SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Rozdział 4/4 · Strona 1 z 475%

POV Swieta

Powiedziałam to i sama przestraszyłam się własnych słów, tak gorzko zabrzmiały. Odskoczyłam od stołu i przymknęłam oczy: co ja robię? Przecież nie chciałam litości ani współczucia. Chciałam, żeby wszystko było rzeczowo i po biznesowemu, ale czy z Szibujewem kiedykolwiek dało się rozmawiać bez emocji?

Ostatnie zdanie zerwało się z ust i zawisło między nami dźwięczącym wyznaniem. Obnażoną rozpaczą, a słów nie dało się już cofnąć.

To wszystko wina jego czarnych oczu. Wszystko wiedzą, wszystko rozumieją, wszystko czują. Przed takimi oczami niczego nie ukryjesz. Powiedziałam, a samej zamarł mi oddech w piersi w oczekiwaniu na odpowiedź. Pewnie gdyby teraz wstał i wyszedł, nie zdziwiłabym się.

Nie wyszedł. Ale widać, że jest oszołomiony. Nie codziennie dostaje się takie propozycje od byłych koleżanek z klasy. Tak, kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale dzisiaj? Czy mam prawo przekraczać granice jego życia osobistego dzisiaj? Nie sądzę. A mimo to patrzę z nadzieją na wczorajszego chłopaka, który stał się mężczyzną.

— Wybacz, Andriej. Nie jesteś mi obcy, tobie mogę ufać. Gdybym mogła zapłacić za pomoc, zapłaciłabym. Ale przecież nie weźmiesz?

— Swietka, zamilcz. Po prostu… to trochę niespodziewane.

Na twarzy Szibujewa nie widać już uśmiechu i przez jakiś czas patrzę na swoje ręce. Na filiżankę kawy na stole, spodek i zużytą papierową saszetkę po cukrze, wciąż idealnie gładką – takie zwyczajne rzeczy. Zupełnie nie takie jak temat naszej rozmowy.

— Przepraszam, denerwuję się – znów podnoszę twarz. – Nigdy nie umiałam cię okłamywać, a dziś cały ranek myślałam: czy się zmieniłeś? Jak ci o wszystkim opowiem? I czy w ogóle odważę się na tę rozmowę? Wyszło naprawdę niezbyt szczęśliwie.

— Ależ dlaczego. Zrozumiałem.

— No właśnie, po co ci wiedzieć o bezpłodności? – Uśmiecham się niewesoło. – To wszystko wina twojej magicznej aury, doktorze Szibujew. Jak na spowiedzi przed świętym ojcem. Uznajmy, że tego wyznania nie było. Dobrze? Po prostu dziecko, które chcę adoptować, bardzo wiele dla mnie znaczy, niezależnie od jakichkolwiek czynników. Potrzebuje rodziny, a ja potrzebuję jego. Ale oczywiście rozumiem, że proszę o coś prawie niemożliwego. – Andriej słucha i kleszcze beznadziei stopniowo puszczają pierś, ale serce nie milczy, a głosowi nie potrafię nadać chłodnej powagi. – Nawet nie wiem, co mogłabym ci zaproponować w zamian, po prostu proszę, żebyś pomyślał. Jestem gotowa na każde warunki.

— A co wymyśliłaś na wypadek, gdybym odmówił?

Rzeczywiście – co?

— Nie wiem. Ale dłużej czekać nie mogę. Rozumiesz, Andriuszka nie jest prostym dzieckiem. Przeżył stratę obojga rodziców, a po chłopcu widać, że w rodzinie go kochano. Teraz potrzebuje pomocy medycznej – w tym wypadku, w którym zginęli jego rodzice, doznał urazu obu nóg. Była operacja, i to niezbyt udana. Teraz potrzebna jest kolejna, w najbliższym czasie, a mój ojciec jest gotów za nią zapłacić. Dlatego najpewniej jednak zdecyduję się na fikcyjne małżeństwo. Ale, Andriej, problem nie polega na tym, żeby znaleźć męża.

— A na czym?

— Obecność obojga rodziców to główny warunek adopcji, nie licząc podłoża materialnego. Sąd opiekuńczy uważa, że temu dziecku potrzebna jest pełna rodzina. Matka i ojciec. Nie mogę powierzyć tej roli pierwszemu lepszemu człowiekowi. Komuś, na kim nie będę mogła polegać. Andriuszka i tak przeżył ponad miarę jak na swoje pięć lat. Przez rok milczał i dopiero co znów zaczął mówić. Chcę mieć pewność, że ze mną czeka go spokojne życie.

— Czyli mnie ufasz?

Patrzę na Andrieja, na jego mocno zaciśnięte usta i kości policzkowe pokryte ciemnym zarostem. Teraz za czarne spojrzenie nie da się zajrzeć ani odgadnąć myśli. Patrzę na praktycznie obcego człowieka, bo takiego go nie znam.

