Kapitel 54
Rozdział 21
Praca nie szła, wszystko leciało mi z rąk. Pod wieczór „Maracana” wypełniła się ludźmi i musiałam razem z kelnerami obsługiwać stoliki.
– Fańka, co z tobą? – zapytała litościwa Rajka, gdy po raz trzeci nie zareagowałam na swoje imię, odbierając zamówienie. Sasza, barman, też spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
– Czyżyku, czy ty się zakochałaś? – rzucił z kpiącym uśmieszkiem. – Jakaś dziwna dzisiaj jesteś. A propos, dzwoniłem do ciebie, chciałem zapytać, czy wyjdziesz na naszą zmianę, ale nie odbierałaś. Coś się stało z telefonem?
Z telefonem wszystko było w porządku, tyle że zapomniałam go włączyć, a tym bardziej naładować – w nocy miałam inne sprawy na głowie, a wieczorem wszystkie moje myśli zajął Sokół. Na pewno dzwonił nie tylko Sasza, ale i rodzice. Ocknęłam się.
– Sania, daj ładowarkę! Szybko! Raja, zanieś zamówienie do czwartego stolika – wcisnęłam dziewczynie w ręce tacę z koktajlem i piwem. – Ja na chwilkę! – i wybiegłam z sali na zaplecze.
Zadzwoniłam do rodziców – wysłuchałam zasłużonej bury od mamy, a od starszego Czyżyka żądania, bym przysłała mu numer Artema na wypadek pilnego kontaktu. Od Malwina żadnych połączeń – no, chociaż tyle. Na liście wisiało kilka nieodebranych od dziewczyn z grupy i sześć od Matyldy Iwanowny. Wiedziałam, że ją i Milę Francowną zżera ciekawość, jak minął mi wczorajszy wieczór. Nie pomyliłam się.
– Fania, dziecko, i jak tam dyskoteka? Wytańczyłaś się? – roześmiała się dziarsko babcia Motia. – A my z Milcią wypiłyśmy jeszcze za twoje zdrowie kieliszeczek likieru cynamonowego!
Nie mogłam się nie uśmiechnąć.
– To był klub nocny, pani Matyldo.
– A co za różnica – trzęsawka to trzęsawka! Lepiej mów: tańczyłaś?
– I to jak!
– Z najprzystojniejszym chłopakiem – babcia Motia nadstawiła uszu – czy z takim, jaki się napatoczył?
– Tak, z najprzystojniejszym.
– Hurra! – ucieszyła się staruszka. – A nie mówiłam: słuchaj się Milci, a będziesz jak królewna! Ale dzwonię do ciebie, Fańka, z innego powodu – głos babci Moti spoważniał. – Mam dla ciebie nowinę. Radosną.
– Jaką?
– Przymknęli wczoraj mojego siostrzeńca. Złodziejaszka przeklętego! Zaraz jak wyszłaś, a we dwie z Francowną nieco przesadziłyśmy z tym likierem, zgarnęli go w kajdankach prosto z mojego mieszkania. Wpadł, gołąbeczek! Od rana świętuję sprzątaniem! Niech mi moja świętej pamięci siostra wybaczy, ale takiego strachu na stare lata za darmo mi nie potrzeba! Tak więc twój pokoik jest wolny. Wprowadzaj się, kiedy chcesz! A tego heroda do środka nie wpuszczałam.
– Pani Matyldo…
– Co, córeńko?
– Czy mogłabym przyjechać dzisiaj?
– No jasne! Pewnie znowu męczysz się w tej swojej „Karakanie”?
– Tak, w „Maracanie”.
– Przyjeżdżaj, nasmażę naleśników. Klucze zostawię w skrzynce na listy. Sama pewnie będę już spać…
– Ej, to ona! Mówię wam – to ona! Dziewczyna Sokoła! Ta, z którą mieszka!
– Ta z fotki w kręgielni? Daj spokój, Mardżanow, nie gadaj głupot! Ona jest dla Sokoła zbyt „grzeczna”.
– To ona, daję słowo! Ma takie niezwykłe, filmowe imię. Cześć, laleczko! Pamiętasz mnie? My cię zapamiętaliśmy dobrze – zwłaszcza dziewczyny. Ahahaha! Róża nie zwiędła? Starałem się. Wybrałem dla ciebie najładniejszą!
