SOVABOO

Tylko ty

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Kapitel 4/46 · Seite 1 von 27%

POV Nastia

Wyprałam koszulkę, tak jak powiedział, i włożyłam sukienkę. Za drzwiami było cicho i wydawało mi się, że Stas wyszedł. Moja torba-plecak wciąż stała pod ścianą, a ja pomyślałam, że jeśli teraz wyrzuci mnie z domu, nie zdołam znaleźć w tym wielkim mieście szpitala, w którym leży babcia. A nowego numeru telefonu ojca w ogóle nie zdążyłam poznać.

– Wychodź! Dość już tego sapania w drzwi i wystawiania mojej cierpliwości na próbę! Czas minął!

Nie wyszedł. Otworzywszy drzwi, zrobiłam nieśmiały krok naprzód i nosem wpadłam prosto na pierś przybranego brata, który znalazł się na mojej drodze. Oboje natychmiast odskoczyliśmy na boki i zamarliśmy, patrząc na siebie, aż jego ręce powoli zacisnęły się w pięści, a oczy zalśniły chłodem.

– Nigdy, Szkielecie… Nigdy nie waż się mnie dotykać, zrozumiałaś? Inaczej cię uderzę.

Powiedział to cicho, prawie szeptem, ale mu uwierzyłam. Przywarłam plecami do ściany i spuściłam wzrok, nie wiedząc, czego dalej mogę się po nim spodziewać. Pragnąc w tej chwili, jak nigdy wcześniej, znaleźć się we dwie z babcią w naszym cichym domu. W mgnieniu oka zniknąć z tego pokoju, gdzie tak nieswojo było stać pod złym spojrzeniem przybranego brata.

Odwrócił się i poszedł do drzwi. Rzucił przez ramię na progu: „Schodź. Czekam na dole”, znikając na schodach. Jego łóżko zostało niepościelone, kołdra leżała na podłodze... Zanim miałam na zawsze opuścić ciepłą, ale cudzą sypialnię, zachciało mi się podnieść ją spod nóg i pościelić łóżko, żeby nie zmartwić Galiny Jurjewny. O ojcu z jakiegoś powodu nie pomyślałam.

W pokoju syna pani domu nie było nic mojego. Rozejrzawszy się, wzięłam plecak, kardigan i zeszłam po schodach. Kiedy znalazłam się w szerokim holu-salonie na parterze, zatrzymałam się, nie wiedząc, gdzie szukać swojego płaszcza i kozaczków.

– No i? Czemu stanęłaś? – usłyszałam za plecami nieżyczliwy głos. – Życzy sobie pani, miss Elf, żebym zaniósł panią do kuchni na rękach?

Stas stał, oparty ramieniem o framugę drzwi, jak zwykle z rękami wsuniętymi w kieszenie spodni, i patrzył na mnie wyczekująco. Już wtedy wydawał mi się dorosły, dużo starszy i fizycznie silniejszy od moich kolegów z klasy, a ja zdecydowanie nie chciałam jeszcze bardziej go złościć.

– Co? Do domu się wybierasz? – spytał z krzywym uśmieszkiem, zauważywszy torbę w moich rękach. – Brawo, siostrzyczko. Szybko załapałaś, że nikt cię tu nie chce. Może dorzucić ci parę groszy na autobus, co? A chcesz, pożyczę ci narty - nowe?! Po pierwszym śniegu dotuptasz do swojego Dalniego Buru. Do Nowego Roku akurat dojdziesz.

Pewnie z boku naprawdę wyglądałam śmiesznie - zagubiona, zawstydzona, z włosami rozczochranymi po śnie, ale w duszy zdecydowanie czułam coś zupełnie innego.

– Nie wiem, gdzie są mój płaszcz i czapka. I buty.

– W szafie w przedpokoju. Chciałem wynieść te twoje szmaty do schowka, ale matka nie pozwoliła. Pomóc?

– Nie. – Mimo wszystko spojrzałam mu w oczy, unosząc podbródek. – Sama.

Nie wiedziałam, dokąd iść, nie wiedziałam, co będzie ze mną dalej, ale pod spojrzeniem przybranego brata cicho się ubrałam, wzięłam plecak i ruszyłam do drzwi. Nie zatrzymał mnie, wciąż stojąc na progu domu, kiedy podeszłam do bramy i przystanęłam, nie mając pojęcia, jak ją otworzyć. Czerwieniejąc aż po kark, czując, jak śmieją się szare oczy, pociągnęłam za masywną klamkę w nadziei, że ustąpi. Nie ustąpiła.

– Co? Już wróciłaś, przybrana? Znowu? Słuchaj, ale z ciebie natręt.

