SOVABOO

Bri & Kai. Serce wie

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/2 · Strona 1 z 30%

Wiecie, co jest najbardziej obrzydliwe w związkach? Zwłaszcza kiedy dochodzą do etapu poznawania rodziców. Zobaczyć goły tyłek swojego chłopaka na tylnym siedzeniu jego auta, stojąc na zewnątrz i rozumiejąc, że dziewczyna pod nim to nie ty.

Fuj, jakie to paskudne i odrażające!

Miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, dokładnie tam, prosto na maskę jego nowego cholernego pickupa. I gdybym w tamtej chwili zamiast walizki podróżnej trzymała w ręce kij baseballowy, przysięgam, na świecie byłoby o jedną podłą dupę mniej! A tak tylko kopnęłam w drzwi, krzyknęłam eksowi, że między nami koniec, i uciekłam, gubiąc walizkę. Pognałam, rozmazując po policzkach łzy razem z tuszem, na oślep przez nocne ulice kampusu, zostawiając za sobą parking, jego idiotyczne obietnice i osiem miesięcy mojego życia, które właśnie obróciły się w pył.

Gratulacje, Bri Adams, świetne zakończenie długiego weekendu! Znowu jesteś wolna, wszystkie osobiste plany na lato poszły się paść, a pierwsza zasada kodeksu najlepszych uczennic: „Nigdy nie inwestować uczuć w ryzykowne aktywa, czyli w facetów”, znowu jest aktualna jak nigdy! Brawa dla mega-przegrywki!

Babcia miała rację, kiedy pierwszy raz pokazałam jej zdjęcie Travisa: „Briar, kochanie, on do ciebie nie pasuje. Ten chłopak ma zbyt cwaniackie oczy. Takimi oczami się nie kocha, takimi oczami szuka się kogoś do wykorzystania. On jest dla ciebie za mały”. Brawo, babciu, jak zwykle okazałaś się jasnowidzem. Zdrajca!

A przecież od razu wiedziałam, że z Travisem nic z tego nie będzie. Kiedy pocałował mnie po raz pierwszy, moje serce nie zabiło mocniej, jak piszą w romansach, tylko leniwie pompowało krew. Dokładnie tak samo jak z Chadem Dwayne'em na balu maturalnym, kiedy wsunął mi rękę pod spódnicę i dosłownie obślinił mi piersi. Wtedy „przypadkiem” trafiłam go łokciem w nos, trysnęła krew i obfite ślinienie natychmiast ustało. Ale tym razem powiedziałam sobie: „Dobra, Bri, nie jesteś gorsza od innych. Pora wejść w związek. Za to Travis jest przystojny”. I oto rezultat.

Idiotka!

W rezultacie do dwudziestki dorobiłam się świetnej listy życiowych osiągnięć:

Prawie skończyłam kurs matematyki wyższej na A.

Umiem zaparzyć idealną kawę bez tygielka.

Oficjalnie zostałam bohaterką kiepskiego romansu w miękkiej oprawie, kupionego na stacji benzynowej za półtora dolara.

Fantastyczne szczęście, naprawdę!

W trzynastej minucie mojego zapłakanego maratonu moja kondycja w końcu się poddała i zaczęła błagać: „Bri, kochana, oczywiście biegasz szybko, ale my jesteśmy matematyką i finansami, a nie lekką atletyką. Zwolnij, skarbie, najwyższy czas przyhamować!”

Nogi nagle zaczęły mi się plątać, determinacja uleciała i znalazłam się przed jedynym źródłem światła na tej ciemnej ulicy tuż za granicą kampusu, przy dinerze „U Louiego”.

Lokal wyglądał tak, jakby widział wszystkie stadia studenckiego upadku od czasów wojny w Wietnamie. Ale paliło się tu światło, pachniało kawą, a nad drzwiami dziarsko zadźwięczał dzwoneczek. Lustro po lewej bezlitośnie pokazało, że wyglądam żałośnie: potargane kasztanowe loki, czerwona, zapłakana twarz i tusz spływający po policzkach żałobnymi wstęgami. Dodajcie do tego zgubioną walizkę, poczucie, że jestem największą życiową porażką na świecie, i układanka sama się składa.

— O, a tu kolejna ofiara niedzielnego wieczoru. Wchodź, kochanie!

Przy ladzie starsza kelnerka w czerwonym fartuchu wycierała szklanki (należało rozumieć, żona tego właśnie Louiego). Kiedy mnie zobaczyła, machnęła ręką z zawodową wprawą:

— Wchodź, mamy otwarte. Chcesz coś przekąsić?