Omal nie upuściłam tacy z przekąskami i piwem, gdy obsługując gości przy stoliku, zobaczyłam przed sobą ciemnowłosego chłopaka z kręgielni w towarzystwie kumpli. Tylko ich mi teraz brakowało! Odwróciłam się, zmuszając się do milczenia, i wyłożyłam zamówienie.
– Ej, Zaja, nie gniewaj się! Pytam z przyjacielskiej troski – zawołał brunet. – Niecodziennie spotyka się Sokoła w towarzystwie takiej uroczej… Czyżyk! Dokładnie! Cały czas nie mogłem sobie przypomnieć twojego śmiesznego nazwiska!
„ Zaja”? To do mnie? Chyba zamarłam.
Nie wiem, skąd nagle wziął się Max Titow, ale to on odpowiedział brunetowi zamiast mnie.
– Mardżanow, ale z ciebie idiota. I ewidentnie samobójca. Nie przyszło ci do głowy, że Artem może sobie nie życzyć, żebyś o niej kłapał jadaczką? – skinął w moją stronę.
Obok niego stał Leszy, a chłopaki z grupy przywitali się.
– Max? Cześć! Myślisz, że się doigrałem? – zapytał Mardżanow, jakby nigdy nic. – Czyli to nie było złudzenie i naprawdę sprawa jest poważna? – Miał bardzo żywą mimikę i umiejętnie z niej korzystał.
– Zaraz Sokół podjedzie, to sam go zapytaj, czy poważna, czy nie – uśmiechnął się chłodno Leszek. – Obiecał być za jakieś pięć minut.
Co? Cofnęłam się w stronę baru, przyspieszyłam kroku i niemal wpadłam na zaplecze. Zebrałam rzeczy, ubrałam się…
– Timur, wychodzę, muszę pilnie wracać do domu – złapałam właściciela w gabinecie.
Jeśli Timur był zdziwiony, nie dał tego po sobie poznać.
– Dobrze, Fania, idź – oderwał się od liczenia drogich alkoholi poustawianych w kartonach na podłodze. – A będziesz jutro?
Bardzo chciałam go uspokoić, ale odpowiedziałam szczerze:
– Nie wiem.
Naprawdę nie wiedziałam. Nic nie wiedziałam. Szłam, a potem niemal wlokłam się przez centrum miasta w stronę przystanku, skrzypiąc butami po śniegu. Dopiero w ostatniej chwili dotarło do mnie, że dzisiaj autobus nie zawiezie mnie na zaułek Fedosiejewa. Ulice lśniły reklamami, mieniły się girlandami i migały napisem „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Ludzie śpieszyli się do ciepłych domów… Siedziałam przy oknie i wspominałam wujka Wasię i Łukasza. Ciekawe, czy ubrali już choinkę? Nie zdążyłam odpowiedzieć dzieciakowi, że zawsze z przyjemnością ubierałam zimowe drzewko z tatą.
Artem zadzwonił, a ja przez kilka sekund patrzyłam na ekran, zanim odważyłam się odebrać. – Cześć.
– Czyż. Nie mogę cię znaleźć – powiedział po prostu. – Gdzie jesteś?
Nieważne, czy byłam w „Maracanie”, czy nie – Sokół miał cel i chciał znać odpowiedź. Dzisiaj tym celem byłam ja, ale jutro obojgu nam zrobi się lżej. Prawda?
– Jadę autobusem – wyznałam.
– Do domu? Byłem w szpitalu. Z Alisą już lepiej, ojciec z Łukaszem zostaną u niej na noc. Będziemy sami, słyszysz?
Znowu potrzebowałam sekundy, by wydusić z siebie:
– Artem, nie przyjdę dzisiaj na noc. Przepraszam.
– Dlaczego? Jak to: nie przyjdziesz? To znaczy… – Sokolski głośno wypuścił powietrze do słuchawki i po pauzie zapytał cicho, przełykając gulę w gardle: – Czyż, ja nie rozumiem: co się, do jasnej cholery, dzieje? Wyjaśnij mi. Jedziesz do rodziców? Zaraz tam będę i porozmawiamy. Musi być jakiś cholerny powód, dla którego przede mną uciekasz!
Musi i jest! Ale jak wytłumaczyć swój strach komuś, komu wyda się on po prostu głupi?
