SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/39 · Strona 4 z 412%

— Tortu z podłogi skrobać nie będę — rzucił bokser z obrzydzeniem przez zęby. — Nie licz na to!

— Dobrze, kupisz nowy, taki sam — zgodziłam się, odwracając się. — A jeszcze przyszyjesz guzik do kożuszka, który oderwałeś. Kolejność wybierz sam!

— Co? — a oczy, kiedy je szeroko otworzył, okazały się jasnoniebieskie. Takie, jakie mają dobrzy chłopcy, za którymi dziewczyny biegają stadami. Chociaż… światło na klatce jednak kiepskie. Na pewno mi się przywidziało! — Nigdy!

Natychmiast zapomniawszy o oczach, zrobiłam krok naprzód i uparcie wysunęłam podbródek, wcale nie zamierzając bać się chłopaka, który groźnie nade mną zawisł.

— A jeśli nigdy… — wyszeptałam ze złością, ale zaraz podniosłam głos do komendy: — To bierz i skrob tort! Nie ja go tam rzuciłam!

— Nie jesteś Wróżką, tylko wiedźmą!

— A ty jesteś Hulkiem! Chamem i… — czym by go jeszcze słownie ukłuć? — I amatorem, o!

— Ach ty… ż-żmijo!

— Odezwał się Krokodyl!

— Szantażystka!

— Powinieneś mi ręce całować!

— Coo?! Za co niby?

— Za to, że nie oddałam cię do aresztu! Ale mogę jeszcze zmienić zdanie! — Wspięłam się na palce, żeby dosięgnąć twarzy mojego krzywdziciela. — Goblin z ciebie, ot kto! A to mieszkanie i tak będzie moje!

— Nie sądzę!

— Nie wątpię!

— Dlaczego?

— Bo nie masz czym myśleć! Puk-puk! — stuknęłam tego Bierkutowa pięścią w czoło. — Jest tam kto? Czy znowu dzięcioł za starszego?

— Co-o?! Ja cię zaraz…

No proszę. Do przytulania się zabiera. O mało nie podciągnęłam gwałtownie kolana, jak uczył brat. Aż szkoda, że stróż prawa przeszkodził.

— Khm-khm! — rozległ się nagle wyraźnie sztuczny kaszel, przerywając naszą kłótnię, i oboje odwróciliśmy się do policjanta, ciężko oddychając z napięcia.

— No więc, młodzi ludzie? — spytał Leszenko. — Jeśli się dogadaliście, to mogę jechać? Czy lepiej wezwać wsparcie? Czas mi wracać.

Spojrzał surowo na boksera, a ten nie wytrzymał:

— Co pan tak na mnie patrzy, sierżancie? Jutro spod ziemi wyciągnę tę agencję i skórę z nich zedrę! Nie biję kobiet. Nawet takich szkodliwych! Jeden dzień z tą Megierą… — nasze spojrzenia znów się spotkały i rozbłysły — jakoś wytrzymam!

— Ha! Aż strach mi sobie wyobrazić, co będzie z tobą, jeśli spróbujesz mnie choć palcem tknąć! — nie powstrzymałam się. Bardzo chciałam po wszystkim zostawić ostatnie słowo sobie.

— Obywatelko Fiejakina!

— Co?

— W razie czego — proszę dzwonić — zasalutował policjant. — Podejmiemy wszystkie konieczne środki!

— Dziękuję za pomoc, sierżancie. Z całego serca! — szczerze podziękowałam dobremu człowiekowi.

— Obywatelu Bierkutow?

— Tak.

— Niech pan jednak postawi dziewczynie choinkę. W końcu święto. No, idę!

Powiedziawszy to, Leszenko wszedł do otwartej windy i odjechał, a my zostaliśmy na klatce we troje. Dwa Hulki i ja — niezbyt silna, ale baaardzo rozzłoszczona Wróżeczka.

Ach tak, jeszcze piękny kot. I kiedy cała nasza trójka gapiła się na siebie, to żółtookie monstrum zdołało wejść do mieszkania i wrócić na klatkę z kiełbasą. Tak właśnie zanurkowało z półkrążkiem w dół po schodach.

A niech ją diabli, tę kiełbasę! Mam jeszcze cukierki — całe trzy pudełka!

— Rozstąpić się! — zrobiłam krok naprzód i, przecisnąwszy się między dwiema szerokimi parami ramion, dumnie weszłam do mieszkania.

Przekroczyłam próg i uśmiechnęłam się. No proszę, wreszcie jestem w domu! A z przykrym nieporozumieniem imieniem Jegor Bierkutow rozprawię się jutro — rano jest mądrzejsze od wieczora!

Rozdział 5 / 39 · Strona 4 z 4