SOVABOO

Odłamki Ciebie

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Kapitel 5/54 · Seite 2 von 48%

— Ten młody Palmer kiedyś oberwie! — złości się Nick. — Wyraźnie miał powiedziane: siedź w domu! Po jakiego grzyba wylazł? Przysięgam, Carter, jeśli Lucas ma to w nosie, to następnym razem sam mu tego „fucka” wsadzę w tyłek! Nie będę tolerował, żeby mi jacyś mlekołajowie wywijali palcami przed nosem!

— Wyluzuj, Nick.

Ale kumpel zrywa się na równe nogi i wrzeszczy za dzieciakiem:

— Słyszałeś, pokurczu?! Jeszcze raz cię zobaczę, to będziesz kikutem w nosie dłubał!

Szarpię kumpla za koszulkę i ten znów klapa na skrzynkę obok mnie.

— Wkurzył mnie… — syczy wściekle dalej.

— Zostaw go, Holt! — podnoszę głos. — To nie ciekawość, a instynkt samozachowawczy go tu wygnał. Nie podoba mu się to wszystko! Przynajmniej jeden Palmer ma olej w głowie!

— I co z tego? — wzrusza ramionami Nicholas. — Kto go pyta o zdanie?

— Nikt. Ale możliwe, że to właśnie on kiedyś wygrzebie się z tego gówna, w które najpierw wpakował go tatuś, a teraz pcha Chris! Chyba nie myślisz, że Matt dzisiaj zaśnie?

Na drodze miga policyjny patrol. Wstaję. Mówię głośniej, zwracając się do przyjaciół:

— Kończ już tam, Lou! Nick! Zbieramy się!

Wchodzimy z Holtem do garażu i przechodzimy obok baraszkującej pary, przez boczne stanowisko do głównego, w którym stoi Dodge z rozbitym reflektorem i głębokim wgnieceniem na błotniku, aż do wyjścia. Na zewnątrz czekamy na Lucasa i Tildę przy naszych motocyklach.

Lucas jest bardzo podobny do brata — ten sam wzrost, ciemne kręcone włosy i czarne, okrągłe oczy. Jest o wiele chudszy od Christiana, ale w szerokiej skórzanej kurtce nie rzuca się to tak w oczy. Poza tym we wrześniu zmierzch zapada szybciej i mam nadzieję, że brak idealnego podobieństwa uda się ukryć. Temu, kto przypadkiem zapamięta jego imię, trudno będzie w przyszłości odróżnić braci od siebie, nawet pod przysięgą. Uważam, że to niezłe wyjście, by choć trochę kryć tyłek starszemu Palmerowi, skoro sam na to nie wpadł.

Kiedy w końcu z garażu wychodzą Lucas i Tilda, wyjaśniam blondynce zadanie. Mimo swojej sprzedajnej natury, dziewczyna ma mózg i charakter.

— Mała, teraz przejedziemy się po Sandfield Rock i zajrzymy w kilka ludnych miejsc. Będziesz musiała wisieć na Lucasie jak pijawka i nazywać go Chrisem tyle razy, aż ogłuchnie i sam w to uwierzy. Jasne?

Poprawia krótką sukienkę na biodrach i tlenione włosy, które zwichrzyły się na karku. Uśmiecha się wyzywająco, muskając koniuszkiem języka kącik ust.

— A na tobie nie można powisieć, przystojniaku? Nie odmówiłabym.

Biorę przerzuconą przez siedzenie krótką skórzaną kurtkę i wkładam ją. Wyjmuję kluczyki z kieszeni dżinsów i wkładam do stacyjki.

— Nie. Nienawidzę uścisków, duszą mnie.

Tilda prycha śmiechem i nagle, zjeżdżając wzrokiem na moje krocze, rzuca:

— Domyśliłam się, Wright. I choć dziś mnie nie chciałeś, wciąż pamiętam, jak dokładnie lubisz się kochać.

Nie zdążyła dokończyć, ostatnie słowo wciąż wisi w powietrzu, a chłód już ścina moją pierś i ściska gardło.

Mierzi mnie wszystko, co może mieć związek z tym pieprzonym uczuciem, ale bardziej — ten chytry wyraz twarzy blondynki, która najwyraźniej zapomniała, z kim ma do czynienia.

Gwałtownie chwytam ją za szczupły nadgarstek i przyciągam do siebie, zaciskając szczęki.

Tilda słusznie przeczuwa, że palnęła coś nie tak — blednie w oczach.

— C-Carter, przepraszam! — bełkocze coraz ciszej, im bliżej są moje oczy. — Nie chciałam…

— To się zamknij, Strong! Dla własnego dobra! Chyba że chcesz, żebym ja ci pomógł!

Chłopaki odpalili już maszyny i czekają na nas. Odpycham Tildę, zakładam kask i siadam na swoim czarnym Ducati. Zdejmuję go ze stopki, odpalam silnik i krótko wskazuję dziewczynie głową na Palmera.

