Rozdział 5
Dojdzie do siebie, Saszka nie wątpiła. Zawsze dochodził. Najważniejsze, że atak już minął. Poleży tak godzinę albo dwie, a może do rana, wypije dwa kubki mocnej herbaty, weźmie lodowaty prysznic i pójdzie do pracy.
Dziewczynka wstała i wyłączyła światło. Narzuciła na ojca pled. Jej ręce miały dość siły, by go zatrzymać, ale nie miały dość siły, by podnieść dorosłego mężczyznę i położyć go do łóżka.
Wróciła do swojego pokoju i przymknęła drzwi. Noc była głęboka i cicha, spać się nie chciało. Saszka podeszła do biurka i włączyła lampkę. Kiedy zapaliło się światło, powoli opadła na krzesło i wyciągnęła rękę do niewielkiego kartonowego pudełka. Przysunęła je bliżej i jeszcze przez minutę patrzyła, gładząc wieczko palcami, nie decydując się otworzyć.
Już wiedziała, co jest w środku — zajrzała, gdy tylko przyniosła prezent do domu i została sama, ale właśnie dlatego, że wiedziała, teraz otwierała pudełko szczególnie ostrożnie, zapamiętując odczucia z wstrzymanym oddechem. Dopiero zostawszy sam na sam ze sobą, odważała się zapytać: „Czy to naprawdę wszystko dla niej? Dla Saszki?”
W pudełku leżała morska muszla rapany wielkości niedużego jabłka, bardzo gładka i piękna. Na pewno Puch przywiózł ją z najprawdziwszego morza. A jeszcze cukierki. Jej ulubione, te, którymi Ignat częstował ją, kiedy była u niego w gościach. I choć nie zapamiętała ich nazwy, to były one — cukierki z najpyszniejszej gorzkiej czekolady w szkarłatnej folii, które kiedyś tak bardzo spodobały się Saszce. Wyjęła je i rozłożyła na czystej kartce papieru, popatrzyła, jak pięknie biel podkreśliła szkarłatne złoto papierka, ale nawet ich nie dotknęła. Później znów wszystko złożyła do pudełka i schowała, żeby następnej nocy otworzyć je ponownie.
W ręce została zawieszka z białego metalu w kształcie skrzydeł, wisząca na cienkim skórzanym rzemyku. Saszka nie od razu odważyła się ją założyć. Patrzyła i patrzyła, położywszy ją na dłoni, w świetle lampki, zdumiona prostym pięknem. Nawet nie domyślając się, że badając ją palcami, uśmiecha się.
Następnego dnia Saszka dostała od losu jeszcze jeden prezent i uśmiech zgasł.
Wróciwszy wieczorem z pracy, ojciec był trzeźwy i niezwykle spokojny. Przyniósł do domu tarczę zbitą ze świeżych sosnowych desek i nowy zamek wpuszczany. Męczył się do późna z dłutem i młotkiem, zamontował go w drzwiach Saszkowej sypialni, zjadł kolację w milczeniu i zawołał córkę do siebie.
– Kiedy w domu są obcy, a ja jestem pijany, zamykaj się, Sańka. Zrozumiałaś? Nawet jeśli baby.
– Tak.
– A teraz trzymaj. Pora nauczyć się samej stawać za siebie, bez tatki. Szybkość masz, a siły zawsze będzie ci brakować, w przeciwieństwie do zwyrodnialców. Nie chcę, żeby kiedyś skrzywdzili moją córkę.
Szewcow wręczył córce nóż, finkę, i wyjaśnił, czym jest fiński chwyt. Teraz wieczorami Saszka miała nowe zajęcie — rzucać nożem w sosnową tarczę z różnych ułożeń rąk i pozycji nóg. Saszka podejrzewała, że ojciec oszalał. Widziała w jego ciemnych oczach ten sam odblask ognia szaleństwa, który raz zapłonąwszy, nie zgaśnie, dopóki nie spali człowieka do cna, ale rozumiała, że sprzeciw nie ma sensu. Naprawdę był jej carem i Bogiem.
Przez następne dwa miesiące ojciec w ogóle nie pił i nie przyprowadzał do domu kobiet, szlifując umiejętności córki z uporem nauczyciela opętanego ideą. Raz po raz zmuszając swoją zdolną córkę-uczennicę, by brała do ręki nóż i znajdowała cel. Dwoje szaleńców zamkniętych w ścianach ich obłąkanego świata żyło własnym życiem, szykując się do nieznanej wojny. Dwoje niebezpiecznych dzikusów w klatce zamkniętej od środka — wilk i jego wilczek.
