Capitolo 53
Rozdział 20, część 4
Artem dotknął mojej dłoni, splatając nasze palce. Znów spróbowałam się uśmiechnąć – to było niesprawiedliwe obrażać go czy winić, ale uśmiech ledwie się pojawił, od razu zgasł.
Uniósł się lekko i musnął wargami moje usta. Zatrzymał się przy mojej twarzy, patrząc na mnie, ale nie odpowiedziałam. Po prostu patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co mam z tym wszystkim zrobić i dokąd uciec. Jak żyć dalej?
Palce zacisnęły się na brzegu kołdry, a Sokół zmarszczył brwi.
– Czyż, co z tobą? – zapytał z troską. – Nie wiem, jakie myśli kłębią się w twojej głowie, ale koniec z piżamami w myszy i materacami na podłodze. To po prostu poranek i po prostu my. Nic się nie zmieniło, słyszysz?
– Artem, proszę. Zaraz przyjadą wujek Wasia z Łukaszem, musimy się ubrać.
– Mało prawdopodobne, by to, że ze sobą sypiamy, było dla nich niespodzianką. Przecież udało nam się przekonać wszystkich!
– I siebie też? – nie wytrzymałam. – Siebie też przekonaliśmy?
– Anfisa…
Nie odwrócił się, więc musiałam ustąpić. Włosy po wyschnięciu ułożyły się w splątaną falę i sięgały mi lędźwi, gdy wstałam i podeszłam do szafy. Ani trochę nie kokietowałam; raczej czułam onieśmielenie pod jego uważnym spojrzeniem, gdy brałam swoje rzeczy. Uciekłam do łazienki, nie zapominając o przekręceniu zamka w drzwiach.
Usta nawet po przebudzeniu pozostały wydatne i czerwone. Ciało było czyste i wciąż pachniało żelem pod prysznicem, którym umył mnie Artem. W dole brzucha, tuż nad wzgórkiem, ciemniał mały ślad po malince – spojrzałam w lustro i zakryłam twarz dłońmi. Obłęd! Dając sobie minutę, drżącą ręką odkręciłam kran i przemyłam twarz. Umyłam zęby, uczesałam się. Mając w nosie „urodę”, zaplotłam warkocz i wślizgnęłam się w szlafrok. Szczelnie otuliłam szyję kołnierzem, myśląc o tym, że powinnam już wyjść. Musisz, Fańka. I jakoś spojrzeć Sokołowi w oczy.
Musisz, o ile ci się uda.
Wychodziło mi to średnio. Drgnęłam spłoszona, gdy wszedł do kuchni, do której uciekłam, nie znajdując w sobie odwagi, by wrócić do pokoju. Zawołał mnie po imieniu. Przykucnął przed krzesłem, na którym siedziałam, i włożył mi na nogi skarpetki.
– Zimno jest, Czyż, a ty boso.
– Dzięki.
– Anfisa, powiedz mi… – Artem ubrał się w koszulkę i domowe spodnie. Jego dłoń spoczywała pod moim kolanem, a kciuk kreślił wzory na rzepce. Nasze spojrzenia się spotkały. – Dlaczego? Zrobiłem coś nie tak? Obraziłem cię?
Nie zamierzałam winić Artema, tylko nie jego. To była moja nieodrobiona lekcja i moje błędy.
– Nie – pokręciłam głową. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale tym razem zupełnie mi nie wyszło. – Nie myśl tak, proszę – poprosiłam. – Przecież wiesz, że ja sama… sama chciałam. To nie twoja wina.
– A czyja, Czyż? – Artem odnalazł moją dłoń i splótł ją ze swoją. Przez chwilę grały mu mięśnie na szczękach, zanim się odezwał. – Tak sobie pomyślałem… Fania, zauważyłem, że jesteś niedoświadczona, ale być może nie domyśliłem się, jak bardzo. O to chodzi? Wczoraj kompletnie straciłem głowę i mogłem…
– Nie, to nie był mój pierwszy raz – no i stało się: rumieniec w końcu mnie dopadł, pełznąc plamami po szyi i policzkach, ale zmusiłam się, by patrzeć mu w oczy. – Był jeden raz. Dawno temu.
