SOVABOO

Tylko ty

Ch. 7: Rozdział 7

Rozdział 7

Kapitel 7/46 · Seite 1 von 213%

POV Nastia

Pamiętałam. Pamiętałam, kiedy zostawałam sama w jego pokoju i zwijałam się w kłębek w jego pościeli. Kiedy korzystałam z jego łazienki i odsuwałam jego rzeczy w szafie wnękowej. I udawałam, że śpię albo czytam, kiedy wchodził do pokoju i brał, co chciał, nie zauważając mnie. Nie krępując się, jeśli zastawał mnie w piżamie albo czeszącą mokre włosy przy oknie. Nigdy nie zapowiadając swojej wizyty pukaniem do drzwi. Jak bardzo macocha by tego nie chciała, to była sypialnia przybranego brata, jego terytorium, i nie zamierzał oddać mi praw do tego miejsca.

– Szkielecie, spróbujesz zamknąć drzwi na klucz, a je wyłamię – rzucił kiedyś przez ramię, nawet nie patrząc w moją stronę, i uwierzyłam.

Tak jak uwierzyłam, że wcale nie przeze mnie wplątał się w bójkę.

Miał tyle powodów, żeby mnie nienawidzić, ale za każdym razem, kiedy o tym myślałam, czując na sobie jego szare, niechętne spojrzenie, serce boleśnie mi się zaciskało, nie chcąc zrozumieć: dlaczego? Za co jest dla mnie tak okrutny?

 „Nienawidzę cię. Nienawidzę. Zawsze o tym pamiętaj”.

Teraz jeździłam do szkoły sama, wychodząc z domu dużo wcześniej niż brat. Tłumacząc macosze, że uczę się przed lekcjami z koleżanką. Jadłam śniadanie w samotności, a wracając do domu, starałam się przemilczeć kolację. To nie było trudne. Ojciec prawie nigdy nie odzywał się do mnie pierwszy, a macocha… A macocha i tak wiedziała o mnie wszystko. Sama nie zauważyłam, kiedy się do niej przywiązałam. Do tej wysokiej, rosłej kobiety o władczym wyglądzie i mocnej ręce, która zawsze znajdowała dla mnie dobre słowo i trochę własnego czasu. To jej opowiadałam o swoich sukcesach i nowych przyjaciołach. Dzieliłam się nadziejami na wyzdrowienie babci. To jej dziękowałam za to, że jestem syta, ubrana i mam dach nad głową. Byłam wdzięczna za to, że nie jest obojętna na mój los, i ze wszystkich sił starałam się ucieszyć macochę ocenami, spotykając w jej oczach aprobatę i ciche zadowolenie.

– Grisza, jednak ta twoja Nastia to mądra dziewczyna. Wczoraj dzwoniła nauczycielka ze szkoły, powiedziała, że u naszej dziewczynki wszystko dobrze. Stara się, uczy pilnie, lekcji nie opuszcza.

– Em-m, tak. Dzielna córka.

– Jeśli dalej tak pójdzie, to nie widzę trudności. Porozmawiałbyś z Niną Iwanowną w sprawie wnuczki. Niech kończy szkołę w naszym mieście. W końcu duży ośrodek przemysłowy, porządny poziom nauczania, a i na prestiżową uczelnię, jak się okazało, jak najbardziej może się dostać.

– No, nie wiem, Gala. Matka raczej się nie zgodzi. A poza tym… Nastia ma blisko przyjaciela po sąsiedzku, Jegor ma na imię. Od przedszkola papużki nierozłączki. Jak ona bez niego?

Przyjaciel był, to prawda, ale to, że ojciec o nim wiedział, okazało się dla mnie zaskoczeniem. Chociaż chyba w odległej przeszłości nasi rodzice bardzo się przyjaźnili.

Ojciec uśmiechnął się do własnego żartu, jakby naciągnął uśmiech, i znów wbił wzrok w talerz, sprawnie krojąc nożem kotlet, a mnie zakuło w piersi, jak zdarzało się już nieraz: nie mogłam zmusić go, żeby mnie kochał. I żeby był obok - też nie mogłam. Nie odpychał mnie, ale też nie dopuszczał blisko. Między nami zawsze zostawał ten krok, najważniejszy, zacierający wszystkie odległości między bliskimi ludźmi, który ojciec dawno zostawił za sobą.

Jeśli macocha zauważyła, jak skuliłam się na krześle, nie dała tego po sobie poznać.

