SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 52: Rozdział 20, część 3

Capitolo 52

Rozdział 20, część 3

Sokół nie należał do nieśmiałych. Przez ten czas, który przeżyliśmy razem pod jednym dachem, zdążyłam to zrozumieć. Zawsze zachowywał się swobodnie i pewnie; nie afiszował się nadmiernie swoim wyćwiczonym ciałem, ale też nie chował go przed moimi oczami. Skoro tak, to w bliskości musiał być taki sam – wolny i nieskrępowany. Spojrzałam na gładkie, napięte bicepsy i wyraźny rysunek szerokich ramion. Nie mogłam się powstrzymać – przesunęłam po nich dłońmi. Tak, ja też chciałam go dotykać i poznawać, sprawiało mi to przyjemność. Niedawno z nim spałam, obejmował mnie, a ja wciąż nie zdążyłam zapomnieć, jak zachwycający jest ten facet.

– Anfisa… – westchnął bezgłośnie Artem, ale ja już skinęłam głową, czując niecierpliwość w jego palcach zaciskających się na moich udach.

Skinęłam? Chyba tak. Założyłam ręce za plecy i pod palącym szarym spojrzeniem rozpięłam biustonosz. Przez ułamek sekundy się wahałam, ale w końcu zsunęłam ramiączka, powoli odsłaniając piersi.

Jest jakaś magia w obnażaniu się przed swoim mężczyzną. Teraz, w tej chwili, Sokół był mój, a w jego oczach odbił się błysk podniecenia i upojenia tym, co zobaczył. Opuściłam ręce, a pod jego gorącym wzrokiem sutki natychmiast się uniosły i stwardniały.

Fańka, Fańka, czy to naprawdę ty? Stoisz półnaga przed Sokołem, bezwstydnie się pokazując? Oferując. Uwodząc. I podoba ci się to do szaleństwa. To palące krew wyczekiwanie na bitwę zmysłów i ciał między mężczyzną a kobietą. Ta gra – pierwotna, ludzka. Tak to zaplanowała natura i tak ciężko się temu oprzeć. Sokołowi też się to podoba. Jakże miło jest to rozumieć po tym, jak jego silna pierś unosi się przy zachłannym wdechu.

– Czyż, nigdy nie widziałem nikogo piękniejszego.

Aż chce się wierzyć. Serce chce wierzyć tym słowom dzisiaj, teraz. Wierzyć, że tak właśnie jest i że naprawdę jestem dla niego najlepsza. Czy nie na tym polega siła mężczyzny? Twojego mężczyzny? Tego, na widok którego możesz sobie przyznać: chcę go. Chcę z nim. Chcę! Bo on już zdążył obudzić w tobie coś, co właśnie ciebie – tak, ciebie, a nie żadną inną – czyni kobietą.

Kciuki Artema musnęły twarde wierzchołki, a potem całe piersi nakryły jego ciepłe dłonie. Lekko się zacisnęły, drgnęły, rozkoszując się pełnią w dłoniach. Kręgosłup przeszył słodki ból, a ja jęknęłam od tego dotyku – ostrego, na granicy krzyku, jakby odezwały się obnażone nerwy. I pocałunek, znów głęboki, przeszywająco ciągnący się, odbierający rozum.

Dlaczego Sokół całuje tak, jakby naprawdę czynił mnie swoją? To nawet nie jest czułość czy poznawanie… to coś innego. Przenikanie do drugiego człowieka, rozpruwające wszystkie powłoki ochronne. Wymiana oddechu i splecenie dusz. Przedostanie się do krwi, zarażenie. Boże, to coś, co potrafi nas zabić i wskrzesić z popiołów. Coś magicznego, podobnego do małej śmierci.

– Anf… Anfisa! – Artem nagle objął mnie za ramiona, przyciągając do siebie. – Oszaleję przez ciebie! – wychrypiał w moje włosy. – Chyba zaczynam rozumieć, czym jest prawdziwa rozkosz. Powiedz, jeśli w czymś nie będę mógł się powstrzymać, a ja… spróbuję przestać.

