SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 58: Rozdział 23, część 2

Kapitel 58

Rozdział 23, część 2

No, przynajmniej coś nowego, a zresztą… Niesamowite!

Wyszliśmy z Artemem z windy i stanęliśmy, osłupiali, patrząc na to pobojowisko.

– A teraz spokój, wy małolaty! Ręce przy sobie i pod ścianę! – odzyskawszy rezon, huknął Sokolski, aż ja sama drgnęłam. – Co wy tu do diabła wyprawiacie?! Ostrzegałem, że was zrzucę ze schodów!

– A po co ona tu przylazła? Jeszcze mówi, że u ciebie będzie mieszkać! – naskarżyły w mig potulne fanki.

– Nie mam pojęcia. Już raz się z nią pożegnałem.

– Artem, to jest jakiś koszmar! – pociągnęła nosem blondynka. – Średniowieczne barbarzyństwo! Mogę od ciebie zadzwonić na policję? Muszę się umyć! Gówniary, zrujnowały mi fryzurę! – syknęła w stronę napastniczek i natychmiast oberwała od nich w potylicę. – Aj!

– Jeszcze nas przezywa, kura!

Sokół niewzruszony poprowadził mnie do drzwi i odwrócił się.

– Wyjaśniłem ci już wszystko, Ilona, nie widzę sensu się powtarzać. Komisariat jest dwa kwartały stąd, dziewczyny cię odprowadzą. Swoją drogą, dziewczynki – zwrócił się do małolat. – To jest moja Anfisa. Proszę o należyty szacunek. Jeśli choć włos spadnie jej z głowy – znajdę was i zakopię. Jak będziecie grzeczne, załatwię autografy całej drużyny.

Otworzył drzwi, przepuszczając mnie do środka.

– Wybaczcie, ale na herbatę nie zapraszamy. Nie lubimy niezapowiedzianych gości. Może innym razem?

– A weź się wypchaj…

– Tak! Wypchaj się!

A już nieco niżej na schodach:

– Władka, oszalałaś! Dlaczego kazałaś się Sokolskiemu wypchać?

– Nie wiem. A ty?

– Ja też nie wiem.

– Kurczę, może pójść go przeprosić? Przecież nie mogę bez niego żyć!

– Kurczę, ja też!

I chórem:

– Arteeeem, przepraaaaaszamyyyy!

– Ilona, wezwać taksówkę? – zapytał Sokół, patrząc na córkę Susanny z uśmiechem i uniesioną brwią.

– A idź do diabła…

Sokolski zatrzasnął drzwi i przycisnął mnie do siebie.

– No, Czyż, teraz już nikt nie ma pretensji i jestem cały twój.

– I strasznie mi się to podoba!

 

Rozbieraliśmy się nawzajem z pożądaniem i uśmiechem – to niesamowite połączenie, gdy namiętność potrafi mówić i widzieć. Gdy dłonie drżą z niecierpliwości i czułości, a dech zapiera od świadomości, że się kocha; gdy serca biją w unisonie, a oczy odbijają to samo uczucie.

Czy to naprawdę ten sam Artem Sokolski – marzenie dziewczyn z uniwersytetu, przystojniak i zawadiaka, do którego tak trudno było podejść, teraz całuje mnie i mówi, że jest mój? Czy to naprawdę ja – dziewczyna, która ani myślała się zakochiwać i sądziła, że wszystko wie z góry, całuję go teraz i mówię, że jestem jego?

Czy to my, tacy zwyczajni i prawdziwi, nie możemy oderwać od siebie dłoni i rozłączyć ust?

Poduszki Sokoła są miękkie i opadamy na nie, zatraceni w pocałunku. Zdążyłam już ściągnąć z Artema bluzę i koszulkę, sama też zostałam bez swetra. To oszałamiające uczucie szczerej, bezwstydnej seksualności, gdy przywiera do ciebie naga męska pierś, a zachłanne palce wędrują pod dżinsy. Gdy czujesz pod dłonią płaski brzuch i dziwisz się własnej śmiałości, bo intensywność doznań zmusza do działania, odrzucając wszelki wstyd.

