SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Chapter 3/21 · Page 1 of 210%

POV Andriej Szibujew

Dym przez wąskie skrzydło okna uchodzi powoli, kłębi się przy nylonowej siatce, niespiesznie przesącza przez pory, jakby nie chciał wypełznąć z ciepła w wilgotny poranny półmrok. Jest tak samo siny i gęsty jak poranna mgła. Rozpinam fartuch, zaciągam się papierosem i ciężkim oddechem wypędzam go z pokoju. Uwalniam płuca, żeby w zamian łyknąć choć trochę chłodnej świeżości, przesiąkniętej ciszą wiosennego poranka i zapachem kwitnących jabłoni, wdzierającym się do dusznego pokoju lekarskiego.

Za kwadrans szósta. Rano. Za mną kolejna doba dyżuru na oddziale chirurgii ratunkowej, dwie planowe operacje i jedna nieplanowana, która trwała ponad cztery godziny. Rutynowa robota, która wykończyła mnie do cholery, odebrała siły i sen, ale chłopak będzie żył, a to najważniejsze. I jego matka też będzie żyła, ta, której łzy kazały dokonać niemożliwego i przymierzyć rolę Boga. Chłodnokrwistej istoty tnącej ciało, zszywającej mięśnie i łączącej naczynia w jednym celu – za wszelką cenę utrzymać duszę w połamanym ciele. Niewidzialną materię, dla której natura stworzyła doskonały, a zarazem tak kruchy futerał.

Szkoda, że w wieku piętnastu lat prawie nie ceni się tego futerału, uważając się za nieśmiertelnego i nietykalnego.

Szkoda, że w wieku dwudziestu siedmiu lat nie zostaje miejsca na marzenia i iluzje.

Podnoszę butelkę i biorę długi łyk, wchłaniając suchym gardłem bursztynowy płyn. Niemal od razu czuję, jak piekący i cierpki, paląc w piersi, rozlewa się wewnątrz przyjemnym ciepłem. Mój osobisty próg wolności, za który pozwalam sobie odejść. Dzień ledwie się zaczął, a ja już piję pięciogwiazdkowy koniak. Paskudnie.

Z tyłu rozlegają się kroki i na talii kładą się ręce – tak samo zmęczone jak moje. Spragnione własnego progu wolności. Pewnie wsuwają się pod rozpięty biały fartuch, wchodzą pod koszulę i zachłannie gładzą pasek spodni, doskonale wiedząc, czego mi trzeba. Ciepłe usta dotykają szyi.

— Andrieju Pawłowiczu, mamy piętnaście minut, żeby zapomnieć jeszcze jeden dzień. Więc jeśli chcesz powtórzyć wczorajszy poranek, powinniśmy się pospieszyć. Zamknęłam drzwi, ale pamiętasz przecież, gdzie pracujemy – cisza nie potrwa wiecznie. Zaraz zwali się Pawlukin i wszystko zepsuje swoją ponurą gębą.

Rita to moja pielęgniarka operacyjna. Cud, nie dziewczyna.

— Andriusz, no naprawdę, sala operacyjna posprzątana, materiał szewny i opatrunkowy na miejscu, aparatura sprawna i gotowa na nowy dzień. Niech tylko Pawlukin piśnie! Zazdrości ci, jeśli chcesz wiedzieć.

— Czego? Tego, że mam ciebie? To była twoja decyzja – pracować ze mną.

— Tego też – czuję podbródek na swoim ramieniu i słyszę śmiech. – Ale bardziej twojego skandalicznego szczęścia i magicznych rąk. Tego, że on jest taki jak wszyscy, a ty – nie. Wy, Szibujewowie, macie we krwi jakiś szczególny gen, który czyni was wyjątkowymi. Są muzycy z absolutnym słuchem, a są lekarze. Ty jesteś Mozartem medycyny i lubię pracować pod twoim kierownictwem. Wiem, że czeka cię wielka przyszłość. Pawlukin jest starszy, ale bardziej doświadczony tylko w intrygach, nie słuchaj go.

— Rita, naprawdę pora ci do domu. Szósta rano to nie najlepszy czas na filozoficzne myśli.

— Może.

— Lepiej powiedz, przygotowałaś dla szefa historie chorób, jak prosiłem? Na moim biurku leży wynik tomografii Sukonkina – pacjenta z czwartej sali, na dziś wieczór potrzebuję nowych wyników badań – biochemii krwi i prób wątrobowych. Przekaż dziewczynom, niech wszystko zrobią i wyślą mi wydruk na maila. Chcę wiedzieć, na co się szykować.

— Na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi „tak”, na drugie „Słucham, Andrieju Pawłowiczu!”.

Usta grzeją szyję, a ja się uśmiecham. Dobrze, kiedy ktoś cię rozumie.

