Kapitel 4
Rozdział 3, część 1
W kinie się rozgrzałam, ale wracając do domu niespiesznym krokiem w towarzystwie znajomych Włada, zdążyłam znowu zmarznąć. Dlatego po przebraniu się pierwsze, co robię, to idę do łazienki i biorę gorący prysznic.
Gdyby tak można było stać wiecznie pod gorącymi strumieniami, chłonąc ich ciepło i napełniając ciało spokojem. Gdyby dało się pod nimi położyć i skulić w kłębek, zrobiłabym to bez wahania. Zamiast tego zmywam z twarzy dyskretny makijaż, myję się i wychodzę z kabiny. Owinięta ręcznikiem, smaruję szyję i ramiona lekkim kremem i rozczesuję długie włosy.
Teraz, gdy są mokre, wydają się popielate, podobnie jak brwi i rzęsy, a policzki mam nienaturalnie zaróżowione od gorącej wody – taką nie widzi mnie nikt. Ale wkrótce włosy wyschną do naturalnej platyny, a rumieniec zniknie. Na twarzy znów zostaną tylko chłodne, różowe usta i wielkie, niebieskie oczy. Tak jasne i ostre jak lód Antarktydy.
Rusłan ma rację – śnieg i nic więcej. Obraz, po którym nie spodziewasz się ciepła, bo patrząc na niego, rozumiesz: gdzieś tam, w środku, w jej sercu mieszka chłód. Okruch lodu, jak w bajce o Królowej Śniegu, który nigdy nie pozwoli mi czuć.
I nie pozwoli żyć, jeśli pewnego dnia nie rozpuści go cud.
Wada serca. Oto dlaczego zawsze marznę i zawsze jestem blada. Dlatego od dziecka unikałam głośnych grup i trzymałam się z dala od rówieśników, intuicyjnie wybierając drogę bezpieczeństwa. „Nic nie szkodzi, dziewczynko, z taką wrodzoną wadą da się żyć. Jest świetna terapia i cudowni chirurdzy, oni sprawią, że twoje serce będzie bić jak szwajcarski zegarek! Ale potrzebne jest leczenie wysokiej jakości. I im wcześniej, tym lepiej!”.
O swojej diagnozie dowiedziałam się zbyt późno. Przypadkiem, gdy ból pod piersią długo nie dawał mi spać i odważyłam się pójść do lekarza. Wtedy małżeństwo moich rodziców się rozpadało, a ja i Romka bardzo to przeżywaliśmy. Tyle że brat uciekał od domowych kłótni w melanże z kumplami, a ja byłam blisko i uspokajałam oboje. Wtedy rodzice nie mieli głowy do mnie, a potem już nigdy nie potrafiłam im powiedzieć.
Mogłam jednak i starałam się pomóc sobie sama. Zarobić jeśli nie na operację – o której na razie mogłam tylko marzyć – to przynajmniej na dobrą terapię.
Potem w moim życiu pojawił się Wład i dałam sobie szansę na związek, mimo że nie było w nim miłości, a moje serce nie odpowiadało. Ale przecież ciepło duchowe też grzeje – zwłaszcza gdy się go potrzebuje.
O emocjonalnym huraganie uczuć nie mogłam nawet pomyśleć. To nie dla mnie. Obecność ognia zdolnego roztopić mój odłamek (a raczej wbić go głębiej), czułam tylko w jednym chłopaku. Ale ten chłopak nie potrafiłby mnie ogrzać – mógłby mnie tylko spalić na popiół i pójść dalej, tutaj nie miałam złudzeń. Urodził się po to, by łamać serca i nie wstydził się tego pokazywać.
Wracam do sypialni, wkładam dresowe spodnie i bluzę. Upinam wilgotne włosy i przenoszę laptopa do kuchni. Jak by nie patrzeć, jestem potwornie głodna, a do tego wiszę Romce kolację, więc będę musiała zająć się tłumaczeniem równocześnie z gotowaniem zupy. Na nic więcej nie mam siły.
Zlecenie naszpikowane jest terminami technicznymi i przypisami, więc ciągle muszę sprawdzać słownictwo w specjalistycznym słowniku i uściślać detale, żeby nie popełnić błędu. Za to jeśli poradzę sobie z tą próbką, dostanę poważniejsze zlecenie z lepszą stawką. A to oznacza spokojniejszy sen i lepsze samopoczucie.