– O tak… wreszcie! – pomagam Artemowi ściągnąć moje dżinsy i słyszę, jak on się śmieje, schylając głowę i całując mój brzuch. Chwyta zębami cienką gumkę tych prostych majtek – niebieskich w białe groszki – zsuwając je na biodra. – Nie masz pojęcia, Czyż, ile razy w myślach widziałem je na tobie i zdejmowałem – wyznaje, podgryzając moją skórę. – Ile razy te przeklęte groszki mi się śniły. Wtedy w łazience, gdy przyłapałem cię po prysznicu, myślałem, że nie wytrzymam. Mało mi dachu nie zerwało… Fańka! – szepcze Sokół, uwalniając mnie z bielizny, i delikatną dłonią rozchyla moje kolana. Przesuwa ustami po dole brzucha, sprawiając, że otwieram się przed nim. – Jaka ty jesteś piękna! A ja jestem głodny, strasznie głodny i tak stęskniłem się za moim „mięsem z ognia”, że jestem gotów obgryźć każdą kosteczkę…

– Chodź do mnie! – wołam go i czuję na piersi przyjemny ciężar. Oplatam ramionami szyję chłopaka, przyciskam go do siebie i szepczę w odpowiedzi: – Ty też mi się śniłeś, Artem. I wiesz, we śnie byłam tak odważna, że aż sama się sobie dziwię. I bardzo, bardzo giętka.

Oddech zamiera na ustach Sokoła.

– Czyż, czy ty właśnie sugerujesz, że nie masz nic przeciwko powtórzeniu spotkania w łazience, ale z kontynuacją?

– A dlaczego by nie? – uśmiecham się prosto w jego usta. – Przecież wiem, że tego chcesz.

– Czyyyż…

Bliskość jest tym, czego teraz najbardziej potrzebujemy, i oboje oddajemy się jej bez reszty. Uwielbiam smak jego skóry, jędrność małych sutków, twarde mięśnie brzucha i to, jak napinają się pod moją ręką. Jak mój chłopak reaguje na dotyk ust i dłoni. Jak zachłannie domaga się odpowiedzi, sprawiając, że moje ciało płonie z pożądania i drży, upajając się jego uwagą.

Siedzę na biodrach Sokoła, a on całuje moje piersi. Ugniata palcami pośladki, unosząc mnie i opuszczając, a każdy ruch ku sobie napełnia nas ostrą przyjemnością. Te pchnięcia – nienasycone i głębokie jednocześnie, spocone ciała i słowa rwane szeptem w ciszy mieszkania – to wszystko należy teraz tylko do nas. Tylko nasze. Tylko dla nas dwojga.

Zaczynam oddychać coraz szybciej, zaciskam dłonie na jego ramionach, wbijam palce w jego włosy, a Artem przyciąga mnie jeszcze mocniej. Uderza we mnie biodrami, by po kilku sekundach, pochwyciwszy mój jęk, samemu stracić oddech.

– Anfisa, kocham cię – szepcze przy moich ustach. – Kocham cię…

– Ja ciebie też – starcza mi sił, by odpowiedzieć – kocham…

– Jak można by cię na kogoś wymienić? Jesteś prawdziwym cudem!

Opadamy na poduszki, a ja całuję Artema w policzek, w nos, znów w usta. Uwielbiam jego uśmiech, jest tak samo oszałamiający jak on sam.

– Sokolski, strasznie mnie zawstydzasz – przyznaję.

– Przyzwyczajaj się, Czyż – odpowiada niewzruszony. – Jesteś moją słodyczą. Sądząc po ojcu i dziadku – my, Sokolscy, kochamy raz na całe życie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że znalazłem swój obiekt uwielbienia?

– No cóż…

– Fańka! – twarz Sokoła nagle poważnieje w oczekiwaniu na moją odpowiedź, a ja wybucham śmiechem.

– Nie, głuptasie! Oczywiście, że nie!