– Nie, nie od ciebie, Artem, tylko od siebie. I nie musisz nigdzie jechać, nie ma mnie u rodziców. Proszę, uwierz mi. Wyjaśnię ci to! Na pewno wszystko wyjaśnię, ale nie dzisiaj. Obiecuję.
– Anfisa…
– Artem, proszę, puść mnie.
Rozłączyłam się i zamknęłam oczy. Miałam nadzieję, że mi wybaczy.
Babcia Motia dotrzymała słowa i nasmażyła naleśników. Spędziłam u niej całą niedzielę. Dziwnie było znów wrócić pod jej skrzydła, do swojej starej, malutkiej klitki, gdzie łóżko przykrywała narzuta od mamy, na biurku w nadziei na naprawę leżał laptop, a na wyblakłej półce za przesuwanymi szybkami stały ulubione książki. Przedmioty i rzeczy czekały na mnie, choć nie wszystkie należały do mnie. Mieszkałam tu ponad dwa lata, ale wystarczyły dwa tygodnie, bym jednocześnie zatęskniła za swoją studencką kanciapą i nagle poczuła ciasnotę. Czy to w pokoju, czy to w piersi. Dziwne uczucie.
W nocy śnił mi się Sokół. I o ile na jawie od niego uciekałam, o tyle we śnie — biegłam ku niemu. Rano obudziłam się z ciężarem na sercu, tęsknotą i gorączką. Cały dzień mnie trzęsło i dopiero wieczorem wyszłam do kuchni do babci Moti i Mili Francowny, żeby napić się herbaty.
– Chryste Panie, Fańka! – załamała ręce gospodyni. – Wyglądasz jak siedem nieszczęść! Blada jak ściana! Milcia, dolej jej soku z porzeczek do herbaty i dołóż śmietany do pierogów! Nie podoba mi się ona. Żeby tylko nie zachorowała. Co ja powiem jej matce i ojcu?
– Miłosne rozterki ją dręczą, Matyldo, dlatego się męczy. Znam tę chorobę. Patrz, jak jej oczy błyszczą! No, córeńko, siadaj na talii, specjalnie dla ciebie przyniosłam – była pianistka chwyciła mnie za rękę, usadzając obok siebie na krześle, na którym leżały karty do gry, i z entuzjazmem zatarła dłonie. – Zaraz powróżymy i dowiemy się, w kim przyczyna!
– No co też pani wymyśla, pani Miło? To bzdury – próbowałam protestować, ale gdzie tam. I usiadłam, i wstałam, a nawet potrzymałam talię w dłoni, tak jak chciały staruszki. Czy można odmówić tak upartym kobietom? Miłośniczkom programów o jasnowidzach, romansów i francuskich pasjansów. Sprytnym manipulatorkom, które przy najmniejszym sprzeciwie łapią się za serce.
– Bzdury? – Francowna krótko zachichotała, a babcia Motia głośno i z satysfakcją chrząknęła w kułak: „Khe!”, wspierając przyjaciółkę. – Ja, Fania, naszej skrzypaczce Soneczce na gościnnych występach w Pradze taką partię wywróżyłam! „Zajebiście!”, jak to mówi młodzież! Dwadzieścia lat minęło, a do dziś się śmieję, jak sobie przypomnę! I przecież się nie pomyliłam!
– Co, pewnie okazał się obcokrajowcem? – babcia Motia ważnie uniosła brew.
– A gdzie tam! Nasz dyrektor filharmonii, Osip Mejcher. Trzykrotnie rozwiedziony, sześćdziesięcioletni szelma! Z trzema podbródkami, przepukliną kręgosłupa i zardzewiałą Wołgą. Soneczka była wtedy zakochana w młodym tenorze, Borysie. Jeszcze by co! Sensacja! Laureat międzynarodowego konkursu! Solista! Świetne perspektywy i…
– I co, Milcia? – nie wytrzymała Matylda Iwanowna.
– I nic. Szóstka pik, treflowa dziewiątka i król! – rozłożyła ręce Francowna. – Totalne fiasko, a nie układ! Soneczka w amoku obnażyła się wtedy przed całą filharmonią, nie dawała Boryskowi żyć, a on, jak się okazało — gej. Prawdę mówiąc, wtedy nazywaliśmy to inaczej. Nie tak kulturalnie.
