SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/24 · Strona 2 z 518%

– Popatrz na siebie, Sańka. Porządnie popatrz! Kiedyś uczyłem cię zawsze patrzeć w oczy i nie ryczeć. Przyswoiłaś lekcję. Myślisz, że ta lekcja była potrzebna mnie? Myślisz, że słaba jesteś potrzebna temu życiu?.. Ta suka cię połknie, strawi i wypluje. Bo jesteśmy dla niej nikim. Pyłem! A jednak masz nad nią jedną przewagę. Co widzisz w swoich oczach? Mów!

Saszka wpatrzyła się w lustro. Objęła posępnym spojrzeniem niewysoką, chudą dziewczynę z nieprzeniknioną twarzą, na której nie odbijały się uczucia. Najpewniej właśnie taki był Kaj, kiedy zła Królowa Śniegu zamieniła jego serce w kawałek lodu.

– Nic.

Szewcow się roześmiał. W przeciwieństwie do Saszki w jego myślach i sercu nigdy nie było miejsca na bajkę. Mógłby jej wiele opowiedzieć o sile ducha i ludzkiej słabości. O tych, którzy łamali się sami, i tych, których łamano. Teraz, patrząc w szare oczy swojej córki, wpatrzone w niego celnie, był zadowolony.

– Nie, nie jesteś chłopakiem, Sańka. Gdybyś była chłopakiem, nauczyłbym cię zębami bronić swojego, tak jak nauczono mnie. A ja uczę cię się bronić. Łapiesz różnicę?

– Tak.

– Głośniej!

– Tak, tato!

– Dobrze. Urodziłaś się mądra i silna, Sańka. Nie zamieniłbym cię na żadnego chłopaka. Nie daj się skrzywdzić żadnej szui. Zrozumiałaś mnie?!

– Tak!

– A teraz dość gapienia się. Idź do kuchni! Mleka się napij czy co. Ramiona całkiem chude…

Nocą Saszka znów wyszła na dach. Długo stała na krawędzi pod porywistym wiatrem, narzuciwszy na ramiona pled, patrząc przed siebie w pustkę. Niebo, jakby wiedząc, że dziewczynce nie w głowie gwiazdy, ukryło je pod niskim sklepieniem, zaciągnąwszy miasto gęstą zasłoną chmur. Było tak ciemno i cicho, że Saszce zdawało się, iż gdyby zrobiła krok dalej, ta gęsta ciemność łatwo utrzymałaby ją wysoko nad ziemią.

Zrobiła krok naprzód, zamknęła oczy i nabrała powietrza pełną piersią. Zimne i kłujące, natychmiast sparzyło płuca, i Saszka głośno wypuściła oddech. Cofnęła się, zwiesiwszy głowę, kiedy nieposłuszne palce odnalazły i ścisnęły zawieszkę na piersi.

Cholerny Puch!

 

– Ala!

– Nie nazywaj mnie tak, Sawin.

– Sasza, poczekaj…

– Czego chcesz?

Dogonił ją przy drzwiach miejskiej biblioteki i zawołał. Znaczy, znowu szedł za nią.

– Mogę z tobą? – spytał, wbiegając po stopniach.

– Nie.

– A ja i tak pójdę, – odpowiedział niespodziewanie uparcie. – Potrzebuję nut na gitarę. Może jest tu archiwum nutowe?

Kiedy przesiedzieli ponad godzinę przy różnych stołach w czytelni, przeszli ulicą i podeszli do domu, Saszka chłodno powiedziała zamiast pożegnania:

– Znalazłeś swoje nuty?

– Znalazłem.

– To dobrze. Więcej za mną nie chodź, Sawin!

 

– Ala!

– Przecież prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywał.

– Sasza, poczekaj.

– No czego chcesz, Sawin?

Był pierwszy stycznia, pod nogami chrzęścił śnieg, a w domu czekał pijany ojciec z nową przyjaciółką. Saszka wracała ze sklepu z bochenkiem chleba w rękach i butelką wódki w torbie, kiedy Ignat spotkał ją na podwórku domu — dobrze ubrany chłopak z dobrego domu, miły i sympatyczny jak nikt inny.

– Szczęśliwego Nowego Roku, Szewcowa! – uśmiechnął się, podbiegłszy, i dziewczyna się zatrzymała. – Sasza, – powiedział bez zawstydzenia, – chodźmy do kina? Czekam na ciebie całe rano.

Co? Saszka nie od razu znalazła odpowiedź.

– Oszalałeś, Sawin? – spytała zdumiona, ale nadzieja niespodziewanie uderzyła w pierś i oczy szeroko się otworzyły.

– Ani trochę! Chodźmy! Dziś święto, a przed nami ferie! A jeśli chcesz, po prostu pospacerujemy po parku? Tam na pewno jest świetnie! Popatrz, ile śniegu napadało!

