SOVABOO

Tylko ty

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Kapitel 1/46 · Seite 1 von 30%

On zawsze wydawał się niezdecydowany. Miękki, bezwolny człowiek, dla którego każda decyzja jawiła się jako coś bliskiego duchowej męce albo utracie gruntu pod nogami. Byłam echem jego dawnego życia, ostrym pociągnięciem pióra, które kiedyś zepsuło spójny obraz martwej natury, i przez długi czas wolał o mnie nie pamiętać.

Pierworodna. Jedynaczka. Córka urodzona w małżeństwie, które urwał nocny wypadek, kiedy on jeszcze potrafił kochać. Tak mówiła babcia, tak uważałam ja, a jak było naprawdę - nie sądzę, żebym kiedykolwiek się dowiedziała. Uciekał ode mnie jak od zadżumionej, przypominając sobie o córce tylko podczas krótkich wizyt u matki, a ja zawsze wiedziałam, że jestem niekochana i niechciana. Pusty formularz relacji międzyludzkich, który od czasu do czasu trzeba wypełnić uwagą. Krótką jak haczyk albo kliknięcie „OK!”. Kliknięcie „OK!” w odpowiedzi na ostrożne „tato?”, i nic więcej.

Od tamtej pory mój ojciec miał wiele kobiet, przytulnych domów i ciepłych kręgów znajomych - gdzieś daleko ode mnie, w wielkich miastach - ale rodzina pojawiła się znacznie później. Zresztą kiedy dowiedziałam się o jej istnieniu, ojciec zdążył już właśnie świętować trzecią rocznicę swojego związku.

– Poznaj, Nastia. To Galina Jurjewna Frolowa. Oficjalnie moja dyrektorka, a prywatnie - żona. Wiele o tobie słyszała.

– Dzień dobry, Nastia.

– Dzień dobry.

– A to syn Galiny Jurjewny - Stas, twój przybrany brat. Jesteście prawie rówieśnikami, Stas jest tylko trochę starszy, więc razem z Galą bardzo liczymy, że się zaprzyjaźnicie.

W odpowiedzi chłodne milczenie i moje nieśmiałe:

– Dzień dobry…

Tamtej jesieni deszcze lały bez przerwy. W naszym północnym miasteczku nie było żadnego sposobu, żeby pozbyć się zimnej wilgoci. Przenikała przez ściany i okna, wślizgiwała się pod skórę i krążyła we krwi chandrą pochmurnego dnia. Najpierw zachorowałam ja, a potem, kiedy pogoda rozszalała się na dobre, witając przechodniów lodowatym wiatrem i śnieżną kruszonką, z zapaleniem płuc położyła się także babcia. W mieście ojca znalazłyśmy się we dwie: ona w szpitalu, a ja - w nowym pięknym domu jego rodziny. Dużym, przestronnym, nieprzyjaznym, tak niepodobnym do naszego starego, malutkiego mieszkania w miasteczku. To, że ten dom nigdy nie stanie się mój, poczułam, ledwie przekroczyłam próg.

Stali w holu - matka i syn - kiedy ojciec, wypuściwszy mnie z samochodu, otworzył szeroko drzwi i wprowadził córkę do domu. Winowato szarpnął ramionami, ściągnął z szyi szalik i opuścił torbę u moich stóp.

– No, Gala, dojechaliśmy. Moja Nastia.

Moja Nastia. To był pierwszy raz, kiedy spędziłam prawie dwa dni obok ojca, jeśli nie w miłości, to przynajmniej we względnej opiece z jego strony, a teraz czułam, jak pod spojrzeniem nieznajomej kobiety ojciec znowu się oddala, uśmiechając się do niej znacznie chętniej niż do mnie. Swojej piętnastoletniej, niekochanej córki.

Z babcią zawsze zgadywałyśmy: czy nowa żona jej syna jest podobna do mojej matki? Do mnie? Wydawało mi się, że tak. Z jakiegoś powodu chciałam w to wierzyć, patrząc na zdjęcia rodziców, na których mama i ojciec byli jeszcze młodzi i szczęśliwi. Ale nie, rzeczywistość z łatwością rozbiła nasze oczekiwania. Galina Jurjewna okazała się wysoką, rosłą, a nawet nieco pulchną kobietą z nastroszoną burzą blond włosów. Z mocnym podbródkiem i spojrzeniem walkirii. Kiedy to spojrzenie zatrzymało się na mnie - szare, nieruchome, uważnie oglądające mój znoszony płaszcz, czapkę własnoręcznie zrobioną ze starego babcinego swetra i kozaczki rozdeptane w mroźnej brei naszego miasteczka - zachciało mi się skulić pod nim w kłębek i rozpłakać z poczucia samotności oraz obcości wobec tego domu i tych ludzi.