– Hej? – babcia Motia wybałuszyła oczy. – Co ty gadasz, Milcia! Okuniewski?! Naprawdę?
– No pewnie! Przecież bym cię nie okłamała, Matyldo! Od razu powiedziałam Soneczce: ślub będzie, ale nie z nim! Karty pokazały! A jak Borysek wykopał Soneczkę ze swojego pokoju w Pradze, to Osip zaraz się zakręcił. Jej już było wszystko jedno, za kogo wyjdzie. Przecież stała przed całą filharmonią w samej bieliźnie.
– E-e, nie chcę nikogo z trzema podbródkami – skrzywiłam się, patrząc, jak palce byłej pianistki rozkładają wachlarz kart, przykrywając jedną drugą. – I zardzewiałej Wołgi też nie chcę. Pani Miło, proszę! – błagałam, unosząc się na krześle, nagle przerażona werdyktem wróżki. – Już wolę całe życie chodzić pieszo!
– Siedzieć! – babcia Motia przywołała mnie do porządku. – Milcia, patrz mi tutaj – wygrażała przyjaciółce sękatym palcem – jak wywróżysz dziecku starego Żyda z przepukliną, to do końca życia skreślę cię z listy serdecznych przyjaciółek! Żebyś wiedziała!
– Matyldo, nie gadaj głupot! Borysek miał dwadzieścia dwa lata, Soneczka czterdzieści osiem. Przy takiej to nie tylko geja ze strachu zaczniesz udawać, ale i religię zmienisz! A u naszej Fańki – machnęła dłonią nad stołem – o, patrzcie tylko! Mamy pełen zestaw rozterek! Trójkąt miłosny!
– Co ty powiesz! – wykrzyknęła gospodyni, ale zdaje się, że i ja aż jęknęłam.
– Spójrz tutaj, Matyldo. Widzisz, co się dzieje? Dwóch waletów i obaj zainteresowani damą karo. Tylko jednemu wypadła ósemka pik, a drugiemu dziewiątka kier.
– I co to znaczy?! – mrugała babcia Motia, poprawiając okulary na wydatnym nosie. – No mówże, Milcia, nie trzymaj nas w niepewności!
– A to znaczy, że jeden z nich bardzo podoba się Fani, a ona jemu. I nawet więcej!... No, mówiłam przecież! Spójrz, Matyldo, na rany boskie, nie kłamię! Jednemu wypadła dziesiątka pik, a drugiemu treflowa! Jednemu droga od serca, a drugiemu do serca. Mój Boże – nagle westchnęła wróżka-pianistka i przycisnęła dłonie do piersi – i as kier! No, Matyldo, żadnej przepukliny ani niestrawności, możemy spać spokojnie!
– E-e, pani Miło, a…
– A ty idź, idź już, dziecko! Resztę opowiem Matyldzie na osobności. Tobie nie wolno wszystkiego wiedzieć! Oho, co za walet! Ale tu as w rękawie…
– Ale…
– Idź! Spłoszysz szczęście, Fańka! A szczęście jest jak lis, trzeba je przynęcić.
Musiałam iść do siebie i zaszyć się z nogami pod kołdrą. I tak to jest z tymi kartami. Sprytne staruszki i tak owiną cię wokół palca.
W nocy znowu miałam dreszcze, ale nie bolało ciało, tylko dusza. Kiedy się obudziłam, na dworze szalała zawieja, na ścianie tykał stary zegar gospodyni, a ja leżałam, patrząc w okno i wspominając noc z Sokołem. Tę siłę szaleństwa, która nas ogarnęła. Wiedziałam, że będzie boleć, przekonywałam siebie, by zapomnieć, ale i tak strasznie tęskniłam za Artemem, a łóżko wydawało się nagle przeraźliwie puste i zimne.
Ciekawe, co u niego? Sam czy… nie? Może już zapomniał o swojej przypadkowej sąsiadce?
Rano w skromnym mieszkaniu babci Moti było chłodno, ale rzeczy powieszone na kaloryferze wyschły. Wciąż drżąc po prysznicu, wciągnęłam sweterek i dżinsy. Wsunęłam do torby czysty zeszyt, odrzuciłam włosy na ramię i wkładając czapkę, zawahałam się przed lustrem w przedpokoju. Patrzyłam na swoje odbicie — bladą kopię dawnej, pełnej życia Anfisy Czyżyk. W torbie miałam tylko błyszczyk, ale zupełnie nie pasował do mojego nastroju, więc zostawiłam go przy lustrze. W końcu i tak zadziwiłam już wszystkich w piątek, dzisiaj błyszczyk w niczym mi nie pomoże.