On naprawdę nie mógł, a ja nie chciałam, by przestał. Moje dłonie spoczęły na jego plecach, wsunęły się pod gumkę rajstop i pociągnęły w dół. Czując pod rękami gołe uda, znów usłyszałam swoje imię i sama niecierpliwie pomogłam im zsunąć się z kostek. Do pokoju było zaledwie parę metrów, a ja przyznałam, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Za to ramiona Sokoła trzymały mocno i po sekundzie znaleźliśmy się w łóżku. W pościeli, która pachniała nim i obietnicą, że dziś zaśniemy razem.

Artem ułożył mnie na poduszce, ale oboje chcieliśmy się spieszyć; dżinsy zdejmował w pośpiechu, odrywając się ode mnie tylko na moment, by zaraz wrócić. Nakryć mnie sobą – gorącym i gotowym na więcej. Nie mógł się pohamować, pozwolił mi poczuć swoje pożądanie, wbijając się w moje uda, wdzierając się do moich ust językiem. To też było niemal jak krzyk – mocny dotyk i parcie między nogami. Jeszcze nie bliskość, ale słodka obietnica.

Sokół zjechał do szyi, pocałował ramię i w końcu odnalazł pierś. Zacisnął usta na brodawce, przetoczył po niej językiem i z jękiem uniósł głowę, zbliżając się do mnie. Nasze spojrzenia spotkały się, rozpraszając mrok pokoju, a ja bardziej zgadłam, niż usłyszałam:

– Czyż, nie mogę dłużej. Chcę być w tobie. Teraz!

Zrozumiałam, na co czeka, i odpowiedziałam. Unosząc głowę z poduszki, pogłaskałam jego silną szyję:

– Tak – powtórzyłam, wciągając go w sieć moich głębin. Nie pozwalając mu wrócić, sama go pocałowałam: – Tak!

Resztki ubrań przeszkadzały; bikini spadło ze mnie, zapodziało się gdzieś w łóżku, ściągnięte niecierpliwą ręką Artema. Zaraz za nim poleciały bokserki. Nie kłamał, obiecując, że szybko się rozbierze. Z tym Sokół poradził sobie za nas dwoje i natychmiast przywrócił dłoń na moją pierś. Pieszcząc mnie, szepnął gorąco do ucha:

– Anfisa… – tak, jakby uwielbiał brzmienie mojego imienia. – Czyż-ż…

Skóra pod jego ręką płonęła, a ja gwałtownie wciągnęłam powietrze, gdy palce Artema zjechały niżej, spoczęły na brzuchu i wślizgnęły się między nogi. Znów nachylił się nade mną, to chwytając, to puszczając moje usta. Teraz każdy ruch i dotyk niosły tyle emocji, że od tych doznań można było stracić oddech.

Kolana, drżąc, rozsunęły się, i to też byłam ja. Moje ciało i moje pożądanie. W dole brzucha ćmiło i drżało gorącym tętnieniem oczekiwanie. Zacisnęłam palce na ramionach Sokoła, gdy poczułam w sobie jego palec. Palce. Najpierw płytko, potem głębiej. Artem pieszcząco mnie rozciągał, jego dłoń dotykała wrażliwego miejsca… Usłyszałam własny jęk, cicho wyrywający się z ust w ciszę pokoju. Przez ciało przeszedł dreszcz, a moje biodra uniosły się naprzeciw pieszczocie, domagając się więcej. Eksplozji tego kłębka wrażeń, który już we mnie iskrzył i mienił się kolorami.

– Artem, ja… Chcę cię. Proszę…

Czy to naprawdę ja to powiedziałam? Zawstydzenie kazało mi przymknąć powieki, ale nie puściłam ramion chłopaka. W tej chwili byłam gotowa go błagać, sama zachłannie odwzajemniając pocałunki – to, co czułam, było oszałamiające.

– Tak! Czekaj, moja śliczna… – Sokół odsunął się i usiadł, gorączkowo szukając ręką dżinsów w pościeli. Wywrócił kieszenie i głośno zaklął. – Cholera! Zupełnie zapomniałem, że przestałem nosić te rzeczy przy sobie. Czekaj…

Wypadł z pokoju, coś załomotało w przedpokoju, potem w kuchni…

Wrócił, wskoczył na łóżko i lekko przyciągnął mnie do siebie, chwytając pod pachy. Obejmując mnie, przyznał, nie mogąc powstrzymać śmiechu:

– Jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie biegałem po gumki – zaśmiał się. – To wszystko twoja wina, Fańka! – pochylił głowę i pocałował mnie. – Wszystko przez ciebie! Chytry, zielonooki Czyżyku! No – zamruczał mi do ucha, chwytając moją dłoń i przyciskając ją do swojego krocza. – Założysz sama, mmm? – Oho. Rumieniec – czy to z zawstydzenia, czy z przyjemności – zalał mi policzki i szyję. – Spodoba ci się – obiecał mój kusiciel, liznąwszy kącik moich ust. – Już ci się podoba. Nie należę do nieśmiałych.