– Ech, ci chłopcy. Jeszcze parę lat i Nastia nie będzie mogła się od nich opędzić, wspomnisz moje słowo. Dzisiaj przyjaciel, a jutro ktoś znacznie ważniejszy, i dobrze, jeśli obejdzie się bez narobienia głupstw. Pomyśl jednak o tej szkole, Grisza. Jesteśmy daleko, a teściowa przy swoim zdrowiu nie dopilnuje dziewczyny jak należy. Nie będę przeciwna, niech Nastia mieszka z nami, uczy się. Spokojnie damy radę wychować dwoje nastolatków.

– Sam nie wiem, Gala.

– Stasiek, synu, a ty co myślisz?

Przybrany brat trzymał wtedy w ręce filiżankę z herbatą, a jego reakcję odgadłam po kostkach palców, zbielałych od napięcia, ściskających kruchą porcelanę.

– Wszystko mi jedno.

Galina Jurjewna roześmiała się. Z niespodziewaną irytacją, która sprawiła, że ojciec się odwrócił. Tak, znała swojego syna o wiele lepiej niż my.

– Wszystko jedno? No cóż, zobaczymy, jak bardzo – powiedziała tylko, i już nie wróciliśmy do tej rozmowy.

 

– Matwiejewa, no nie przejmuj się tak! Niczego szczególnie trudnego od nas nie wymagają! Wielkie rzeczy: wyjść, poskakać, rozgrzać widownię, wykrzyczeć przyśpiewkę i rozejść się do domów! Mamy wspierać swoją drużynę czy nie? To przecież szkolne mistrzostwa w koszykówce! Półfinał roku! Nawet taka leniwa sztuka jak ja to rozumie! Gdzie ja, a gdzie WF, zauważ - dwa przeciwne bieguny planety, a i tak zgodziłam się wziąć udział!

– Leniwa? Lepiej powiedz wprost, Kuzniecowa: „grubaska”, tak będzie uczciwiej – powiedziała Dinka Gubenko, tuszując rzęsy przy oknie za naszymi plecami, a Daszka uśmiechnęła się do niej drapieżnie.

– Choćby pączuś do kwadratu, Dinoczka! Może pielęgnuję w duszy miłość do piękna i do siebie, najdroższej. Komu się nie podoba, niech się udławi! Najmniej ze wszystkiego zamierzam się przejmować swoją odlotową figurą i twoim zatruciem czarną zawiścią. Przepłucz jelita, mówią, że pomaga.

Stałyśmy przy drzwiach dużej szkolnej sali gimnastycznej i czekałyśmy na trenerkę. Dzisiaj dowiedziałam się, że za tydzień w szkole odbędą się zawody koszykówki wśród starszych klas, a tradycją dziewczyn z każdej klasy jest wspierać swoich chłopaków sportowym tańcem.

W naszej klasie było trzynaście dziewczyn, ale trenerka poprosiła, żeby po lekcjach zostało siedem, w tym ja, i bardzo się tym martwiłam. Nie wyobrażając sobie, czego oczekiwać po takim treningu. 

– A mnie się podoba – zachichotał Pietka, podpierając ścianę ramieniem, a Daszka speszona jęknęła, odwracając się do chłopaka.

– Zbrujew, znowu ty! No już, rozpuść się w niebycie, duchu! Mam cię dość!

Nawet ja zdążyłam przywyknąć do przepychanek między tą dwójką, które powtarzały się codziennie, więc nie zdziwiłam się, kiedy Zbrujew urażony zmarszczył brwi.

– To ty, Wiewiórka, masz mnie dość. Właściwie to jestem kapitanem drużyny, jeśli zapomniałaś.

– To dowódź drużyną! Nie wtrącaj się w cudze rozmowy!

– I dowodzę!

– To dowódź! Jeszcze powiedz, że to nie twoja wina, że tkwimy tu z Matwiejewą jak dwa australopiteki na plażowej dyskotece!

– No moja.

– Wiedziałam, że to twoja robota! A ja tu się produkuję przed Nastią! No, Zbrujew…

– No czego się tak nakręciłaś, Wiewiórka? – oburzył się chłopak. – To przecież wspólna sprawa! Czy tylko mnie ma zależeć?

Chyba Pietka obraził się na serio, a Daszka, wypuściwszy powietrze, tylko machnęła ręką.

– A idź ty…

Stała z nami Ania Skworcowa, wysoka, chudziutka szatynka z twarzą usianą piegami i zadartym nosem, i dziewczyna, patrząc, jak obciągam na sobie krótkie spodenki i długą koszulkę, a potem wyjmuję z torby szczotkę i związuję włosy w wysoki kucyk na czubku głowy, cicho zauważyła:

Kapitel 7 / 46 · Seite 1 von 2