Z Władem będę musiała porozmawiać, Romka ma rację. Ostatnio w naszym związku jest coraz więcej jego pragnień, a coraz mniej mnie. Daliśmy naszemu eksperymentowi rok, by sprawdzić, czy przyjaciele mogą zostać parą, jeśli jedno z nich jest mocno zakochane. I rzeczywiście zbliżyliśmy się do siebie. W słowach Włada zaczęły pojawiać się poważne plany… Ale czy naprawdę udało nam się zostać bliskimi sobie ludźmi?
Bardzo niedługo będziemy musieli szczerze odpowiedzieć na to pytanie nie tylko sobie nawzajem, ale i samym sobie.
Wstaję od stołu i podchodzę do kuchenki. Sprawdzam w garnku mięso na zupę, obmyślając trudne do przetłumaczenia słowo i jego możliwe warianty.
Obok na blacie wyłącza się czajnik elektryczny. Wyjmuję z półki swój kubek, wrzucam torebkę herbaty, zalewam wrzątkiem, dodaję łyżkę miodu i kawałek imbiru. Trzymając kubek w dłoniach, odwracam się w stronę stołu, chcąc wrócić do laptopa… I nagle krzyczę, odkrywając za swoimi plecami wysokiego, ciemnowłosego chłopaka.
I oczywiście oblewam go wrzątkiem – chlustając całą zawartością kubka na jego klatkę piersiową i brzuch!
– Ojej!
– Ja pierdolę!
To Rusłan Mardżanow, kumpel Romki. Częsty gość w naszym domu, choć staram się z nim nie widywać. Byłam jednak pewna, że dzisiaj jesteśmy z bratem sami!
Przeklina przez zęby i odskakuje, łapiąc się za ubranie.
– Kurwa, Śniegu! Postanowiłaś nas pozbawić dzieci? Mało mi jaj nie ugotowałaś! A może i ugotowałaś… Aj, boli!
Boże, dlaczego on i dlaczego teraz? I kto go prosił, żeby podchodził tak blisko!
– Oczywiście, że boli, to przecież wrzątek! – wołam przerażona. – Zdejmuj szybko koszulkę, zanim materiał pogorszy oparzenie!
Rusłan posłusznie zdziera z siebie t-shirt, a ja rzucam się do zlewu i łapię kuchenną ściereczkę. Moczę ją pod zimną wodą, wyżymam i wracam do chłopaka. Składam ścierkę na pół i ostrożnie przykładam do jego umięśnionego brzucha, gdzie na śniadej skórze zdążył już wykwitnąć czerwony ślad oparzenia.
– Śniegu, nie oparzyłaś mnie tylko tutaj, trzeba zajrzeć niżej.
– Tylko spróbuj rozpiąć rozporek! Najpierw ja wyjdę, potem rozpinaj.
– Alis, a może po prostu schłodzisz to dłońmi? Uwierz, to zadziała lepiej. Dokładnie wiem, czego mi trzeba.
– Lepiej zadziała, jeśli pojedziesz do szpitala i to jak najszybciej!
– Przez taką bzdurę? Nie pękaj, zagoi się jak na psie. Au!
Odwracam ścierkę na drugą stronę i znów przykładam do poparzonej skóry, nie na żarty wystraszona.
– A jeśli nie? Jeśli zostanie blizna?
– I co z tego? – prycha beztrosko chłopak. – Jedną już zostawiłaś w moim sercu, Śniegu. Będzie kolejna!
Dopiero teraz podnoszę głowę, by spotkać się z ciemnymi oczami Mardżanowa, patrzącymi na mnie z bardzo bliska i uważnie spod długiej grzywki.
– Rusłan – pytam zdziwiona – czy ty potrafisz choć raz być poważny?
Ale nawet odpowiadając szczerze, udaje mu się unieść kącik ust.
– Potrafię. Ale po co?
– Przestraszyłeś mnie! Co ty tu robisz o tej porze? Jest prawie północ, to zdecydowanie nie jest czas na gości!
Jego jednak nie da się zawstydzić. Rusłan odpowiada swobodnie, jakby to wszystko wyjaśniało:
– Przyszedłem zobaczyć, co robisz ty.
