Rozdział 1
Przyjęto mnie do szkoły średniej Ellisona i sam dyrektor, pan Gibson, obiecał pomóc mi w dostaniu się do klasy muzycznej. Wszystko szło niemal cudownie, gdyby nie Nick, który od pierwszego dnia solidnie uprzykrzał mi życie. Kiedy rodzice nie patrzyli, robił wstrętne miny i prychał pogardliwie, gdy natykał się na mnie w domu.
Był słoneczny kwietniowy dzień, godzinę temu wróciłyśmy z mamą ze szkoły, do której zaniosłyśmy dokumenty, i wyprosiłam u niej wyjście do księgarni – znajdowała się na samym dole ulicy, na terenie niewielkiego centrum handlowego, między apteką a bankiem, więc zgubienie się wydawało się niemożliwe. Chciałam kupić pocztówkę dla mojej przyjaciółki Camilli z oznaczeniem stanu, napisać do niej wzruszającą wiadomość, tak jak w filmach pisali dorośli, i wysłać prawdziwą pocztą, w kopercie ze znaczkami i odciskiem moich ust – tak robiły dziewczyny w Teksasie, które uważały się za wystarczająco dorosłe, by użyć szminki mamy.
Pomachałam mamie ręką, wypadłam z drzwi na ulicę i pobiegłam brukowaną alejką w stronę drogi. Właśnie na nią zeskoczyłam, kierując się w stronę sklepu, gdy nagle przystanęłam, widząc ogromny biały dąb rosnący na skraju trawnika przy pięknym domu naprzeciwko, który przyciągnął moją uwagę.
Zauważyłam go już z okna mojej sypialni, a teraz zobaczyłam z bliska i nie mogłam przejść obojętnie.
Zaczęły na nim już puszczać liście, ale potężne, grube sploty gałęzi rozłożone niczym ramiona były jeszcze nagie i przez nie prześwitywało wysokie, błękitne niebo.
Z gałęzi na gałąź nagle przeskoczył ptaszek z szkarłatno-czerwonym upierzeniem – kardynał szkarłatny. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Zaćwierkał wesoło, machając jaskrawymi skrzydełkami. Mówiono, że kardynał przylatuje do domu jako zwiastun szczęścia, a jeśli uda się złapać jego zgubione piórko i wsunąć pod poduszkę, można śmiało wypowiedzieć życzenie.
Życzeń miałam mnóstwo, aż nadto, ale piórka – ani jednego! Zadarkłam głowę i odskoczyłam, żeby lepiej przyjrzeć się ptaszkowi, gdy nagle usłyszałam za plecami czyjś głośny, ostrzegawczy okrzyk.
Za późno. Coś boleśnie uderzyło mnie w plecy, wystawiłam ręce i upadłam na trawę. A gdy się odwróciłam, zobaczyłam obok nieznajomego ciemnowłosego chłopaka. Siedział na drodze przy przewróconym rowerze i pocierał dłonią stłuczone kolano. Wyglądało na to, że oberwał mocniej niż ja.
Z zaskoczeniem wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem.
— Cała jesteś? — zapytał chłopak, a ja ostrożnie skinęłam głową:
— Tak.
Jęknęłam cicho, lekko zerwałam się na nogi i pośpieszyłam mu z pomocą. To ja byłam winna naszemu upadkowi i miałam nadzieję, że nie poturbował się zbyt mocno.
— Przepraszam, nie widziałam cię! Nie chciałam!
Chłopak przyjął pomoc i wcale nie wyglądał na obrażonego. Wstając, otrzepał kolana i spojrzał z ciekawością.
— Cześć! Kim jesteś? Skąd się tu wzięłaś?
— A ty? — dzieci często, gdy są zdezorientowane, odpowiadają pytaniem na pytanie, i ja nie byłam wyjątkiem. On jednak odpowiedział.
— Jestem Alex Wright i to mój dom — wskazał ręką na duży, piętrowy dom. — I wcześniej cię tu nie widziałem. Więc kim jesteś?
Nigdy wcześniej nie podawałam ręki chłopcom, zwłaszcza tak przystojnym – szczupłym, z potarganą czupryną i pięknymi niebieskimi oczami. Ale ten chłopak najwyraźniej nie zamierzał odchodzić, więc postanowiłam spróbować. Wyciągnęłam dłoń i uśmiechnęłam się:
— Cześć, nazywam się Lena Holt — przedstawiłam się, jak nauczyli mnie rodzice, i wskazałam ręką za siebie: — A mieszkam w tym domu!
Mój dom też nie był gorszy od jego – piętrowy, biały, z pięknymi kolumnami przy wejściu. Czy można go było porównać z naszym mieszkankiem w Houston, gdzie kuchnia była tak ciasna, że ledwo mieściłyśmy się w niej z mamą we dwie? Śmieszne! Dlatego wskazałam go z dumą.
Chłopak o imieniu Alex zdziwił się. Szeroko otworzył swoje niebieskie oczy.
— To ty jesteś tą córką pana Holta, o której wszyscy mówią?
Oczywiście byłam ciekawa, co o mnie „wszyscy mówią” w Sandfield Rock. Zaczekałam, aż chłopak podniesie swój rower i zapytałam: „A co mówią?”.
— No, różne rzeczy — wzruszył nieokreślenie ramionami. Podnosząc rower, wziął z asfaltu mój plecak i pomógł mi założyć go na ramię. — Ale głównie to, że twój ojciec bardzo się starał, żeby odnaleźć ciebie i twoją mamę i sprowadzić was do domu. To super!
Zabrzmiało to przede wszystkim bardzo miło, więc skinęłam głową:
— I to jak!
Nie miałam tu przyjaciół, a Alex patrzył przyjaźnie i od razu poczułam ochotę, by mu wszystko opowiedzieć. I o Houston, i o Camilli, i o tym, jak tu jest pięknie – na ulicy Trzech Klonów. Nigdy wcześniej tak nie mieszkałam!
Ale powiedziałam coś zupełnie innego.
— Wiesz, gdybym była burmistrzem, nazwałabym tę ulicę ulicą Białego Dębu! To przecież oczywiste! Czy klony mogą się z nim równać? — i odwróciwszy się, spojrzałam na drzewo, przez które oboje upadliśmy.
Znajdowaliśmy się na ogromnym, łagodnym wzgórzu; po lewej, daleko w dole leżało wybrzeże oceanu, po prawej, za miastem, widać było góry i gęsty las, a wzdłuż ulic rosły wysokie platany i klony – na pewno było ich znacznie więcej niż trzy!
Alex również zadarł głowę. Czerwony ptaszek nie odleciał, wciąż trzepotał między gałęziami, pięknie ćwierkając i wygrzewając się w słońcu.
— Ten dąb ma osiemdziesiąt lat. Posadził go jeszcze mój pradziadek, kiedy szedł na wojnę, a jego żona, w połowie Indianka, spodziewała się dziecka. Bardzo chcieli mieć syna i poprosili o to indiańską boginię płodności. I posadzili to drzewo. Rozumiesz, pradziadek mógł nie wrócić, a dąb symbolizował przedłużenie rodu.
— I ty w to wierzysz?
Alex wzruszył ramionami.
— Niezbyt, biorąc pod uwagę, że jego syn – mój dziadek – przez całe życie był protestantem, a babcia przez trzydzieści lat pracowała jako spikerka w lokalnym radiu i, szczerze mówiąc, uwielbiała zmyślać. Nie takie historie opowiadała!
Spojrzałam na chłopca z nowym zainteresowaniem.
— Ale wcale nie wyglądasz na potomka Indian. — Tam, gdzie ostatnio mieszkałam, w południowych stanach, rzadko ich spotykałam, ale w wyglądzie Aleksa nie dostrzegłam charakterystycznych cech rdzennych mieszkańców.
— To dlatego, że moja mama jest Holenderką, a przodkowie taty przyjechali do Ameryki z Irlandii — wyjaśnił chętnie Alex. — Ale jestem od ciebie ciemniejszy.
To była prawda. Choć włosy nie były po mamie – miałam ciemnoblond, lekko falowane – to jasną cerę odziedziczyłam po niej. Tak samo jak kolor oczu – zielono-piwny.
Przyjrzeliśmy się sobie uważnie, jakby dokonując oceny, a potem bez słowa odwróciliśmy głowy w stronę dębu.
— Prawda, że jest okropny? — ale Alex powiedział to z podziwem, a ja zachichotałam:
— O tak! Wygląda jak wielki straszak, ale taki dobry.
— Dokładnie! Jak Boo Radley z „Zabić drozda”! Którego nikt nie widział, ale wszyscy się bali!
— A on w rzeczywistości okazał się dobry i uratował Jema i Scout!
Chłopak zaśmiał się śnieżnobiałym uśmiechem, a ja zawtórowałam mu śmiechem. Na policzkach Aleksa pojawiły się dołeczki, tak sympatyczne, że zapatrzywszy się na nie, umilkłam.
Zauważył to i on też zamilkł. Zdziwił się:
— Naprawdę czytałaś powieść Harper Lee? Nie wyglądasz na dorosłą.
— Nie, skąd! Mam dopiero jedenaście lat! Będziemy to przerabiać w ósmej klasie, ale widziałam film!