Stas odszedł w głąb domu, ale drzwi nie zamknął. Po chwili stania przy wysokiej bramie musiałam powlec się z powrotem. W holu było cicho i pusto, a ja bałam się wejść. Na dworze mróz skuł kałuże lodem, wciąż przelatywał pierwszy śnieg... Zamknęłam drzwi wejściowe, żeby nie napuścić do domu chłodu, odwróciłam się i usiadłam na ławce przy ganku. Ze westchnieniem schowałam brodę w kołnierz, najpewniej zamierzając doczekać ojca. Co jeszcze miałam zrobić?

Przybrany brat sam zaciągnął mnie do domu, złapawszy za szalik jak szczeniaka, i obrócił twarzą do siebie.

– Kpisz sobie czy po prostu mnie wkurzasz?

– Nie! – odpowiedziałam szczerze, czując, jak czapka zsuwa mi się na oczy, ale nie ośmieliłam się jej poprawić. – Nie umiem otworzyć bramy.

– Wiem, jest na elektroniczny zamek.

– I nie mam dokąd pójść. Nikogo tutaj nie znam.

Jeśli spodziewałam się usłyszeć w jego słowach współczucie, to na próżno.

– A wcale nie musisz znać, siostrzyczko, matka i tak sprowadzi cię z powrotem. Ty w ogóle nie musisz nic robić, żeby zmusić wszystkich do tańczenia tak, jak im zagrasz. Wystarczy, że będziesz winnie trzepotać oczkami i od czasu do czasu ryczeć jak bóbr. Przecież to wiesz, tak? Właśnie tak zrobiłaś z moją matką?!.. No dalej, księżniczko żebraczych elfów, zagrajmy w prawdę, póki nikogo tu nie ma. Bądźmy ze sobą szczerzy: co tak naprawdę wymyśliłaś, zjawiając się tutaj? Chcesz odzyskać dla siebie Starego? Tyle że nie jesteś babą, z córkami taki numer nie przechodzi!

Znowu zerwał mi z głowy czapkę i patrzył w oczy, a ja milczałam. Co mogłam mu powiedzieć? Nienawidził mnie i uważał za chytrą intrygantkę, która podstępem wkradła się do ich domu; każde moje usprawiedliwienie zabrzmiałoby żałośnie.

– Dobra, Szkielecie – Stas nagle odstąpił, z obrzydzeniem cofając ręce – jeszcze pogadamy. A teraz posprzątaj tu wszystko, wnieś torbę i marsz na śniadanie do kuchni. I zapamiętaj: dwa razy nie powtarzam. Za dużo honoru dla takiej jak ty. Niedługo będzie dzwonić matka.

Galina Jurjewna zadzwoniła. W tym momencie już dreptałam na progu jej jadalni, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, i posłusznie odpowiedziałam macosze, że wszystko u mnie dobrze. Że Stas oczywiście się mną opiekuje, tak jak jej obiecał. I nie, nie jest niegrzeczny, skądże, nic takiego.

– Dobra robota, niemoto – przybrany brat zabrał mi słuchawkę z rąk, starając się nie dotknąć moich palców. – Tak trzymaj, nie chcę martwić matki i starego. Wieczorem powiesz macosze, że dobrze przemyślałaś sprawę, dogadaliśmy się i przenosisz się do innego pokoju. Najlepiej jak najdalej i na zawsze. A ja, niech będzie, dopóki ty i babka nie znikniecie z naszego życia, będę udawał, że cię tu nie ma.

Zaczął udawać, że mnie tu nie ma, od razu gdy tylko dotknęłam widelcem porcji kaszy i nieśmiało wzięłam do ręki kanapkę. I dopiero kiedy wstałam od stołu i sprzątnęłam po sobie, umywszy talerz, rzucił mi w plecy:

– I zapamiętaj, Szkielecie - to był pierwszy i ostatni raz, kiedy dla ciebie gotowałem. Podziękujesz dyrektorce, że wzięła od syna słowo. Inaczej nawet bym się nie zbliżył… – Odwróciłam się i znów spotkaliśmy się spojrzeniami – do takiej jak ty.

Nie spodziewał się, ale jednak powiedziałam:

– Wiem.

Po czym poszłam do jego sypialni, żeby się tam zamknąć i przesiedzieć z książką do wieczora. Pragnąc tego całym sercem, ale wciąż nie zadzwoniwszy do babci. A wieczorem…

Próbowałam, naprawdę próbowałam powiedzieć Galinie Jurjewnie, że mogę spać gdzieś indziej. Że będzie mi wygodnie nawet na rozkładanym fotelu, jeśli coś takiego mają w domu, ale nie posłuchała. A godzinę później usłyszałam zza ściany sąsiedniej sypialni:

Kapitel 4 / 46 · Seite 1 von 2