Rozdział 1, część 2
– Słuchajcie, dziewczyny, tylko się nie śmiejcie – powiedziała nagle Wika. – Właśnie wyobraziłam sobie, że wszystkie jesteśmy pierwotnymi małpami.
– Co?
– No dzięki, Żurasik!
– Poczekajcie! – machnęła ręką przyjaciółka. – Cofnijcie sobie w myślach czas o dwieście tysięcy lat i wyobraźcie sobie, że przed nami jest polana z orangutanami. A my tak sobie siedzimy, patrzymy na tańce naczelnych bez szortów i wybieramy, z którym z nich odejść w noc, żeby spłodzić potomstwo. No jeśli patrzeć na to w ten sposób, to ja za nic nie wybrałabym Demonca!
– Dlaczego? – nie bez ciekawości uniosła brew Daszka, a za nią i ja.
– No właśnie, dlaczego?
– Bo najpierw by zatańczył, potem zrobił selfie, potem udzielił wywiadu... a potem uciekł w zachód słońca, zostawiając mnie z kokosem i nieokreślonym statusem związku. A każda małpka chce stabilizacji i świeżego banana na śniadanie.
Na sekundę zapadła cisza, a potem po prostu padłyśmy ze śmiechu. Oj, chyba ktoś dostanie od trenera pałę!
– No pięknie – wydyszałam, wciąż się śmiejąc – teraz nie będę mogła patrzeć na Demonca bez skojarzeń z tropikami i dramatem!
– Trzymajcie mnie! Instagramowy orangutan – zaszlochała ze śmiechu Daszka.
– Z... z filtrem „bryza plażowa” i podpisem: „Gdzie ty – tam ja. Nawet jeśli ja jestem bananem!” – rechotała Wika. – Di, pilnie postaw diagnozę! Moim zdaniem tego się nie leczy!
Śmiech znowu przykrył nas falą i w tym momencie kątem oka zauważyłam, że chłopaki na boisku zwolnili, a niektórzy się obejrzeli. Ale nie dałyśmy rady przestać.
– To łzy ewolucji, dziewczyny! Z takim IQ nie robi się potomstwa! – złożyłam palce, pokazując maleńki odcinek powietrza. – On przecież nie znajdzie kija, żeby zdobyć kokos. Znowu nie trafi do kosza i ucieknie w zachód słońca!
Nie wiem, co w tej chwili pomyślał Demoniec, który patrzył na nas, ale piłka nagle z hukiem wpadła do kosza. Odbiwszy się od podłogi z powrotem w ręce chłopaka, od razu ze świstem poleciała w naszą stronę.
– Oj!
Z piskiem rozbiegłyśmy się, każda w inną stronę.
Mnie się nie poszczęściło. Piłka przyleciała prosto w cztery litery, a ja przejechałam nosem po macie.
– Trafił?
– Podwójny rzut za trzy! Prosto w dziesiątkę! – rozległ się za plecami znajomy głos i teraz już roześmiali się chłopaki.
Kretyni. Niedorobione naczelne! Przecież teraz do wieczora nie będę mogła normalnie siedzieć!
Spinka kliknęła i włosy znowu się rozsypały. Cholera, kiedyś naprawdę je wszystkie obetnę!
– Pomóc ci wstać, Koszkina? Wszystkie łapy całe, tylko ogon ucierpiał?
– Spadaj!
– Co ty tam robisz? Ostrzysz pazury?
Stanęłam na czworakach i dotknęłam dłonią pośladka.
– Wymyślam sposób, jak cię zabić, idioto!
– Niepotrzebnie. To nie ja, to grawitacja. Piłka poczuła przyciąganie między nami i postanowiła działać. Nie zdołałem jej powstrzymać.
– Bardzo śmieszne, Demoniec! Nie wysilaj się, mam alergię na prymitywny dowcip. A do tego na diabelstwo!
Podniosłam się, poprawiłam koszulkę na talii i ponuro odwróciłam się do chłopaka, któremu wcale nie spieszyło się spadać. Zamiast tego Denis Demoniec stał przede mną, cały lśniący i wilgotny od potu, jak bohater młodzieżowego westernu, i bezczelnie się uśmiechał.
Moje brwi zbiegły się nad nasadą nosa, broda uniosła się, a usta wojowniczo zacisnęły – jak zaciskały się zawsze, kiedy znajdowaliśmy się obok siebie.
– Cześć, księżniczko spłuczek – przywitał się ze mną niegrzecznie. – Więc co ci nie pasowało w rozmiarach? – niebieskie oczy zmrużyły się paskudnie. – Mój... kokos? To jego mierzyłaś z pozycji „pies z głową w dół”, jak ekspertka od seksu? W tym sensie, że blisko podłogi.
– Twój mózg, kretynie!
Denis kiwnął głową. Wyraźnie rozkoszował się tym, co się działo.
