Rozdział 5
— Tortu z podłogi skrobać nie będę — rzucił bokser z obrzydzeniem przez zęby. — Nie licz na to!
— Dobrze, kupisz nowy, taki sam — zgodziłam się, odwracając się. — A jeszcze przyszyjesz guzik do kożuszka, który oderwałeś. Kolejność wybierz sam!
— Co? — a oczy, kiedy je szeroko otworzył, okazały się jasnoniebieskie. Takie, jakie mają dobrzy chłopcy, za którymi dziewczyny biegają stadami. Chociaż… światło na klatce jednak kiepskie. Na pewno mi się przywidziało! — Nigdy!
Natychmiast zapomniawszy o oczach, zrobiłam krok naprzód i uparcie wysunęłam podbródek, wcale nie zamierzając bać się chłopaka, który groźnie nade mną zawisł.
— A jeśli nigdy… — wyszeptałam ze złością, ale zaraz podniosłam głos do komendy: — To bierz i skrob tort! Nie ja go tam rzuciłam!
— Nie jesteś Wróżką, tylko wiedźmą!
— A ty jesteś Hulkiem! Chamem i… — czym by go jeszcze słownie ukłuć? — I amatorem, o!
— Ach ty… ż-żmijo!
— Odezwał się Krokodyl!
— Szantażystka!
— Powinieneś mi ręce całować!
— Coo?! Za co niby?
— Za to, że nie oddałam cię do aresztu! Ale mogę jeszcze zmienić zdanie! — Wspięłam się na palce, żeby dosięgnąć twarzy mojego krzywdziciela. — Goblin z ciebie, ot kto! A to mieszkanie i tak będzie moje!
— Nie sądzę!
— Nie wątpię!
— Dlaczego?
— Bo nie masz czym myśleć! Puk-puk! — stuknęłam tego Bierkutowa pięścią w czoło. — Jest tam kto? Czy znowu dzięcioł za starszego?
— Co-o?! Ja cię zaraz…
No proszę. Do przytulania się zabiera. O mało nie podciągnęłam gwałtownie kolana, jak uczył brat. Aż szkoda, że stróż prawa przeszkodził.
— Khm-khm! — rozległ się nagle wyraźnie sztuczny kaszel, przerywając naszą kłótnię, i oboje odwróciliśmy się do policjanta, ciężko oddychając z napięcia.
— No więc, młodzi ludzie? — spytał Leszenko. — Jeśli się dogadaliście, to mogę jechać? Czy lepiej wezwać wsparcie? Czas mi wracać.
Spojrzał surowo na boksera, a ten nie wytrzymał:
— Co pan tak na mnie patrzy, sierżancie? Jutro spod ziemi wyciągnę tę agencję i skórę z nich zedrę! Nie biję kobiet. Nawet takich szkodliwych! Jeden dzień z tą Megierą… — nasze spojrzenia znów się spotkały i rozbłysły — jakoś wytrzymam!
— Ha! Aż strach mi sobie wyobrazić, co będzie z tobą, jeśli spróbujesz mnie choć palcem tknąć! — nie powstrzymałam się. Bardzo chciałam po wszystkim zostawić ostatnie słowo sobie.
— Obywatelko Fiejakina!
— Co?
— W razie czego — proszę dzwonić — zasalutował policjant. — Podejmiemy wszystkie konieczne środki!
— Dziękuję za pomoc, sierżancie. Z całego serca! — szczerze podziękowałam dobremu człowiekowi.
— Obywatelu Bierkutow?
— Tak.
— Niech pan jednak postawi dziewczynie choinkę. W końcu święto. No, idę!
Powiedziawszy to, Leszenko wszedł do otwartej windy i odjechał, a my zostaliśmy na klatce we troje. Dwa Hulki i ja — niezbyt silna, ale baaardzo rozzłoszczona Wróżeczka.
Ach tak, jeszcze piękny kot. I kiedy cała nasza trójka gapiła się na siebie, to żółtookie monstrum zdołało wejść do mieszkania i wrócić na klatkę z kiełbasą. Tak właśnie zanurkowało z półkrążkiem w dół po schodach.
A niech ją diabli, tę kiełbasę! Mam jeszcze cukierki — całe trzy pudełka!
— Rozstąpić się! — zrobiłam krok naprzód i, przecisnąwszy się między dwiema szerokimi parami ramion, dumnie weszłam do mieszkania.
Przekroczyłam próg i uśmiechnęłam się. No proszę, wreszcie jestem w domu! A z przykrym nieporozumieniem imieniem Jegor Bierkutow rozprawię się jutro — rano jest mądrzejsze od wieczora!