— Na co czekasz? Siadaj do Chrisa, wieczór będzie długi! I dopóki nie pozwolę, zapomnij o Lucasie!

— O! — Tilda szybko łapie, o co chodzi, znów szczerząc zęby. — Rozumiem!

— Lucas?

— Tak? — odzywa się kumpel, podając drugi kask blondynce.

— Będziesz musiał pogadać z Matthew — dziś zostałeś z nim w domu. I choćbyś miał w nocy zdechnąć, jutro rano masz być na treningu u Hurleya.

— To wszystko, Wright? — uśmiecha się kumpel.

— Nie, jest coś jeszcze. Jak wrócisz, przekaż Christianowi, że jest cholernym, tępym skurwysynem!

 

Mijamy komisariat policji i trąbimy na dwóch gliniarzy patrolujących rewir. Kręcimy się przy plaży, gdzie wciąż jest pełno ludzi; wpadamy do przydrożnej knajpy, w której wcześniej nie bywaliśmy, i zachowujemy się dość głośno, ale spokojnie.

Tilda i Lucas udają zakochaną parkę, a dziewczynie genialnie wychodzi improwizacja, gdy nagle robi „Chrisowi” scenę zazdrości o jedną z kelnerek i wszczyna kłótnię z płaczem…

Późnym wieczorem we czwórkę przyjeżdżamy na Urwisko – jest w Sandfield Rock takie miejsce na skale, zwrócone ku oceanowi, gdzie podchodzi las i gdzie lubi zbierać się młodzież, gdy chce uciec przed ciekawskimi spojrzeniami. Ustawiamy się w półkolu w blasku reflektorów i gasimy silniki.

Dziś zebrała się tu ekipa Raya Walberga. Wszędzie stoją fury i motocykle, niedaleko przepaści płonie ognisko, a w rytm muzyki poruszają się sylwetki – impreza trwa w najlepsze, a z głośników bluetooth na cały regulator ryczy Rammstein.

Ci goście są starsi od nas, ale wszyscy urodziliśmy się w tym mieście i znamy Raya od dawna, więc jakaś parka bez skrępowania dalej pieprzy się na masce jednego z aut, nie zwracając na nas uwagi. Sam Ray całuje się z długowłosą dziewczyną, jedną ręką ściskając puszkę piwa, a drugą jej tyłek.

W końcu odrywa się od zajęcia i wita nas machnięciem ręki, biorąc solidny łyk prosto z gwinta.

– Siema, Wright! Co, postanowiłeś się przewietrzyć? Nie za daleko się zapuściłeś?

Żeby nie przekrzykiwać muzyki, muszę podejść bliżej i uścisnąć mu dłoń.

– Cześć, Walberg! Coś w tym stylu.

– Czegoś tu szukasz?

Patrzę na jego dziewczynę, a on mocnym klapsem poniżej pleców odsyła ją w stronę ogniska.

– Julia, mała, idź się przejść! Zaraz będę!

Na szerokiej twarzy Raya pojawia się krzywy uśmiech, a ja odpowiadam mu tym samym. Na pewno zauważył brata Christiana, z którym mu nie po drodze, i domyślił się, że nie jesteśmy tu bez powodu.

Wsuwam ręce w kieszenie kurtki i wzruszam ramionami:

– Możliwe. Co powiesz na mocnego jointa? Mówią, że jesteś teraz mistrzem skrętów i wykupiłeś w mieście całą bibułkę. Postanowiłem sprawdzić, czy to prawda.

– Kto tak mówi?

Nie mam po co owijać w bawełnę, od dawna przypuszczałem, że Ray nie tylko sam pali zioło, ale też je goni, więc uśmiecham się krzywo.

– Ja.

Stoimy we dwóch, Nick z Lucasem zostali z tyłu, i mierzymy się wzrokiem.

Po chwili uznaję za stosowne dodać:

– Mam w kieszeniach pełno niespodzianek, Ray, nie spodobają ci się.

Już mu się nie podobają, ale zna mnie na tyle dobrze, żeby zacząć się pocić. Gdyby coś miało się stać, nie ostrzegałbym go, on mnie zresztą też nie.

– Twoja największa niespodzianka, stary, to wyprany mózg! – zauważa całkiem poważnie. – Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że przeżyłeś jedno życie za dwóch. Chcesz pogadać o konkretach?

– Nie – kręcę głową – to mnie nie interesuje. Chciałem się tylko upewnić, że się rozumiemy.

– To lepiej złóż mi życzenia, Wright! – Walberg znów się uśmiecha. – Mam dziś urodziny!

Parę minut temu odprawił długowłosą kumpelę do ogniska, ale ona wyraźnie za nim tęskni i kręci się w pobliżu. Skinieniem podbródka wskazuję w jej stronę.

Kapitel 5 / 54 · Seite 2 von 4