Uścisk jego palców na mojej dłoni stwardniał, a głos Sokoła momentalnie spoważniał i obniżył się.
– Z kim? – zapytał natychmiast, prawdopodobnie szybciej, niż zdążył pomyśleć, czy ma prawo zadawać takie pytanie.
Zabrałam rękę i powoli położyłam ją na stole, czując, jak płoną mi policzki. Jak zawsze w trudnych chwilach patrzyłam na jego usta, byle nie w oczy.
– Artem, wydaje mi się, że to za wiele. Ja przecież nie pytam cię o twój pierwszy raz.
Ale Artem, w przeciwieństwie do mnie, ani myślał o zawstydzeniu.
– To zapytaj, Czyż – uśmiechnął się kącikiem ust – a ja ci opowiem. Samemu mi wstyd wspominać, jak to się stało. Ale na pewno nie byłem takim bohaterem jak z tobą. Ty jesteś dla mnie wyjątkowym przypadkiem.
Zaczynało brakować mi tchu, więc wstałam i podeszłam do okna.
– Mnie też jest wstyd – przyznałam. – I jeszcze jest mi przykro, dlatego nie chcę o tym pamiętać.
– Anfisa…
– Artem, po co ci to?! – odwróciłam się, wyrzucając to z siebie niemal z błaganiem. – Cudze historie mało kogo obchodzą!
– Jeszcze nie wiem – odpowiedział nieoczekiwanie uparcie. – I nie jesteś dla mnie kimś obcym, Czyż. Tylko nie ty.
Patrzyłam na niego, a on na mnie. Nie śpieszyłam się z odpowiedzią, nie do końca rozumiejąc, co Artem ma na myśli, ale on też mnie nie poganiał. Między nami drżała teraz ta żałosna zasłona przeszłości, zza której tak łatwo było wydobyć każdą tajemnicę i każdy wstyd. Czy to naprawdę sprawiła ta noc, która nas zbliżyła?
– Spotykaliśmy się w szkole. Długo. Prawie cztery lata. Był ode mnie starszy i pewnego dnia wyjechał na studia do innego miasta. Kochałam go i obiecałam czekać, wierzyłam, że to na zawsze. Wszystko stało się w dniu mojego balu maturalnego. Miałam siedemnaście lat, wahałam się i chyba nie bardzo nam wyszło. Wszystko było niezręczne, bolesne i szybkie. Dzisiaj nie jest mi miło o tym wspominać.
– A potem?
– A potem wszystko się skończyło. Okazałam się dla niego niewystarczająco dobra. Pojawiły się inne dziewczyny, popularni znajomi, imprezy. Miłość przeszła, a bajka, ledwie się zaczęła, nie została opowiedziana do końca. Tak bywa. Dawno nie jesteśmy razem i nigdy nie będziemy.
– Czyli to on do ciebie ciągle wydzwania? – domyślił się Sokół. – Twój sąsiad? – Milczałam, więc dokończył sam: – Wygląda na to, Czyż, że on myśli inaczej.
Nie chciałam wiedzieć, co o naszej wspólnej przyszłości myśli Malwin. Po wczorajszej akcji w klubie byłam pewna, że jego duma tego nie zniesie i wreszcie zostawi mnie w spokoju. Powinnam była raczej pomyśleć o dziewczynach z grupy i kolegach Sokoła. Wymyślić, jak w poniedziałek na uniwersytecie wytłumaczyć wszystkim ten wczorajszy pocałunek. Złudzeniem optycznym czy noworocznym żartem?
– Wszystko mi jedno – wyznałam. – Jeśli kiedykolwiek będę wspominać swój pierwszy raz, to z tobą, Artem, nie z nim.
Powiedziałam to i zamilkłam, wiedząc, że to prawda.