– Nie uwierzysz, Czyż, ale przed tobą nigdy się nawet nie zakochałem. To były tylko zauroczenia, nic więcej. Nie rozumiałem ojca. A teraz aż strach pomyśleć, co by było, gdybyś nagle przestała mnie kochać – wzdycha Artem. – Wystarczyły mi dwa dni, żeby zrozumieć, w co zmieniłoby się moje życie. Pewnie też bym na ciebie czekał i cię szukał…

– Oszalałeś! Co to za myśli?

– …najpiękniejszej dziewczyny na świecie. Wielbicielki starego kina i lodów pistacjowych.

– Cóż, lody na patyku też lubię. I z karmelem. I czekoladowe też mogą być… Hm. Naprawdę najpiękniejszej? Oj, Artem…

– Mmm?

– Pocałuj mnie jeszcze raz. Proszę…

Wkrótce zmęczeni zasypiamy, by w nocy obudzić się i znów się kochać.

Artem szepcze wyznania w ciemności, tuląc mnie do swojej piersi, przez co brzmią one szczególnie wzruszająco.

– Tam, w bufecie, powiedziałaś, że nigdy bym cię nie zauważył, gdyby nie przypadek, a ja odparłem, że to nieprawda. Więc posłuchaj, Czyż, nie kłamałem. Pierwszego września miałaś na sobie letnią sukienkę – tak samo lekką i słoneczną jak tamten dzień. Ktoś z chłopaków – chyba Leszka – zwrócił uwagę na ładną dziewczynę, a ja gapiłem się jak głupi, odprowadzając cię wzrokiem. Miałaś rozpuszczone włosy i szłaś przez budynek z koszem kwiatów…

– Tak, Zarecka złapała mnie po zajęciach i poprosiła o zaniesienie kwiatów do dziekanatu.

– Miałaś jasne sandałki, a spod spódnicy migały twoje opalone kolana. Pomyślałem wtedy… A zresztą, Czyż, lepiej nie wiedz, o czym wtedy pomyślałem. A kiedy zobaczyłem cię u siebie w mieszkaniu – nie mogłem uwierzyć i za wszelką cenę chciałem cię zatrzymać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego. Po prostu plotłem głupoty, a ty zostałaś.

– Ale jednak, Artem? – unoszę głowę i patrzę na niego. Choć nie widzę jego twarzy, moimi ustami dotykam jego brody. – O czym pomyślałeś?

Sokół śmieje się cicho, a ja w odpowiedzi na ten śmiech figlarnie go gryzę.

– No, przyznaj się! I tak to z ciebie wyciągnę!

Artem obejmuje mnie i szepcze mi do ucha:

– Że nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknego tyłka.

– Sokolski!

POV Sokół

Anfisa. Fańka. Czyż. Jak wiele imion ma moja miłość i jak mało jest słów, by oddać całą siłę uczucia, które we mnie żyje. Uwielbiam moją zielonooką dziewczynę o wrażliwym sercu i pogodnym usposobieniu, w której jest tyle życia i światła, że wpadając w moje życie, oszołomiło mnie to i zawładnęło całym moim światem. Za nic z niej nie zrezygnuję. Nigdy. Już od pierwszego spotkania wiedziałem, że jej nie wypuszczę.

Stoimy z ojcem przy oknie i patrzymy, jak ona i Luka ubierają choinkę, o czymś szepcząc. Czyż wyczuwa na sobie mój wzrok, podnosi głowę i odpowiada szczerym uśmiechem. Fańka, moja Fańka. Oczy jej błyszczą, usta kuszą, warkocz opada na ramię… Na pewno rozplotę ten warkocz później, gdy zostaniemy sami, wycałuję drobne kręgi jej karku i powtórzę, jak bardzo kocham mojego Czyżyka. A teraz otwieram dłoń i pokazuję ojcu prezent.

Na dłoni leży złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie sokoła.

– Jak myślisz, tato, spodoba się Anfisie?

Ojciec gwiżdże cicho, unosi brew i patrzy na mnie z łobuzerskim błyskiem w oku.

– Aż tak, synu? Przekonujące, nie powiem. Może lepiej od razu ją zaobrączkować?