A jednak mówię szczerze. To, co czuję:

— Tak, ty go nie skrzywdzisz. I mnie też nie.

— Jak ty to sobie wyobrażasz, Swieta? Jeśli dobrze zrozumiałem, proponujesz mi, żebym został nie tylko twoim fikcyjnym mężem, lecz także adopcyjnym ojcem? To znaczy, żebym wziął na siebie zobowiązania również wobec dziecka?

— Nie, co ty! – spieszę zaprzeczyć, ale zaraz rozumiem: ma rację. To po prostu ja do końca nie wierzyłam w pomysł Rudego. – To znaczy tak. Ale, Andriej, tylko na papierze! Obiecuję, że nikt się o tym nie dowie. Kogo i co obchodzimy? Jak tylko zabiorę Andriuszkę, nie będę cię niepokoić. Wcale! Jeśli będzie trzeba, wrócę do pracy u ojca. Znasz moich rodziców, są zamożni i nie odmówią pomocy z osobnym mieszkaniem!

Zdenerwowanie już, już gotowe jest wziąć nade mną górę, więc zamieram na krótką pauzę.

— Adoptuję chłopca, znajdę mieszkanie, żeby było blisko i wygodnie, żeby przedszkole i szkoła, i żeby opieka widziała. Postaram się przekonać tę ostatnią, że mieszkasz z nami. Jeśli się zgodzisz, obiecuję nie wtrącać się w twoje życie ani cię niepokoić, tak jak nie niepokoiłam do tej pory. Możesz żyć, jak żyłeś! Być wolny i kochać, kogo chcesz. Twój udział jest potrzebny na etapie adopcji. A za rok albo dwa się rozwiedziemy, wtedy Andriuszka będzie już ze mną. A kiedy podrośnie, wszystko mu wyjaśnię. Jest bardzo pojętny, tylko cichy.

— Opowiedz mi o nim, chcę znać szczegóły. Opowiedz wszystko.

I opowiedziałam.

Długo jeszcze siedzieliśmy we dwoje, a później spacerowaliśmy po skwerze. A potem…

— Nie ponaglam cię z odpowiedzią, Andriej. Pomyśl o mojej propozycji sam na sam. Tyle dni, ile będziesz potrzebował. Może też o warunkach. Jestem gotowa przyjąć każde i będę bardzo czekała na twój telefon, ale jeśli odmówisz – zrozumiem. Wysłuchałeś mnie, a to już wiele dla mnie znaczy.

***

Ale mija tylko noc, a ja już nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wspominam rozmowę w kawiarni i potarganą sylwetkę Szibujewa. Czarne spojrzenie i długie palce chirurga, bezradnie odgarniające z czoła ciemne pasma włosów.

W myślach łaję siebie i Rudego. Opiekę. I znów siebie. A jeśli odmówi? Nie zadzwoni? Tak, kiedyś uchodziliśmy za żartownisiów, za szalonych nastolatków, ale wczorajsza rozmowa ani trochę nie przypominała żartu.

Andriuszka, jakby wyczuwając moje przeżycia, zerkał z ostrożnym zainteresowaniem. Długo nie puszczał ręki, kiedy przyszła pora pożegnania.

— Nie odchodź.

— Na pewno wrócę, słoneczko. Przecież wiesz. Wrócę!

Dziecięce ręce na szyi trzymają mocniej niż jakiekolwiek łańcuchy.

Nie powinien się bać, ja już nigdzie nie odejdę. A jednak nie rzucam obietnic, nie mówię dziecku, że zabiorę go na zawsze. Nowe życie trzeba zaczynać od czynów.

Kiedy Szibujew zadzwonił, nie oddychałam do słuchawki, tak bardzo bałam się usłyszeć odpowiedź. Minął dzień, zaledwie dzień…

— Cześć.

— Witaj, Andriej. Ty…

— Zgadzam się, Ufimcewa.

— Naprawdę?! – nie powstrzymałam się. – Dziękuję!

— Ale mam warunek.

— Jaki? Chcesz pokwitowanie?

— Nie. Niezależnie od tego, czy nasze małżeństwo będzie fikcyjne czy nie, weźmiesz moje nazwisko.

— Ale… po co, Andriej? – powiedzieć, że jestem zdziwiona, to nic nie powiedzieć. Jednak obietnica to obietnica i pamiętam o tym.

— Swieta, to nie podlega dyskusji. Niech to będzie mój kaprys. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek jeszcze zdecydował się na podobny krok, więc uznaj, że odezwał się we mnie samiec. Sam jestem zdziwiony, jeśli chcesz wiedzieć, ale okazało się, że to dla mnie zasadniczo ważne.

— Dobrze, zgadzam się.

Rozdział 4 / 4 · Strona 1 z 4