Kapitel 31
Rozdział 18, część 3
Alicja
Wokół jest dziwnie cicho i czuć niewidzialne echo pustki. Tak bywa, gdy znajdziesz się w nieznajomym miejscu i nic o nim nie wiesz. Nawet zapachy są obce, mroźne i kłujące, choć nie jest mi zimno.
Mam wrażenie, jakbym wynurzyła się z dna na powierzchnię, obudziła się, ale jeszcze nie otworzyła oczu. Śniłam coś, ale czy to na pewno był sen?
Niejasno przypominam sobie jakieś postacie i głosy. Dźwięk syreny, ból paraliżujący ciało i jasne, rażące w oczy światło. Zastąpiło wir, w którym kręciłam się bez możliwości pochwycenia czegokolwiek. Podniesienia rąk i zatrzymania tego wszystkiego. Dosięgnięcia wyciągniętych do mnie palców.
Ale teraz wszystko stoi w miejscu — i czas, i przestrzeń.
— Czy ja… umarłam?
Obok słychać jakiś dźwięk i coś głucho łomoce, jakby ktoś zerwał się na nogi i coś upuścił. Głos, który znam, od razu odpowiada:
— Nie, żyjesz! Alicja?!
— Rusłan?.. Gdzie jestem? Dlaczego jest tak ciemno?
— Jesteś w szpitalu. Teraz jest noc. Lekarz powiedział, że potrzebujesz odpoczynku, więc nie zapalałem światła.
— A Ania? Gdzie jest Anusia?!
— Nasza córka jest u twoich rodziców. Odebrali ją od moich, a moi teraz odchodzą od zmysłów. Matka cały czas pisze do mnie na komunikatorze i płacze. Pyta o ciebie i prosi o pozwolenie na zobaczenie wnuczki. Nawet do Frankfurtu nie poleciała, olała samolot, wyobrażasz sobie?..
— Rusłan… — ledwie wydycham. — To naprawdę ty?
Zapala światło w małym przedpokoju tej osobnej sali, w której leżę, i wraca do mnie. Siada przy łóżku i bierze moją dłoń w swoją.
— Aliska… to ja. Nie płacz. Nie wolno ci, słyszysz?
— Co ze mną? Mogę oddychać. Nic mnie nie boli.
— I nie będzie. Zoperowano cię — sam profesor Szybujew. Powiedział, że twoje serce jest teraz zdrowe. Jak tylko wydobrzejesz, blizny się zagoją i wszystko będzie dobrze.
— Dobrze?
— Oczywiście.
Mardżanow siedzi w samym t-shircie i spodniach dresowych. Włosy ma w nieładzie, grzywka opadła mu na czoło, a ciemne oczy błyszczą. Teraz są jak noc, ale wiem, że wraz z nadejściem dnia pojawi się w nich kolor jagód. Tych samych, które dawno mnie zdobyły. I ilekolwiek bym się nie okłamywała, nie chcę patrzeć w żadne inne.
Ileż błędów oboje popełniliśmy. Tak, ja też. Wtedy, gdy nie potrafiłam słuchać.
Uwalniam dłoń z jego gorącej dłoni i dotykam palcami jego twarzy. Odgarniam włosy z czoła i przesuwam palcami po nieogolonym policzku.
— Jesteś rozebrany. Spałeś tutaj?
— Tak. A gdzie niby indziej?
— A nie masz gdzie?
— Nie mam, Alicjo. Nie chciałem zostawiać cię samej.
— Jak długo jestem w szpitalu?
— Dwie noce. Profesor pozwolił ci się wyspać i nabrać sił. Myśleliśmy, że ockniesz się rano. Śniegu?
— Co? — wydycham, a Rusłan już przechwytuje moje palce i całuje je, ściskając w swoich.
— Tak strasznie tęskniłem. A do tego obiłem oko twojemu bratu i wszystkim tutaj powiedziałem, że jesteś moją żoną. Wygląda na to, że twoi rodzice wzięli mnie na poważnie. Nie rozczaruj ich. Musieliśmy przebrnąć przez niełatwą rozmowę.
— Ależ intensywny miałeś tydzień, Mardżanow, a wszystko przeze mnie.
— Aliska, powiedz „tak”.
— Tak teraz? Już?
— A kiedy? — dziwi się cicho Rusłan. — Klęczę, a i tak spóźniliśmy się o ponad pięć lat. Ale najważniejsze, że obiecałem Anusi, że u nas wszystko będzie teraz już naprawdę. Nie mogę jej przecież zawieść.
Nie pytam o nic, po prostu na niego patrzę, rozumiejąc, że między nami nie ma już żadnych tajemnic.
— Wiesz…
— Przepraszam, Alicjo. Powinienem był od razu domyślić się prawdy o córce. Nie mam usprawiedliwienia.
— Mówiłeś do mnie. Słyszałam, ale myślałam, że to mi się śniło.
— Mówiłem. Nie chcę wspominać pierwszej nocy tutaj. Wydawało mi się, że oszaleję, zanim nadejdzie rano.
— Tak.
— Śniegu?
— Zgadzam się. Ale będziesz miał żonę z bliznami, Mardżanow.
— Nie zobaczę ich, przecież wiesz.
Wciąż trzyma moją dłoń przy swojej twarzy, a ja dostrzegam na serdecznym palcu obrączkę z kamieniem.
— Rusłan, czy mi się wydaje, czy mam pierścionek na palcu? — pytam z niedowierzaniem.
— Nie wydaje ci się. Kiedy byli u ciebie rodzice, razem z Anusią znaleźliśmy niedaleko sklep jubilerski. Wybrałem platynę i brylant. Jest twój, Śniegu.
— O Boże, ty naprawdę jesteś szalony! — dziwię się cicho. — Teraz myślę, że przespałam całą wieczność.
— Nie wyobrażasz sobie, Aliska, jak bardzo chcę cię przytulić! — wyznaje nagle Rusłan i wzdycha ze smutkiem: — Ale nie wolno. Profesor osobiście obiecał mi urwać uszy i przyszyć je do tyłka. Myślisz, że to doda mi seksapilu?
— Głuptasie…
— Stop, nie wolno ci się śmiać! — reflektuje się na poważnie, gdy dostrzega uśmiech na moich wargach. Spieszy się, by poprawić kołdrę przy moim boku. — Nie jest ci zimno?
— Nie — odpowiadam szczerze. — To aż dziwne. Powiedz, czy mogę wstać? Muszę… bardzo muszę na chwilę wyjść.
— Tak, profesor powiedział, że możemy próbować. Ale, Aliska, czekaj… Masz cewnik, zaraz ci pomogę!
— Co? O, nie… — przerażam się, domyśliwszy się, o co mu chodzi. — Chyba nie chcesz powiedzieć, że widziałeś…
— Oczywiście. Nie masz się czego przy mnie wstydzić!
— Jaki koszmar, Mardżanow. Jeszcze nie wyszłam za ciebie za mąż, a już jestem gotowa się z tobą rozwieść!