Przepełniony autobus przyjechał pod uniwersytet spóźniony, na drugie zajęcia musiałam biec. Kiedy weszłam do sali, wykładowca zdążył już rozdać testy kierunkowe opatrzone pieczątką i przechadzał się teraz wzdłuż katedry, omiatając studentów surowym wzrokiem.
– Czyżyk? Spóźniła się pani! Proszę prędzej, Anfiso, nie marnować wspólnego czasu! Siergiej Nikołajenko! Graczewa! Dlaczego się dekoncentrujemy? – zwrócił się do studentów. – Proszę wrócić do pracy nad testem, albo będę zmuszony wyprosić państwa z sali!
Starałam się uspokoić i opanować. Dzięki Bogu, że nie muszę z nikim rozmawiać, tylko mogę zatonąć w pytaniach z politologii. Odebrałam arkusz, przeszłam między rzędami i zanurkowałam do wolnej ławki.
– Czyżyk! Ej, Czyżyk! – szepnął piegowaty Sierioża. Zasłaniając usta dłonią, pochylił się w moją stronę, tak jak zwykle robił na sprawdzianach. Właśnie zaznaczyłam odpowiedź przy drugim pytaniu i przeszłam do trzeciego.
– Czego chcesz, Nikołajenko? – pisałam dalej.
– Słuchaj, Anfisa, to prawda to, co dziewczyny gadają? Że w piątek w klubie całowałaś się z Sokolskim?
Zaczęło się. Spięłam się, ale nie oderwałam wzroku od testu.
– Ej, Anfisa! – znowu zawołał chłopak.
Cholera, przecież się nie odczepi!
– A ty sam w to wierzysz? – zapytałam beznamiętnie.
– Ja? – zdziwił się Siergiej, drapiąc się po piegach na nosie i zerkając w stronę wykładowcy. – A pies go wie. W sumie to całkiem niezła z ciebie laska, ładna jesteś. Masz fajne włosy i oczy. Ale Sokół… Słuchaj, Czyżyk, może spotkamy się dziś wieczorem? Wpadniemy do mnie do akademika, pokażę ci moje kaktusy.
– Co?! – aż podskoczyłam z wrażenia. Rozejrzałam się po uciszonej grupie i syknęłam w odpowiedzi, rozumiejąc, że to dopiero początek i muszę jakoś przetrwać ten dzień. – Odwal się, Nikołajenko! Bo ci te twoje kaktusy wsadzę wiesz gdzie, żeby cię nie swędziało! I to bez poślizgu!
Graczewa przed nami zachichotała, a chłopak się obruszył.
– Ale ja poważnie mówiłem o tych kaktusach, Anfisa! Zbieram je od trzech lat! Mam już kolekcję trzydziestu dwóch sztuk! No pomóż chociaż z tym testem, co, Czyżyk? Po starej znajomości.
– Zapomnij!
Ale zajęcia dobiegły końca, testy oddaliśmy i natychmiast osaczyły mnie dziewczyny.
– Fańka, co to było w piątek w „Altaresie”? Noworoczny żart?
– Fańka, gdzieś ty zniknęła?
– Fańka, dlaczego wyłączyłaś telefon?! I gadaj wreszcie: Sokolski zwariował? Przecież on o mało cię nie zjadł! Skąd on się tam wziął?
– Dziewczyny, a ja słyszałam, że popularni kolesie teraz tak się bawią! Wybierają taką niepozorną dziewczynę i całują na oczach wszystkich. A potem przypisują jej numer i wrzucają fotkę na Instagram. Ścigają się, kto zaliczy ich więcej!
– Dokładnie! U nich to się nazywa „Szczęśliwy wtorek dla kucyka”! Widziałam w kinie. Oni nie tylko całować potrafią. Co za dupki!
– Dużo ty wiesz, Kryłowa. Eh, chciałabym, żeby mnie ktoś tak pocałował jak Fańkę – westchnęła starosta. – Pal licho Instagram! Sama pierwsza wstawiłabym taką fotkę na pamiątkę, gdyby to było z Sokołem! Malwin, wiadomo, też niezły, ale zbyt lukrowany, aż mnie zgaga piecze od tej glukozy.