– A jednak, Anfisa? – odezwał się ostrożnie, wracając do tego, od czego zaczął. – Dlaczego?
Gdyby tak łatwo było odpowiedzieć. Podniosłam rękę i ścisnęłam kołnierz przy gardle. Oblizałam usta, które z emocji stały się suche.
– Nie, niczym mnie nie obraziłeś, nie myśl tak. Chodzi o mnie. Rozumiesz, wczoraj wszystko stało się tak niespodziewanie i teraz nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. Dla mnie to nie jest proste.
Artem stał dwa kroki dalej przy stole i patrzył mi w twarz, nie odpuszczając wzroku.
– Ale Czyż, między ludźmi właśnie tak to się dzieje – powiedział, uśmiechając się do własnych słów, jakby to było coś oczywistego. – Po co coś robić, skoro wszystko i tak jest jasne. Ludzie chcą i dostają. Albo nie dostają – każdy ma swoje szczęście i swoją drogę. Czyż nie? Chcieliśmy tego oboje.
Skinęłam głową na znak zgody.
– Tak, chcieliśmy – opuściłam ręce i częściowo odwróciłam się od niego. Przesunęłam dłonią po blacie kuchennej szafki, wzdychając do własnych myśli. – Pewnie masz rację, Artem. Przecież mówię: to nie twoja wina. Jesteś cudowny i na pewno o tym wiesz. Po prostu zawsze wydawało mi się, że samo chcieć to za mało. Między ludźmi powinno być coś jeszcze. Nie tylko pożądanie. – Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. – Myślisz, że to głupie?
Nie odpowiedział, więc spojrzałam na drzwi. Objęłam się ramionami.
– Wiesz, ja już chyba pójdę…
Artem dogonił mnie w dwóch krokach i przytulił się do moich pleców, obejmując mnie ramionami.
– Czyż, uspokój się – zatrzymał mnie, przyciągając do siebie. – Usiądźmy i napijmy się herbaty. Po prostu porozmawiajmy. Chcesz, spróbuję cię zaskoczyć i przyznam się, że umiem smażyć ziemniaki? Przecież jesteś głodna. No, skinij głową! Przecież wiem, że chcesz jeść. Obiecuję ci oddać najsmaczniejsze kawałki – te rumiane z chrupiącą skórką. Tylko nie bądź smutna, słyszysz? Wszystko będzie dobrze!
Wtulił twarz w moje włosy, jeszcze mocniej mnie obejmując. Przycisnął usta do mojej szyi, całując mnie, a ja znów poczułam ten ogień, który odbierał mi oddech.
– Czyż… Czyż, Czyż, Czyż! – wyszeptał mi przy skroni. – Tylko ty jesteś w moich myślach. Odkąd się pojawiłaś, o nikim innym nie potrafię myśleć. Ja nawet przez sen cię kocham…
Zamarłam, a Artem razem ze mną. Słowa wybrzmiały i zawisły w powietrzu, zmieniając się w krępującą ciszę. Nie wiem, jak długo byśmy tak stali, gdyby nie dzwonek do drzwi i Wasilij Jakowlewicz z Łukaszem, którzy głośno wpakowali się do mieszkania.
– Cześć, młodzieży! Grzejecie się w kuchni? I słusznie! Na dworze mróz, uuu, uszy odpadają! Przebiegliśmy się z Łukaszem po targu jak zające – truchtem! Kupiliśmy wam na święta szampana, pomarańcze i choinkę!
– Fania! Artem! Zobaczcie, jaka! – zaśmiał się radośnie dzieciak, wyskakując zza pleców ojca z drzewkiem w rękach, ciasno owiniętym siatką. – Wybraliśmy najładniejszą! A w pudełku są bombki i girlanda! Fańka, lubisz ubierać choinkę? Ma nawet szyszki, prawdziwe!