– E-e, ja… No, ja…

– Jasne – Sokół znów się zaśmiał, gładząc się moją dłonią. Patrząc na mnie z łobuzerskim uśmiechem, rozerwał zębami górę opakowania, po czym odsunął się nieco i klęknął, by rozwinąć prezerwatywę na całej długości. Patrzyłam mu w twarz, ciesząc się, że nocne cienie ustąpiły i mogę odgadnąć emocje malujące się na jego obliczu.

– Wyglądasz jak marzenie każdej dziewczyny – wyznałam nagle, nie mogąc powstrzymać tych słów. Wszystko przy nim było takie intensywne. Nawet ta seksualna czynność, w której pozostawał po prostu sobą.

– Nie, Czyż – chłopak ani myślał mi przytaknąć. – Wyglądam jak głodny kocur, przed którym postawiono wyjątkowo apetyczne danie. Wyjątkowo! I on nie może się zdecydować – Artem położył mnie na poduszce, nakrywając sobą – czy je wychłeptać, czy wylizać. Ale zdecydowanie warto zacząć od ust…

Zaczęliśmy od ust, ale kończyć nie zamierzaliśmy. Gładziłam napięte mięśnie jego pleców, drapałam skórę, jęczałam i wyginałam się, bo nie miałam siły, by się kontrolować. Wszedł we mnie ostrożnie, ale brał mnie z pasją, a ja odpowiadałam rwanym oddechem, wyrzucając z siebie na szczycie ciche brzmienie jego imienia…

– Anfisa – Sokół patrzył na mnie, leżąc tuż obok, tak silny i pewny siebie, że każda dziewczyna czułaby się przy nim bezpiecznie. Jego ręka pieściła moją pierś, a ja tak bardzo chciałam wierzyć, że ta noc będzie trwać wiecznie. – Jesteś doskonała – powiedział nagle.

Speszyłam się, czując, jak w gardle rośnie mi gula.

– Nie wymyślaj, Artem – poprosiłam. – Przestałam wierzyć w bajki.

– Nawet przez myśl mi to nie przeszło – zaprotestował bardzo poważnie. – Po prostu nic o sobie nie wiesz – pstryknął mnie w nos. – Kompletnie nic, ty głupi Czyżyku! – powtórzył. – Jesteś pyszna jak lody pistacjowe!

– No, dzięki! – ale uśmiechałam się. Miło było słyszeć takie porównanie i czuć się w tej chwili wyjątkową.

– Proszę bardzo – Artem pociągnął mnie na siebie, kładąc się na plecach. Objął dłońmi moje pośladki i zażądał: – A teraz powiedz, że nie zrobiłem ci krzywdy.

– Nie, co ty!

– W takim razie powiedz, że mnie chcesz. Bo chcieć samemu tak mocno, jak ja chcę ciebie, Czyż… to niesprawiedliwe.

– Znasz odpowiedź.

– Powiedz to! – Ależ on uparty, jednak opieranie się jego rękom i ustom było niemożliwe.

– Chcę cię. Tak, chcę cię! – jakże przyjemnie było całować go samej.

– Czyli nie masz nic przeciwko i spróbujesz poradzić sobie z tą gumową rzeczą, tak?

– Co?!

Artem w mgnieniu oka znów mnie pod sobą uwięził.

– No, Fańka – przywarł do mojej szyi, łaskocząc mnie oddechem; potarł biodrami o dół mojego brzucha. – Przyznaj, że „on” ci się spodobał.

– Sokolski!

Ale spróbowałam, zmieszana i roześmiana. Nigdy bym nie pomyślała, że Artemowi sprawi to taką frajdę – moje zawstydzenie połączone z uśmiechem i jego prowadzące dłonie. Nawet przyznałam, że mi się podoba, że „tam” mi się podoba.

