ciebie wyjść…

Robię krok w tył, potem kolejny… Odwracam się i idę w stronę klatki schodowej. Schodzę po schodach coraz szybciej… jeszcze szybciej…

— Maszka, idiotko, puść mnie!

…biegnę w dół po stopniach tak szybko, jak tylko potrafię, nic nie widząc przed sobą przez łzy, które zalały mi oczy.

W dół. W dół. Jak najdalej od tego, co właśnie zobaczyłam!

Wybiegam z bloku, ale nie mam sił biec dalej. Nurkuję w cień przy ganku. Uderzam plecami o ścianę i osuwam się na dół, zakrywając twarz dłońmi, tłumiąc w dłoniach rozpaczliwy szloch.

Gdzieś całkiem blisko otwierają się drzwi i słychać głos Rusłana wyrywający się na ulicę:

— Alicja, stój!.. Alicja!.. Śniegu, gdzie jesteś?!

Ten głos rozpuszcza się echem w mroźnym i ciemnym wieczorze, oddalając się i zostawiając mnie samą:

— Alicja, poczekaj!.. Alicja!!

Zostałabym tak już na zawsze, zmieniając się w prawdziwy śnieg. Ale telefon w kieszeni uporczywie dzwoni i dzwoni. Wyciągam go nieposłusznymi rękami i odbieram połączenie od jedynej osoby, która bez względu na wszystko i na to, jak bardzo bylibyśmy głupi, nigdy mnie nie zdradzi:

— Romka, proszę… pomóż mi.