— Nie, nie chcę. Mogę po prostu kawę? Proszę.

Oprócz mnie w kawiarni siedziała już zakochana parka, gruchająca przy oknie jak dwoje bohaterów z reklamy majonezu. Co za mdła idylla, dajcie mi miskę. Jeszcze jeden chłopak spał w kącie za otwartym laptopem. Wsunąwszy palce w talerz z niedojedzonymi frytkami, rozpłaszczył policzek na blacie i pochrapywał (widocznie nauka go dopadła). I jeszcze jeden ciemnowłosy chłopak siedział samotnie przy trzecim stoliku i pił colę z taką miną, jakby właśnie się dowiedział, że Ziemia jednak jest płaska i niosą ją na grzbietach cholerne żółwie.

Ciężko opadłam na czerwoną winylową kanapę przy czwartym stoliku, złożyłam ręce na lepkim blacie i wtuliłam w nie twarz.

Świetnie, Briar. Twój pierwszy bieg przez „poważny związek” zaliczony i dobiegłaś ostatnia. Jutro o ósmej trzydzieści rano wykład z matematyki stosowanej, poprowadzi go niesamowity profesor, do którego marzyłaś się dostać przez cały pierwszy rok, a ty siedzisz tu jak panda i rozpadasz się na cząstki, podczas gdy twój były, pies na baby, radośnie uprawia seks w najlepszych latach swojego życia z ładną dziewczyną, bo innych Travis nie zauważa.

Cicho pociągnęłam nosem. Y-y-y…

— Twoja kawa, kochanie.

— Dziękuję.

Pociągnęłam nosem jeszcze raz, potem kolejny, a czas u Louiego popłynął z prędkością, z jaką zwykle rozlewa się po stole gęsty syrop klonowy, przypominający moje łzy. I nawet nie obchodziło mnie, czy Travis mnie szuka. Jakie to teraz ma znaczenie? Po prostu bolało i było gorzko, że marzenia runęły. Bo w pewnym momencie naprawdę uwierzyłam, że on mnie kocha. Że ja coś do niego czuję. Że nasze zaufanie do siebie nawzajem nieuchronnie zamieni się w coś większego. Trzeba tylko przejść tę drogę właściwie i nie popełnić błędów, a wtedy wszystko się uda. Przecież jestem mądrzejsza od wszystkich dziewczyn, prawda?

Ale okazało się, że ogarnianie nauk ścisłych to nie to samo, co ogarnianie facetów. Dzięki, życie, kolejna lekcja: potrafisz uczyć lepiej niż jakikolwiek podręcznik.

 

Najpierw z dinera, chichocząc i całując się, wyniosła się zakochana parka. Potem obudził się chłopak za laptopem. Ze smakiem dojadł zimne frytki, wsunął laptop pod pachę i wytoczył się na ulicę. W lokalu zostaliśmy tylko ciemnowłosy chłopak przy sąsiednim stoliku, ja i kelnerka.

— Dolać, kochanie? – kobieta pojawiła się obok mnie z pękatym szklanym dzbankiem do kawy w ręce i obejrzała mnie ze współczuciem. – Twoja już wystygła.

— Tak, proszę – wymamrotałam, unosząc znad rąk zapłakaną twarz. – I… zapłacę za wszystko. Za kawę i za wynajem tej kanapy.

— A tobie, chłopcze? – zwróciła się do mojego sąsiada, gdy już napełniła moją szklankę. – Może też coś cieplejszego? Dzisiaj całkiem oklapłeś, Kai.

Chłopak przy stoliku naprzeciwko nadal siedział, patrząc na swoje palce i pustą puszkę po coli. Odsunąwszy ją, obojętnie skinął głową:

— Może być. Dzięki, Mary.

Pół godziny później elektroniczny zegar na ścianie pokazał północ, ja zdążyłam usunąć z Instagrama wszystkie fotki z Travisem, zablokować jego połączenia i jego podłą istotę, kiedy Mary wyszła do niewielkiej sali z wiadrem i mopem. Zaczęła przecierać blaty i myć podłogę. Nadal siedzieliśmy, każde we własnych myślach, dopóki mop kelnerki nie zahaczył o sąsiedni stolik.

— No dobrze, przystojniaku – kobieta poprawiła fartuch i zdecydowanie kiwnęła brodą w moją stronę. – Przesiadaj się do tej młodej miss, muszę umyć twoją połowę sali. I tak oboje cierpicie, więc przynajmniej oszczędzicie mi czasu.

Rozdział 1 / 2 · Strona 1 z 3