Tej nocy oboje jakbyśmy postradali zmysły, nad ranem padając zupełnie z sił i tracąc wszelki wstyd. Pożądanie nie mijało, między nogami czułam pieczenie, a gdy świt zajrzał do pokoju, wreszcie skończyliśmy – zmęczeni i mokrzy zasnęliśmy po prysznicu, ledwie nasze głowy dotknęły poduszek.

Kiedy Artem się obudził – grubo po południu – leżałam przygwożdżona do łóżka jego ramieniem i udem, gapiąc się w okno.

– Cześć, Czyż – westchnął i wtulił podbródek w moje włosy. Przykrywała nas kołdra, a po chwili Artem zabrał rękę i pociągnął ją w dół, ale ja przywróciłam ją na miejsce.

– Czyż?

– Cześć – odpowiedziałam, zwracając twarz ku jego szaremu spojrzeniu, które teraz zdawało się krystalicznie czyste i przenikliwe. Uśmiechnęłam się, ale uśmiech wyszedł blady i zaraz zgasł. Tak jak zgasła cała moja nocna odwaga.

Znów wyjrzałam przez okno.

– Ty… wszystko w porządku? – zapytał Sokół, wyraźnie się spinając.

Usta mnie piekły, między nogami wciąż czułam ćmiący ból, ale ogólnie ciało czuło się zdrowe i nasycone, czego nie można było powiedzieć o moim nastroju. Wraz z przebudzeniem przyszło otrzeźwienie i świadomość ogromu popełnionego błędu. Nie licząc strachu, który mnie ogarnął na myśl o tym, jak ślepo potrafiłam się wczoraj zapomnieć – ze mną wszystko było relatywnie dobrze. Przez ostatnią godzinę leżałam, przekonując samą siebie, by wymazać z pamięci minioną noc i spróbować uporać się z uczuciami do Artema, nawet jeśli będzie to bardzo boleć. Ale bolało już teraz, wystarczyło przypomnieć sobie, na co się odważyliśmy, i wyobrazić sobie Sokoła z inną: z Anisimową, z Wiką z baru, nieważne! Przypomnieć sobie, jak chłodny i cyniczny potrafi być, gdy chce. Nie, lepiej pierwszej przerwać to szaleństwo, zanim któregoś dnia – być może już wkrótce – rzeczywistość mnie dopadnie i znów roztrzaska na kawałki, gdy Artem skończy się bawić i zostawi zabawkę na poboczu.

I dobrze mi tak. Naprawdę, dobrze mi tak. Sama jeszcze niedawno prosiłam Ulanę o ostrożność, a potem sama, własnowolnie, wskoczyłam w otchłań o nazwie „Artem Sokolski” z głową!

 

Głupi Czyżyk! Zupełnie słusznie – głupi! Zapomniałam o bólu zdrady i znów wpadłam w sidła! Tylko tym razem będzie boleć jeszcze mocniej, bo mimo pierwszego doświadczenia, które skończyło się niezręcznością i bólem, to właśnie Sokół uczynił mnie kobietą.

– Tak. Wszystko w porządku, Artem.

Leżeliśmy nadzy, noc nas zmieniła, zbliżyła fizycznie, ale nie wygasiła drżenia i skórę wciąż kłuły igiełki od bliskości Sokoła. Spał, obejmując mnie ramieniem i przyciskając do siebie, cicho oddychał w moje włosy, a serduszko rwało, rwało, rwało… Za oknem trwał zimowy, słoneczny dzień, a ja poprosiłam, starając się nie patrzeć mu w oczy:

– Muszę iść do łazienki. Ty… mógłbyś się odwrócić? Chcę się ubrać.

Gdzieś w pogniecionej pościeli walało się moje bikini, którego tak łatwo nie znajdę, a w przedpokoju pod ścianą – biustonosz, ale w szafie wisiał szlafrok, leżała piżama, dresy i świeża bielizna. To było zaledwie pięć kroków stąd.

Artem poruszył się i zabrał nogę, ale sam się nie odsunął.

– Czyż, widziałem cię całą. Przestań. To głupie, żeby po tym wszystkim wstydzić się siebie nawzajem. Nie jesteśmy dziećmi.

Racja, nie jesteśmy dziećmi, tu miał rację. Jeszcze siedem godzin temu sama byłam odważna i straciłam głowę. Ale nie teraz.

– Wiem – zgodziłam się, czując, że wychodzę na idiotkę – ale i tak nie mogę tak po prostu.