SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 6: Rozdział 6

Rozdział 6

Rozdział 6/39 · Strona 1 z 313%

Z tą myślą zdjęłam buty. A po nich kożuszek i czapkę. Odłożyłam rzeczy do szafy.

— Patrz, Misiu! — usłyszałam za plecami zdziwione. — Ona ma nawet różowe włosy! No dokładnie wróżka!

Ale jeśli dziewoja Lera nawet prychnęła, to jakoś niepewnie, a Hulk w ogóle milczał. Pewnie ściera zęby na pył, wybierając najlepszy sposób pozbycia się mnie — spuścić z balkonu czy zamurować w ścianie. I to tak, żeby ślad nie został.

No cóż, marzyć nie szkodzi, zwłaszcza późnym wieczorem. A co do włosów…

Dawno temu, kiedy dopiero skończyłam szkołę, wybrałam zawód i poszłam uczyć się w technikum fryzjerskim, robiłam na własnej fryzurze eksperymenty wszelkiego rodzaju. Morze było po kolana. Z przyjemnością rzucałam się w każdą skrajność! Skoro włosy dobre, to czego ich żałować? Odrosną! I tak ścinałam — a to asymetrię, a to boba. Byłam brunetką, rudą, nawet zieloną — praca z farbami miksującymi przypominała feerię i wydawało się, że nie da się przestać!

Ale im starsza się stawałam, tym spokojniejszy robił się kolor włosów, coraz bardziej wracając do naturalnego — jasnego blondu. I tym niżej odrastała długość. Teraz włosy sięgały mi łopatek, byłam miodowo-truskawkową blondynką i tak, z różowymi końcówkami, które tak zdziwiły dziewoję kulturystkę. Taką koloryzację w mieście potrafił zrobić nie każdy mistrz fryzjer. Ja potrafiłam i znałam niuanse. Dlatego zdziwienie Xeny odebrałam jako czysty komplement.

Tak, Wróżka. I co z tego! To przezwisko przykleiło się do mnie w szkole i tak idę z nim przez życie. Czasem nawet częściej reaguję na przezwisko niż na imię.

Zamknęłam szafę i obejrzałam się, decydując, dokąd pójść. W dużym salonie ulokowała się parka i choć bardzo chciało mi się przejść po białym dywanie i włączyć telewizor, dziś byłam tak zmęczona, że walkę o terytorium chyba zostawię na jutro. W końcu od wpół do siódmej rano na nogach, pora już odpocząć.

Z tymi myślami ruszyłam do sypialni.

— Stój! — nagle rozkazująco krzyknął z tyłu Hulk. — Stój, do ciebie mówię! Hej!

Aha, jasne! Skąd mu się wzięło, że będę go słuchać? Lepiej niech od razu zrozumie: dla siebie nawzajem nie istniejemy! Niech komenderuje swoją piszczącą kulturystką, a nie mną!

Zrobiłam krok do sypialni, otworzyłam drzwi na oścież… i tak samo jak za pierwszym razem, kiedy weszłam do mieszkania, zrozumiałam trzy rzeczy.

Po pierwsze, że w pokoju ktoś jest. Po drugie, że ten ktoś to pies. I po trzecie, że pies jest ogromny, silny i… zdezorientowany przeprowadzką. Inaczej nie ostrzegłby warknięciem, tylko od razu rzucił się bronić terytorium.

Jeśli wasz tata jest zapalonym wędkarzem, na pewno odróżnicie szczupaka od karasia. Jeśli artystą, wiecie, czym różni się pastel od akwareli, a sztaluga wystawowa od najzwyklejszej. A jeśli wasz tata jest kynologiem, i to najlepszym w mieście, to w waszym życiu na pewno znajdzie się miejsce dla psów. Zawsze i różnych.

Mam wrażenie, że ledwie się urodziłam, a już wiedziałam o tych zwierzętach wszystko. Nawet po szczekaniu umiałam rozpoznawać nastrój. Zdarzało mi się i odbierać porody, i ratować, i uczyć komend, a nawet uczłowieczać — o bandogu Timie już wam opowiadałam.

Krótko mówiąc, jeśli wasz tata jest kynologiem, to z całą pewnością będziecie wiedzieć, jak obchodzić się z psami. Nie dacie się zaskoczyć i już na pewno nie pozwolicie zjeść się żywcem.

— Fe! Siad! — warknęłam chyba głośniej od psa, uderzając drzwiami o ścianę. Wyrzuciłam torebkę w górę i trzasnęłam olbrzyma po nosie. Zasłoniwszy torbą pierś, złapałam palcami obrożę, szarpnęłam do siebie i wcisnęłam pod nią pięść, przechwytując zwierzęciu gardło.