A kiedy rozumie w pół słowa – to prawie szczęście.

— Jesteś prawdziwym znaleziskiem, Ritula.

Wlewam w siebie jeszcze jeden łyk koniaku, głęboko się zaciągam, ale nie spieszę się zgasić papierosa w popielniczce. Przez jakiś czas rozcieram go zamyślony w palcach, myśląc o chłopaku… Skok z pociągu dla zakładu. W efekcie – pęknięcie śledziony, uszkodzenie narządów wewnętrznych, krwotok wewnętrzny, liczne złamania i utrata stopy.

Pierwsze sześć godzin minęło w stanie stabilnym, a to daje nadzieję. Zrobiłem wszystko, co mogłem, a nawet więcej. Nie jesteśmy bogami, jesteśmy ludźmi, ale jak drogo kosztuje nas wtrącanie się w sprawy Najwyższego. Prawie nie mam sił. Jakbym wypalił się od środka albo oddał część własnego życia.

Odwracam się, a Rita od razu chwyta filtr ustami. Zaciąga się łapczywie, rozchyla usta, pozwalając dymowi kłębić się przy twarzy. Cholera, jak ja lubię mądre kobiety! Ona rozumie, ona wszystko rozumie…

— Dla ciebie, Andriej, jestem gotowa nawet uklęknąć – uśmiecha się, zdejmuje czepek medyczny, zsuwa się w dół i pozwala moim palcom wejść w jej włosy.

— Och, tylko bez patosu, Zającu – pomagam jej rozpiąć pasek spodni. – Po prostu to zróbmy. Oboje jesteśmy zmęczeni, noc była cholernie ciężka.

— Patrz, zostaniesz moim dłużnikiem…

— Umowa stoi – obiecuję swojej asystentce, a sam myślę o tym, żeby nie przeoczyć niczego ważnego na odprawie i uprzedzić Pawlukina o chłopaku. Pierwsza doba jest najtrudniejsza.

A jeszcze na horyzoncie pojawiła się Ufimcewa. Nie widzieliśmy się prawie cztery lata, ale głos rozpoznałem od razu, kiedy zadzwoniła i poprosiła o spotkanie. Dziwna prośba, zupełnie do niej niepodobna.

Swietka. Przewodnicząca klasy.

Uśmiech sam przesuwa się po ustach. No proszę. Moja pierwsza szkolna miłość.

***

Umawiamy się w centrum miasta, w małej kawiarni, gdzie podają kawę, gorące rogaliki i pyszny strudel wiśniowy. W starych dobrych czasach lubiliśmy zbierać się tu całą paczką i stąd iść do kina.

Spieszę się, ale i tak spóźniam o pół godziny – rozmowa z Pawlukinem się przeciągnęła. Przez cały ten czas Ufimcewa nie dzwoni, ale wiem, że ją zobaczę.

Zatrzymuję taksówkę przy wejściu do kawiarni, płacę kierowcy gotówką i wchodzę do pomieszczenia, w którym unosi się zapach świeżo mielonych ziaren kawy, wanilii i cynamonu.

Swieta siedzi przy stoliku w kącie i patrzy na mnie, pewnie zauważyła mnie już przez okno – ładna blondynka w ciemnym płaszczu. Wzrokiem odnotowuję smukłe kostki i obcasy. Zgrabne palce mną serwetkę… Gdy tylko ją widzę, od razu rozumiem: tęskniłem.

Powinienem zgarnąć ją w ramiona, nagle czuję przypływ radości ze spotkania – to jak zobaczyć starego przyjaciela, ale coś w jej twarzy mnie powstrzymuje. Dlatego po prostu podchodzę, pochylam się nad stolikiem i całuję ją w policzek – w tym ciepłym miejscu niespodziewanie chłodny i delikatny.

— Jak szybko leci czas. Wciąż jesteś taką pięknością. Cześć, Ufimcewa!

Pachnie obłędnie. Swietka jest kobietą do ostatniej komórki, zawsze taka była, więc nie spieszę się oderwać ust. Przesuwam nosem po skroni, przypominając sobie, jak ta dziewczyna kiedyś doprowadzała mnie do szaleństwa.

Ona też zwleka. Ciepło dotyka dłonią mojego karku i całuje mnie w policzek.

— Cześć, Szibujew. Wiesz, że pachniesz cukierkami i koniakiem, drogi doktorze?

Patrzy na mnie radośnie, wielkie błękitne oczy płoną, a jednocześnie jakby mnie bada wzrokiem. I dopiero kiedy skończy, uśmiecha się.

— Ani trochę się nie zmieniłeś, Andriej!

Zwalniam ją, zdejmuję kurtkę i siadamy przy stoliku.

Chapter 3 / 21 · Page 1 of 2