Nie czuję skrępowania. To moje uczucia i mój ojciec. Tak, chcę, żeby każdy wiedział, że Anfisa jest moja.

– Myślę, że najpierw będę musiał udowodnić, że na nią zasługuję.

Starszy Sokolski również patrzy na Czyżyka.

– Jestem pewien, że jej się spodoba. Rodzicom Fani też nie zaszkodzi wiedzieć, że ją cenisz.

– Nie o prezenty tu chodzi, tato.

– Rozumiem, synu. Dobra dziewczyna ci się trafiła, nie zaprzepaść jej.

– Wiem.

– Artem…

Obracam głowę ku ojcu i czytam wszystko z jego oczu.

– To zbędne, uwierz mi. Nawet o tym nie myślę.

– No cóż – przytakuje. – W takim razie dobrze. – I dodaje jakby mimochodem, powtarzając to po raz kolejny dzisiejszego dnia: – To niesamowite, że Alisa jest u nas w domu. Dziwne, prawda? Po tylu latach? Wczoraj cały dzień sprzątała w kuchni i oglądała stare zdjęcia. Zrobiła się taka małomówna, zupełnie do siebie niepodobna. Ciągle o ciebie pyta i śpi w twoim pokoju. Nie masz nic przeciwko, synu?

– A co z Susanną? – zostawiam ostatnie pytanie bez odpowiedzi, ale ojciec nie oponuje. Sokolski senior wzdycha zmęczony. Ale to ja jestem jego synem, on też nie musi chować się za słowami.

– Przecież znasz, Artem, swoją matkę i swojego ojca. Gdy w grę wchodzi Alisa, ona nie ma rywalek.

Tak, wiem, ale nie mam prawa ich sądzić.

– Myślę, tato, że cię rozumiem – wyznaję niespodziewanie dla samego siebie.

– Naprawdę? – ojciec patrzy na mnie z nadzieją.

– Nie mówię, że potrafię zapomnieć – przywracam go do rzeczywistości. – Mówię, że cię rozumiem. A to już coś, nie uważasz?

Mój młodszy brat wdrapał się na krzesło i próbuje powiesić wielką bombkę na samym czubku choinki. Bożonarodzeniowe drzewko jest już prawie „ubrane” i owinięte girlandami; dekorowaliśmy je z Fanią przez całą godzinę przed przyjściem gości, a Luce niełatwo dosięgnąć gałęzi. Nagle krzyczy, wypuszczając ozdobę z rąk, ale Czyżyk zręcznie łapie bombkę tuż nad podłogą i wesoło pstryka brata w nos.

– Trzymaj i nie ziewaj, przystojniaku! To jeszcze nie wszystko!

Uśmiecham się, nie mogę się nie uśmiechać, patrząc na nich.

– Wiesz, synu – słyszę od starszego Sokolskiego – Luka to dzielny dzieciak i już mówi do mnie „tato”. Miałeś rację, nieźle się dogadujemy. Chyba mnie lubi. Z wzajemnością.

To, co jest między nimi, to znacznie więcej niż zwykłe „lubienie się”, Wasilij Jakowlewicz trochę mija się z prawdą. Przez ostatnie dni ci dwaj są po prostu nierozłączni. Minie czas i obaj to zrozumieją.

– Tato, ty jesteś jego ojcem. On już w to wierzy, uwierz i ty.

Już na siebie nie patrzymy. Nie potrzebujemy ani spojrzeń, ani słów. Wiem, że jemu i Luce się uda. Na pewno uda im się stać sobie bliskimi. Czy Alisa będzie tą trzecią? Nie wiem. Chciałbym wierzyć, że tak. Jeśli oboje się postarają, Luka będzie miał rodziców, a oni szansę, by wreszcie stać się rodziną. Co zaś tyczy się ich starszego syna… Ja mam już swoją dziewczynę – niespodziewany, zielonooki wicher, który zmienił moje życie. Moja nadzieja i moje prawo do szczęścia.

Anfisa, Fańka, Faneczka… Jak wiele imion ma moja miłość i jak mało jest słów, by oddać całą siłę uczucia, które we mnie żyje.