Śniegu spadło pod dostatkiem, słońce stało jak na zimę niezwykle wysoko, a oczy chłopca w otaczającej bieli wydawały się niebieskie, niebieskie.

Z klatki wytoczył się ojciec. Wyszedł, pijacko się chwiejąc, zapalił i wlepił wzrok w parkę — szerokoramienny i rozczochrany po nocnej popijawie z kumplami. Mało przyjemny typ z widocznym zarostem na twarzy, od którego z całą pewnością należało trzymać się z daleka.

Ignat przeniósł wzrok na mężczyznę, a Saszka obejrzała się. Zauważywszy zagubienie na twarzy chłopca, odwróciła się, instynktownie zasłaniając go sobą.

Szewcow zaciągnął się dymem papierosa i zmrużył ciemne oczy: czyżby po pijaku mu się przewidziało? Wsunąwszy rękę do kieszeni kurtki, powoli podszedł do nastolatków, uważnie oglądając Ignata.

– Kto to taki? – bezbarwnie spytał Saszkę.

– Kolega z klasy.

– Czego chce?

– Dowiedzieć się, która godzina.

– Powiedziałaś?

– Nie. Nie mam zegarka.

– Logiczne.

Od ojca pachniało alkoholem, znajomo wiało niebezpieczną siłą i nieszczęściem, i policzki Saszki poczerwieniały.

– Słyszałeś? – mężczyzna zwrócił się do Ignata stojącego za córką. – Nie wie, która godzina. Idź sobie, chłopcze, dokąd szedłeś. A ty, Sańka, marsz do domu! – brutalnie rozkazał. – Odnieś na stół to, po co cię posłano!

Bardzo się zdziwił, kiedy Saszka cicho, ale uparcie zaprotestowała.

– Nie. Najpierw ty idź, tato. Zaraz przyjdę.

Nie spojrzała na Ignata — patrzyła w twarz ojca. Dziewczynka i tak poczuła napięcie w chłopcu, żeby jeszcze zobaczyć rozczarowanie w jego oczach. Nie obejrzała się i nic nie powiedziała, kiedy po minucie poszła za rodzicem, zostawiając Ignata samego, stojącego i patrzącego za nią.

Kino? No proszę, jak on na to wpadł? Znalazł sobie towarzystwo! I w czym miałaby pójść? W swojej kurteczce i czapce Saszka sama wyglądała jak chłopak. Czy z takimi dziewczynami chodzi się do kina?

Jeśli wcześniej nie rozumiał, to dziś na pewno zrozumie, że z nią nie wolno się przyjaźnić. Nie z taką jak ona — córką swojego ojca. Ale na myśl o tym, że Sawin już nigdy nie zawoła jej po imieniu, serce Saszki smutno się ścisnęło. A jednak tak będzie lepiej. Przecież będzie lepiej? Ludzie nie mogą się mylić?

Nie, nie poszli do kina i nie poszli do parku. W te ferie dziewczynka sama spacerowała ulicami miasta i rysowała, i dobrze, że nikt nie widział jej rysunków. Potwory na nich ożywały, były jak prawdziwe. Chowały się w szczelinach i nosiły maski — takie same straszne i samotne stworzenia w ludzkim świecie jak ona.

 

Przeleciała zima, kończyła się wiosna. Dziewczynka z sąsiedniej ławki pozostawała równie małomówna, spokojna i chłodna. Ignat mógł za nią chodzić, ile chciał, ona zupełnie go nie zauważała. Czasem po prostu znikała, zrywając się do biegu, i zawsze odwracała wzrok, kiedy znajdowali się obok siebie.

Ignat lubił jej się przyglądać. Prostym plecom i pochylonemu nad zeszytem cienkiemu profilowi z delikatną, ale dumną linią podbródka. Zgrabnemu uchu, za które zakładała długie kosmyki włosów, kiedy wymykały się z ogona. Bez trudu mógł odtworzyć w pamięci każdy rys jej twarzy. Uparcie zaciśnięte usta, które umiały uśmiechać się tak, że serce zamierało. Nos z ledwie widoczną rozsypką piegów. Głębokie i mądre szare oczy — zwykle z zimnym lodem, a czasem, kiedy patrzyła na niego, z miękką zielenią. Pamiętał. Choć nie widywał jej w domu, widywał Saszkę w szkole i cieszył się tym. I nijak nie potrafił jej zapomnieć. Nijak.

– …Wania, trzeba coś zrobić. Niepokoi mnie ta dziewczynka z sąsiedztwa. Ignat cały czas jej wypatruje, sterczy w oknie jak strach na wróble. Wydaje mi się, że ona mu się podoba. Nieraz już próbowałam z nim rozmawiać, starałam się wyjaśnić, że ta znajomość jest dla niego niepożądana i że jesteśmy różnymi ludźmi, ale nasz syn mnie nie słyszy! Wcale!

– I co?

Rozdział 5 / 24 · Strona 2 z 5