– Mardżanow, kpisz sobie ze mnie? Pytam, dlaczego jesteś w naszej kuchni, a nie u siebie w domu? I dlaczego stoisz mi za plecami!
– Nie widziałem cię trzy dni. Przyszedłem się po prostu przywitać. Cześć, Alicja.
Cześć?
No i co takiemu powiesz. Patrzy prosto w oczy, jakby nie kłamał. Jeśli ten chłopak kiedyś dorośnie i spoważnieje, będę bardzo zdziwiona!
Dociskam ściereczkę do jego brzucha i odwracam wzrok, nie wiedząc, co bardziej mnie peszy – jego spojrzenie, słowa czy naga klatka piersiowa, która stała się już niemal męska.
– Trzymaj. Poszukam panthenolu w apteczce. Trzeba opatrzyć oparzenie, zanim wyskoczą ci pęcherze. Ale proszę, nie podkradaj się do mnie więcej w ten sposób. Nie lubię czuć winy za coś, czego można było uniknąć.
– Jeśli nie będę się podkradał, Śniegu – odzywa się Rusłan – to nigdy mnie do siebie nie dopuścisz. A ja chcę podejść blisko. Widzisz, nie mam wyboru.
Nie powinnam się odwracać ani denerwować, muszę zachować spokój. Ale przy tym chłopaku zawsze miota mną sztorm emocji.
– Dlaczego… dlaczego ty zawsze dobierasz niewłaściwe słowa, Mardżanow? – wzdycham głucho, z serca. – Oczywiście, że nie! Mam przecież…
Jego twarz wykrzywia się w grymasie. Poznaję to po zmienionym tonie głosu.
– … Kretyna, który zostawił cię głodną! Wszystko słyszałem z pokoju Romki. Ten twój Rybacki to idiota! I wcale go nie znasz!
Zastygam z napiętymi plecami. Tych dwóch wczorajszych wyrostków – mój brat i jego najlepszy kumpel – za dużo sobie pozwala! Otwierając szafkę z apteczką, kontynuuję poszukiwania leku.
– A wy z Romką niby w czym jesteście lepsi? – odpowiadam chłodno. – Jestem dziś potwornie zmęczona i nie skończyłam pracy. Nie wiem jeszcze, o której pójdę spać, a muszę gotować, żeby po prostu zjeść, bo obaj zostawiliście pustą lodówkę i nie pomyśleliście, że nie jesteście tu sami.
– To może ci pomóc, Alicja? Mogę to zrobić.
Znajduję buteleczkę panthenolu i wstrząsam nią. Potem wracam do chłopaka. Zdjął ściereczkę, rzucając ją wraz z koszulką na krzesło. Podchodząc bliżej, wbijam wzrok w jego nagi, twardy brzuch, na którym zdecydowanie za nisko siedzą czarne dżinsy.
Materiał przy pasku nasiąkł wodą, a skóra zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Tak naprawdę powinnam położyć Rusłana, by opatrzyć oparzenie w pozycji leżącej. Ale na coś takiego nigdy się nie odważę, wiedząc, że on nie będzie milczał, a moje serce zacznie bić zbyt szybko od jego bezczelnych żarcików.
W ogóle nie mam pojęcia, jak go dotknąć.
Zapewne wahanie maluje się na mojej twarzy, bo gdy sprawdzam, czy spray działa i podnoszę wzrok na chłopaka, on przecząco kręci głową, jakby domyślił się moich myśli.
– O nie, Śniegu! Ja nie umiem – ostrzega zmieszany. – To białe świństwo na pewno skapnie mi na spodnie, a matka będzie w szoku przez moją „rozwiązłość”. I tak nie ma o mnie najlepszego zdania, więc „tego” do ręki nie wezmę!
– A czy ktokolwiek myśli o tobie dobrze, Mardżanow?
Unosi brew, jakby się zastanawiał. Ale tak mu wszystko jedno, że potrafię przewidzieć odpowiedź.
– Mam to gdzieś.
– Dobra – poddaję się. Nie mogę zostawić go bez pomocy, skoro to ja jestem przyczyną oparzenia. – Pomogę ci, tylko stój spokojnie.