Zamiast tego jednak rozkaszlałam się, prawie tracąc przytomność z niezręczności i strachu o swoje przeziębienie, które tak nie w porę przypomniało o sobie.

– Stas, przynieś Nastii wody. I pomóż już swojej siostrze się rozebrać, ile można stać jak słup!

Bardzo wyraźnie pamiętam to zdanie, wypowiedziane przez panią domu, bo wtedy pierwszy raz odważyłam się podnieść oczy na swojego przybranego brata. Nie z odwagi, ale ze strachu, że naprawdę zdecyduje się mi pomóc. Ten dorosły, ciemnowłosy chłopak, którego lodowate spojrzenie najboleśniej cięło mnie już od progu. I który, czułam to, widział mnie na wskroś.

Stał boso przy stopniach schodów, z rękami w kieszeniach domowych spodni, i patrzył na mnie chłodnymi, nieprzyjaznymi oczami.

 – Siostrze? – ciemne brwi podskoczyły w szczerym zdumieniu. – Matka, żartujesz? Nie waż się mówić czegoś takiego przy moich znajomych. Stary, gdzieś ty ją wygrzebał? Co, chowałeś ją w obozie dla uchodźców? Przecież ona ma spojrzenie zbitego szczeniaka!

Stary. Mojego ojca nazywał Starym, podczas gdy ja bałam się zwrócić do niego o jeden raz za dużo. Tak, mój ojciec był człowiekiem cichym, dlatego przemilczał to, z niezadowoleniem zaciskając usta. Siarczysty policzek - mocny, ciężki i dźwięczny - przybrany brat dostał od swojej matki. A ja jednak się rozpłakałam, bo w tej chwili zrozumiałam, jak daleko stąd jest mój dom. I jeszcze to, że absolutnie nie mam dokąd pójść.

 

W końcu pomógł mi się rozebrać, z obrzydzeniem ściągając płaszcz z chudych ramion pod napiętymi spojrzeniami rodziców, którzy cicho rozmawiali z boku. Myślę, że w tej chwili mój ojciec czuł się równie nieswojo jak ja, ale słowa otuchy wolał powiedzieć żonie.

– Buty zdejmuj sama, nie nająłem się do usługiwania ci. I te stare łachy, które na siebie włożyłaś - też. Moja matka nie oszczędza na ogrzewaniu, a dziś mamy gości. Nie wiem, dlaczego Stary się nie zatroszczył.

Miałam na sobie babciny kardigan - praktyczny, ciepły i zupełnie niemodny. Wyglądałam w nim wyjątkowo chudo, jeśli wziąć pod uwagę, że zawsze byłam niska i drobna. Ale teraz za nic nie zgodziłabym się z nim rozstać, więc tylko ciaśniej otuliłam się na piersi grubym kołnierzem, zdjęłam buty i znów wbiłam wzrok w sportową pierś przybranego brata opiętą koszulką, niezdolna już zdecydować się na choćby jeden ruch.

– I przestań już ryczeć, Szkielecie. I tak nie ma tu nikogo, kto by się nad tobą litował – rzucił złośliwie do ucha, sięgnął ręką do mojej głowy, zerwał czapkę… i  zamilkł, kiedy na ramiona rozsypała się niesforna, gęsta burza ciemnych blond włosów, a ja podniosłam na niego oczy.

– Stas, pokaż Nastii, gdzie mamy łazienkę, a potem dołączcie do nas z ojcem w kuchni - kolacja stygnie!

– Dziękuję.

– Chodź już…

Gości było czworo - małżeństwo i dwoje nastoletnich dzieci, chłopak oraz jasnowłosa dziewczyna mniej więcej w moim wieku. Tak, wieczór prób wciąż trwał, a Galina Jurjewna, zobaczywszy mnie na progu kuchni za plecami swojego syna, postarała się wyjaśnić gościom pojawienie się obcego dziecka trochę nerwowo i władczo, jakby ktoś zamierzał jej się sprzeciwić:

– Nastia. Córka mojego Griszy z pierwszego małżeństwa. Pomieszka u nas, dopóki teściowa nie wydobrzeje. Miejsca mamy dużo, a w dzisiejszych czasach zostawiać dziecko samo w mieście jest niebezpiecznie, nigdy nie wiadomo, co może się stać. Po swoim Staśku wiem: narozrabia jak trzeba albo jeszcze w coś się wpakuje. W tym wieku dzieci trzeba mieć na oku, pilnować i kontrolować!

– I co, Gala, jej mama nawet nie ma nic przeciwko? – spytała nieznajoma kobieta, a wszyscy przy stole od razu ucichli.

Kapitel 1 / 46 · Seite 1 von 3