– Ostrożnie, Nadia! Zdaje się, że nasza Ulianka w piątek też miała swój „Szczęśliwy wtorek” – zauważyła wesoło Nataszka. – Widziałam, jak obściskiwali się z Malwinem w klubie. No przyznaj się, Kim! – zwróciła się do dziewczyny. – Tobie też się tak poszczęściło jak Fańce?
Uniosłam głowę i spojrzałam w stronę Uli, która właśnie kończyła pakować torbę i zarzuciła ją na ramię, szykując się do wyjścia z sali. Odwróciła się i odpowiedziała z zagadkowym uśmiechem:
– Pudło, Kryłowa. Było głośno i po prostu rozmawialiśmy. Tylko tyle.
– Tylko tyle? – zaśmiała się Olka Graczewa. – Poznaję Martynowa i jego pierwszą metodę uwodzenia. Nawijać makaron na uszy to on potrafi mistrzowsko. Ale tego palanta nie ma co równać z Sokołem! Temu drugiemu na pewno nie było do rozmów, co, Czyżyk?
– A ja się tak upiłam, że prawie nic nie pamiętam – westchnęła Inka. – Tylko to, jak Artem złapał Fańkę i… A potem tak mnie zemdliło, jak Kowal zaczęła mną szarpać, że myślałam, że wykituję. Musiałam biec do kibla. Więc jak to było, Czyżyk? Gadaj wreszcie! Gdzieście przepadli?
Fiuuu! Mają rację. Muszę w końcu odetchnąć i powiedzieć cokolwiek. Choćby słowo.
– Nic, po prostu wyszliśmy. Dziewczyny, dajcie spokój, dobrze? Stało się i tyle. Dziś jest poniedziałek, a nie piątek.
– Stało się?! No nieźle! – sapnęła Nataszka, otwierając szeroko oczy i usta. – Fańka, to wy mieliście jeszcze jakiś ciąg dalszy?! Kurczę, Graczewa – odwróciła się do przyjaciółki, trącając ją łokciem w bok – a ty mówiłaś. Przecież Sokolski to taki sam dupek jak Malwin! Przysięgam, jak któryś z tej czwórki spróbuje mnie pocałować, to tak mu przyrżnę w jadaczkę! Zrobię im z tego wtorku czarny piątek, zobaczycie!
– Uspokój się, Sierotko Marysiu – zaśmiał się Nikołajenko, przysłuchujący się rozmowie. – Rozmarzyła się… Żebyś się tylko z tego szczęścia nie posikała, ty spragniona miłości.
Ulianka zatrzymała się w przejściu i obejrzała, Nikołajenko gwizdnął, a ja spłonęłam rumieńcem. Podczas gdy Kryłowa ganiała za Sieriożą, próbując zdzielić go torbą, wyszłam z sali i skierowałam się z przyzwyczajenia do bufetu, ale dziewczyny mnie dogoniły. No jasne. Wyglądało na to, że nikt nie zamierzał odpuścić tematu klubu i piątkowego wieczoru.
Boże, żeby tylko to przetrwać, żeby ten dzień się już skończył!
– Fańka, ty…
– Fańka, a jak…
– Fańka, dlaczego…
Ileż wokół było krzywych spojrzeń i uśmieszków. Po co ja tu przyszłam? Mogłam się obejść bez drożdżówki. I bez uniwersytetu, gdyby nie te testy. Ale temat był tak gorący, że kiedy Sokół pojawił się w bufecie w kurtce z ośnieżonymi ramionami, ponury, z ostrym, jakby naostrzonym spojrzeniem — nagle wszyscy ucichli.
– Niech no tylko któryś z naszych przystojniaczków spróbuje do mnie wystartować! Każdego ustawię do pionu! Gówno dostaną, a nie szczęśliwy wtorek, zobaczycie!... Ojej, Sokolski! – przestraszona pisnęła Nataszka Kryłowa i jako pierwsza zerwała się z krzesła, zapominając o swoim bojowym nastawieniu, gdy Artem przeszedł przez salę i zatrzymał się przy naszym stoliku. Syknął przez zęby, nie dając prawa do sprzeciwu:
– Wypad!