Wszystko zajęło parę sekund, nie więcej. Pies nawet nie zdążył niczego zrozumieć, a już usiadł na ogonie i przycisnął uszy do głowy. Zachrypiał, chyba nie na żarty się mnie przestraszywszy…

— Amur, nie wolno! — Hulk wbiegł do sypialni, zapalając światło. — Nie waż się jej dotykać! Fe! — krzyknął… ale potknąwszy się o mnie, zamilkł: — Zatrujesz się…

Oho, mamy tu owczarka niemieckiego! W tej chwili zajrzałam w ciemne, migdałowe oczy. Kopia naszej Lizy, tylko samiec. Całkiem młody — rok albo półtora, nie więcej. Przestraszony i zbity z tropu nieznanym otoczeniem i zapachami. Patrzy, biedak, to na mnie, to na swojego właściciela, który wyrósł za moimi plecami, i pewnie myśli o tym samym co on…

— Puść Amura, Potworze!

— Misiu, on ją zjadł?

I taki słodziutki głosik, pełen nadziei!

— Niedoczekanie! Prędzej by się udławił! — odpowiedziałam, nie powstrzymawszy się. I rozkazałam: — A ty wyjdź z mojego pokoju! Bo nie ręczę za siebie!

Hulkowi oczywiście rozkazałam. Do psów właściwie nic nie mam.

— Jeśli wyjdę, a on się zerwie — oberwie ci się, Wiedźmo!

— To tobie się oberwie, goblinie! I nie wiadomo, czy tylko raz!

Och, jak mnie męczą ci uparci faceci! Chyba zaraz sama pogryzę kogokolwiek!

Zablokowałam chwyt na obroży i spokojnie zwróciłam się do psa, odmawiając zwracania uwagi na to, jak okropnie jego właściciel gra żuchwą:

— Posłuchaj, Zwierzu, puszczę cię, obiecuję. Ale jeśli jeszcze raz pokażesz mi zęby, choćby jeden kieł… będziesz najbardziej bezzębnym Amurem na świecie. Wszystko zrozumiałeś?

Pies uderzył ogonem o podłogę — zrozumiał, niby. No mówię przecież, że niektóre psy są dużo mądrzejsze od ludzi. Poluzowałam obrożę, ale nie całkiem. Ostrożnie pogłaskałam pysk, pozwalając mu zapamiętać mój zapach. I dopiero kiedy nos drgnął, wyprowadziłam psa z pokoju.

Gdy znalazł się w przedpokoju, od razu warknął, a dziewoja zapiszczała:

— Jego-or! Zabierz go ode mnie! Boję się psów! Ta wariatka na pewno nie jest przy zdrowych zmysłach!

A to niespodzianka. Dziewczyna Hulka, wychodzi na to, niestała, skoro z Amurem się nie zna.

Chociaż po co, ciekawe, mam to wiedzieć?

Odwróciłam się do boksera i oparłam ręce na biodrach, dziwiąc się, dlaczego on wciąż tu jest.

— Hej, tobie też mam obiecać usunięcie zębów, żebyś wyszedł? — zainteresowałam się zajadle. — Jeszcze nie zdążyłam zapomnieć, jak wylądowałam za drzwiami na podłodze.

Nozdrza Hulka rozdęły się, oczy pociemniały, ale spierać się nie zaczął. Gwałtownie wyszedł z sypialni i zawołał psa.

Inna sprawa! Od razu łatwiej się oddycha!

Najwyraźniej trójka weszła do mieszkania niedługo przed moim pojawieniem się, bo przy dużym małżeńskim łóżku stały dwie obszerne torby, a na samym łóżku w pokrowcu leżał garnitur biznesowy — sądząc po wszystkim, strasznie drogi. Przyciągnąwszy torby do progu, wypchnęłam je nogą do przedpokoju — demonstracyjnie, oczywiście. I tak samo „pięknie” jak moją torbę z zakupami posłałam w lot garnitur. Uff, jak poleciał jaskółką! Za to drzwi przed nosem klnącego Hulka zamknęłam nieładnie, z hukiem. Niech dziękuje, że nie przytrzasnęłam mu nosa. A tak chciałam!

Kiedy zostałam sama, wypuściłam powietrze: no, wieczorek. Chyba po tym wszystkim wypadałoby mi się rozpłakać, a ja nagle parsknęłam śmiechem. Padłam plecami na łóżko i roześmiałam się. Niech słyszą — mam gdzieś! Boże, jak opowiem Maszce, nie uwierzy! Ależ przygódkę od Dziadka Mroza dostała Fiejakina pod Nowy Rok! Prosiła o dobrego księcia, a zgarnęła grubianina Hulka, i jeszcze z dziewczyną Xeną w komplecie!

Nagle jednak przestałam się śmiać, przypomniawszy sobie twarz chłopaka, kiedy staliśmy blisko.

Rozdział 6 / 39 · Strona 1 z 3