Nie, ludzie się nie mylą, kiedy starają się trzymać od takich wyrzutków z daleka. Czują ich skórą i odgradzają się palisadą. Dzieci są przedłużeniem swoich rodziców, odbiciem ich pragnień i nadziei. Jakie nadzieje ojca mogła w tym życiu wcielić Saszka? Nie dać się skrzywdzić? Ostry umysł dziewczynki szybko układał wszystko na miejscach i wewnętrzne światło gasło. Świat jasnych barw i śnieżnobiałych jednorożców mętniał pod szarymi strzępami rzeczywistości.
W tym czasie Saszka nie mogła patrzeć na nikogo, ani na ładniejące z każdym dniem koleżanki z klasy — miłe i śliczne chichotki, coraz częściej oglądające się za chłopakami, ani na Ignata. Zwłaszcza na niego. On też się zmieniał. Im ciemniejsza stawała się Saszka, tym jaśniejszy Puch. Lgnęli do niego, chcieli jego uwagi. Nie był już nowy w klasie, stał się swój. W tym chłopaku mieszkało światło zdolne przyciągać dusze, i to też czuło się skórą. Ratunkiem stała się nauka, a jeszcze okno klasowej sali, w które dziewczynka mogła patrzeć godzinami podczas nudnych lekcji, zamknąwszy się w sobie. A gdzieś zupełnie blisko dźwięcznie chichotała Nika Marszawina, grając w głosie kokieteryjnymi nutami budzącej się kobiecości. Już lepiej, żeby Puch wrócił do niej do ławki. Albo zwrócił uwagę na Krapiwinę. Dlaczego wciąż siedzi sam?
Kiedy Saszce zaczęło wychodzić, ojciec wreszcie się uspokoił. Odebrał starą finkę i podarował prawdziwy nóż — czarny, cienki, z długim wysuwanym ostrzem. Zupełnie niepodobny do jego wojskowego noża, który widziała nieraz — szerokiego, z masywną rękojeścią i ząbkowanym, ściętym ostrzem, schowanego w wytartym futerale.
– To ci, Saszka, nie chińska podróbka. Drogie bojowe trofeum. Jeśli trzeba — broń taktyczna. Ta blizna pod szyją, na obojczyku, jest od niego, a więcej nie powinnaś wiedzieć. Oksydowana stal, czołowy wyrzut głowni, mocna sprężyna i niezawodny bezpiecznik. Nie każdy może sobie pozwolić na taki nóż. A obsłużyć go potrafią jednostki. Tutaj mechanizm działa jak myśl. Ostrze wysuwa się natychmiast. Bądź ostrożna i przyzwyczaj do niego rękę. A bić cię nauczę…
– Tato, jestem zmęczona. Nie chce mi się…
– A kto cię pyta! – zwykły ryk Szewcowa, i silne palce boleśnie ścisnęły kruche ramię, przyciągając dziewczynę bliżej pod ostre spojrzenie ciemnych ojcowskich oczu. – A wyć z bezsilności ci się chce?! Ryczeć, że nie zdechłaś?! Dowiedzieć się, czym jest słabość i upokorzenie, chcesz? Myślisz, że takiego jak Wołodka zatrzymają twoje zęby albo krzyk? Albo liczysz, że tatka zawsze będzie obok?.. Zapamiętaj: jesteś niczym przeciw brutalnej sile. Szmatą! Ale nawet szmata może odpowiedzieć, grając widoczną słabością, jeśli nie da się zaskoczyć.
Saszka nie byłaby córką swojego ojca, gdyby nie wycedziła w odpowiedzi przez zęby, wyrwawszy się z jego chwytu:
– Nie jestem chłopakiem! Nie jestem twoim chłopakiem, jasne! – wykrzyknęła raczej duszą niż głosem i ucichła, skurczona w stalowy kłębek.
Szewcow szarpnął córkę za kark i popchnął do lustra. Brutalną ręką uniósł w górę wyrzeźbiony podbródek. Wyrósł jak góra za jej plecami, zmuszając, by patrzyła na swoje odbicie. W tych dniach był szczególnie obłąkany i skupiony. Napięty jak suchy konar, który zaraz pęknie pod podmuchem silnego wiatru. Takiego ojca Saszka widywała rzadko i wiedziała, że teraz jest prawdziwy.
Lepiej, żeby się napił. Saszka, jak umiała, błagała o to Boga. Obojgu byłoby łatwiej. Albo żeby przyprowadził sobie przyjaciółkę. Tak, lepiej kobietę. Wtedy na pewno zdołałby się zapomnieć i zostawić ją w spokoju.