– No, młodzieży, dajecie czadu! Telefon wyłączony, w mediach cisza! Do was jak do tajgi – nie można się dodzwonić! – oświadczył kategorycznie wujek Wasia, wchodząc do pokoju i nagle zmieszany cofnął się, widząc nieład w pościeli. – No tak, wygląda na to, że świętowaliście moment samotności… No cóż, Łukasz – odwrócił się do syna. – Zdaje się, że przyjechaliśmy w niewłaściwym momencie.
– Dzień dobry, Wasiliju Jakowlewiczu – przywitałam się, czerwieniąc się na wspomnienie tego, co z Artemem robiliśmy w tym łóżku. – Skądże! Proszę do kuchni, zaraz zrobię herbatę.
– Artem, ta cała Susannoczka jest strasznie wredna – usłyszałam za plecami wyznanie Łukasza, podczas gdy wyjmowałam filiżanki i parzyłam herbatę. Starszy Sokolski mył w tym czasie ręce w łazience. – Najpierw uśmiechała się do mnie i podsuwała ciastka, a kiedy twój tata wyszedł, powiedziała, żebym nie liczył na to, że wzruszę ją moją ładną buzią. I że ten cwany numer u nas z Alisą nie przejdzie. A jaki numer – nie zrozumiałem. A ty jak myślisz?
Herbata była gorąca, wujek Wasia z Łukaszem w dobrych humorach. Kiedy mężczyźni rozmawiali w kuchni, szybko się ubrałam i wyszłam do przedpokoju.
– Czyż, dokąd idziesz? – zawołał mnie zdziwiony Artem, wstając z krzesła. – Nie posiedzisz z nami?
– Nie, idę do pracy do „Maracany”, już czas na mnie.
– Anfisa, stój! – Sokół złapał mnie za rękę, zatrzymując. Jego słowa wciąż wisiały między nami jako pewna niezręczność, trudno było patrzeć mu w oczy – przenikliwe, a jednocześnie nienaturalnie łagodne. – A nie mogłabyś nie iść? – zapytał z nadzieją.
Teoretycznie mogłam, choć Timur w ten przedświąteczny weekend na pewno potrzebował pomocy w barze, ale ja musiałam teraz poczuć jakikolwiek ruch, żeby się uspokoić i poukładać sobie wszystko w głowie.
– A ty nie masz treningu? – zadałam pytanie retoryczne.
– Mam, ale o ósmej wieczorem będę już wolny. Zresztą, co za różnica, Czyż, pal licho! Myślałem, że moglibyśmy…
Zabrałam rękę, wsunęłam się w puchówkę i naciągnęłam czapkę.
– Artem, nie mogę siedzieć ci na karku. Stypendium nie jest z gumy, a ja i tak nie byłam w pracy przez cały tydzień. Muszę chociaż trochę zarobić na święta – kupić prezenty dzieciakom i bratu.
– Anfisa… – nadgarstek znów znalazł się w silnej dłoni Sokoła. No co jest! Serce zaczęło mi bić jak szalone. Chciałam być blisko i jednocześnie chciałam uciekać. Chciałam się zapomnieć i oddać jego ramionom. Miał rację, nic się nie zmieniło: on i dzisiaj pozostał tym samym marzeniem każdej dziewczyny, zdolnym w każdej duszy rozpalić nadzieję, a ja tą samą Fańką Czyżyk.
Boże, dlaczego to znowu mi się przytrafiło? Dlaczego? Wydawało mi się, że wszystko potrafię przewidzieć. Że nigdy więcej! I oto znowu serce kocha i nie chce zrozumieć, że to po prostu droga – jedna z wielu, jakie będą. Że „ludzie chcą i dostają”. Że nie wszystko jest miłością i nie każdej nadziei dane jest się spełnić.
Usta Sokoła nakryły moje, a ja nie mogłam nie odpowiedzieć. Pogłaskałam go po szyi i włosach, czując, jak w piersi ostrymi krawędziami wierci się smutek.
– Zostań, Czyż.
– Przepraszam, Artem. Ale naprawdę muszę iść.