– Tak właśnie pomyślałem, Koszkina. Bo niczego więcej we mnie nie będzie ci dane ocenić. Ale nie martw się, spróbuj innych pozycji, może pomoże.
Zmierzyłam go w odpowiedzi wściekłym spojrzeniem.
– Jeśli mózg jest wielkości tabletki, pomoże mu tylko latarka – żeby znaleźć jedyny zwój! I jeszcze instrukcja, jak włożyć baterie i trzymać się z daleka od dziewczyn z inteligencją! Wątpię, żeby w tym ciele – parsknęłam pogardliwie – było choć cokolwiek wartego uwagi!
Pochyliwszy się, podniosłam piłkę i z całej siły wepchnęłam ją chłopakowi w ręce.
– Znikaj, pomiocie piekła! A najlepiej dokonaj samozniszczenia, zanim na twoim czole wydrapię krzyżyk zamiast pentagramu!
Złapał piłkę i prychnął w odpowiedzi, lekko kołysząc ją na dłoni.
– Wzajemnie, kocico! A sio z drogi! I następnym razem wycieraj ślinę, kiedy będziesz mnie obserwować. Bo jeszcze pomyślę, że tabletka w mojej głowie to waleriana!
– Co-o?! Ach ty... Nie cierpię cię!
– Z wzajemnością! Kiedy jesteś obok, wszystko mnie swędzi, jak przy alergii na sierść! Nie myślałaś o obcięciu włosów? Zawsze marzyłem, żeby zostać fryzjerem...
Zbladłam.
– Gad... Nigdy ci tego nie wybaczę!
– Wiem, dlatego mówię. To cię strasznie wkurza!
Cierpliwość mi pękła, uniosłam rękę i pokazałam mu środkowy palec. Do diabła! Niech mnie wyrzucą z zajęć!
Już miałam dumnie odejść, kiedy rozległ się gwizdek trenera, a donośny głos zakomenderował:
– Uwaga wszyscy! Przez następne dwadzieścia minut pracujemy w parach! Ćwiczymy brzuch, klatkę i nogi. Asekurujemy partnera i pomagamy mu, ja wszystko widzę!.. Demoniec! Koszkina! Wy razem! Wykonujemy, czas start!
Co? Odwróciłam się do trenera. O nie!
– Karenie Aronowiczu, ale ja nie chcę z nim...
– Koszkina! – groźnie ryknął mężczyzna. – Nikt cię za Demonca nie wydaje, wytrzymasz!
Musiałam posłusznie opuścić ramiona, znaleźć spinkę i związać kucyk. Znowu podejść do Demonca, który paskudnie się szczerzył, demonstrując kieł i kosmiczną obojętność.
– Dotkniesz moich ud i jesteś trupem! – uprzedziłam uczciwie.
– Chciałabyś! Jeszcze raz pokażesz faka i zostaniesz bez pazurów!
Usiedliśmy na matach i zaczęliśmy ćwiczenia. Denis objął mocnymi palcami moje kostki i znowu się przybliżył. Założyłam ręce za głowę i zamknęłam oczy, żeby nie widzieć emocji na twarzy chłopaka – tego, jak bardzo działa mu na nerwy moja osoba. Zaczęłam unosić się i opadać, ćwicząc brzuch.
Nie minęły jednak nawet dwie minuty, kiedy zgodnie z oczekiwaniami usłyszałam przy twarzy:
– Tak głośno oddychasz, Koszkina. Myślisz o mnie na wdechu czy na wydechu?
Co?! A ja liczyłam, że najbliższe dwadzieścia minut minie w ciszy?
Jak dobrze, że nie mamy już szesnastu lat i można się więcej nie czerwienić od jego głupich docinków.
– Na wydechu – odpowiedziałam mu tym samym przymilnym tonem. – Wyobrażam sobie, jak toniesz w basenie. Idziesz na dno, razem z bąbelkami!
– Mm, romantycznie.
– Bardzo! Gdy chodzi o ciebie, nie ograniczam swojej wyobraźni.
– W takim razie, kiedy przyjdzie moja kolej na brzuszki, Di, i będziesz musiała na mnie usiąść – chłopak uśmiechnął się znacząco – twojej wyobraźni po prostu nie da się powstrzymać!
Ale to ja się nie powstrzymałam. Leżąc nadal na macie, otworzyłam oczy.
Demoniec patrzył na mnie z góry jak na głupiego robaka, którego chce się pacnąć, ale najpierw można się z nim jeszcze pobawić. Kiedyś udawało mu się mnie speszyć, a potem długo rechotał z kolegami, podczas gdy ja czułam się jak ostatnia idiotka.
Opuściwszy dłonie na matę, powoli się podniosłam. Nachyliwszy się bliżej do chłopaka i patrząc w bezczelne niebieskie oczy, obiecałam, mrużąc powieki: