Rozdział 2
I w ogóle, jeśli już mam być szczera, z całej naszej grupy protestacyjnej rozebrałam się jako ostatnia, a potem sumiennie zasłaniałam się plakatem. I tak nie starczyło mi odwagi, żeby unieść go nad głowę, jak zrobiły dziewczyny. Oczywiście najpewniej w końcu odważyłabym się pójść za ich przykładem (specjalnie pomalowałyśmy twarze, żeby nas nie rozpoznano), gdyby nie zaczepili nas nieznajomi chłopcy. I gdyby policja nie przyjechała tak szybko.
— Nie twoja sprawa, jasne! — zmarszczyłam brwi, czerwieniąc się na myśl, co sobie o mnie pomyślał. — Takim jak ty niczego nie zamierzam wyjaśniać, i tak nie zrozumiesz! — burknęłam w odpowiedzi i odsunęłam się od nieznajomego jak najdalej, zaciskając usta.
Co on w ogóle może o mnie wiedzieć!
Chłopak należał do tych typów, którzy nigdy mi się nie podobali. Wszystko w nim było na dziesięć punktów z dziesięciu. A może nawet na dziesięć z plusem. I ubranie, i wygląd, i figura. Twardy, pewny głos, a nawet oczy — niebieskie i złe pod ciemnymi brwiami i rzęsami. W takie mimowolnie można się zapatrzyć. Tu nie ma co zgadywać, od razu wiadomo: typowy łamacz serc, pewnie z tych, którzy nie zwykli liczyć się z cudzymi uczuciami. Nie bez powodu jego dziewczyna nazwała go babiarzem.
To właśnie przez takich chłopaków u zwyczajnych dziewczyn, takich jak Kosterkowa, rodzą się kompleksy, a potem trafiają do szpitala. Odkąd pamiętam, zawsze starałam się trzymać z dala od podobnych niebezpiecznych typów.
Byłoby sprawiedliwie, gdyby okazał się krzywonogim kurduplem!
Jakby wyczytał z moich oczu wszystko, co o nim pomyślałam, chłopak odwrócił się i nerwowo objął opalonymi palcami kierownicę. Rzucił twardo, patrząc przed siebie przez szybę:
— Wystarczy, wysiadaj! Obejdzie się bez telefonu. Spokojnie, znajdziesz kogoś, kto podwiezie cię z komfortem, a ja mam dość.
Nagle zaszlochałam, czując, jak w oczach stają mi łzy. Wyobrażenie sobie, co będzie, kiedy znajdę się na ulicy w samym bikini i zupełnie sama, było daleko poza tym, co potrafiłam emocjonalnie udźwignąć.
— Proszę…
— Tylko nie próbuj się rozpłakać. Co ja mam z tym wspólnego?
— Proszę!
— Ja pierdolę! Czego ty ode mnie chcesz? — chłopak nagle zirytowany uniósł rękę i uderzył opuszkami palców w lusterko wsteczne, przekręcając je tak, żebym znalazła się w odbiciu. — Serca i duszy?! Mojego DNA? Co mam ci dać, żebyś zniknęła?
— Czy… czy mógłbyś podwieźć mnie do… do teatru? Tam zostały moje rzeczy.
Poprosiłam i od razu przygryzłam wargi, zabraniając sobie szlochać. Rozumiałam, jak żałośnie wyglądam w tej sytuacji.
Chłopak ustawił lusterko z powrotem i zaklął. Westchnął, przez parę sekund siedział w milczeniu, po czym skręcił kierownicą i odjechał od krawężnika. Zawrócił na skrzyżowaniu i pomknął z powrotem.
— Dziękuję.
— Lepiej milcz! Gdzie są twoje rzeczy?
— Zostały na ławce. A torba i telefon są u którejś z dziewczyn w samochodzie.
— Gdzie? — uściślił nieznajomy, dość ostro hamując na parkingu przy skraju placu.
— Tam, przy drugiej latarni! Tylko ja nie dam rady wyjść…
— Zrozumiałem! Siedź już, sam sprawdzę!
Od chwili, gdy rozbiegłyśmy się stąd z dziewczynami, minęło jakieś dwadzieścia minut, a na placu po naszej obecności nie zostało już ani śladu. Zdążyli nawet sprzątnąć plakaty i jabłka rozsypane po asfalcie. Teraz znowu spacerowali tu przechodnie, a młodzież jeździła na rolkach i hulajnogach. I oczywiście nie było nikogo z moich znajomych.
Nieznajomy otworzył drzwi i wyszedł z samochodu. Wsunąwszy ręce do kieszeni dżinsów, przeszedł wzdłuż szeregu ławek — ani trochę nie krzywonogi, tylko bardzo wysoki i wysportowany chłopak, przyciągający uwagę dziewczyn (o, te trzy przy fontannie od razu odwróciły głowy — czyżby szukał właśnie ich?), a ja dotknęłam nosem szyby, obserwując go.
Ale natychmiast odskoczyłam, kiedy wrócił i otworzył drzwi samochodu po mojej stronie.
— Niczego tam nie ma. Pusto — powiedział z irytacją i zmęczeniem. — Żadnych rzeczy.
— Zupełnie? A jak to… Nic, ale to nic?! Nawet kurtki?
— Nawet. Za to widzę, że moją już zdążyłaś przygarnąć.
Rzeczywiście zdążyłam przykryć się czymś poza kwiatami, ale zrozumiałam to dopiero teraz, kiedy właściciel zwrócił mi uwagę na swoją rzecz. Kurtka była z miękkiej skóry i przyjemnie pachniała. Naciągnęłam ją na podkulone kolana aż po sam podbródek. Oczywiście nie specjalnie, tylko z konieczności, ale pod niebieskim spojrzeniem i tak jej nie zdjęłam. I choć poczerwieniałam z zażenowania, miałam nadzieję, że na policzkach jest dość kolorowego gwaszu, by nieznajomy tego nie dostrzegł.
— Zimno mi, przepraszam.
— Dobra, niech ci będzie! — chłopak zdążył już usiąść w samochodzie i przesunął dłonią po krótkich ciemnych blond włosach. — Skoro tak, podawaj adres, odwiozę cię do domu.
Na słowo „do domu” prawie się ucieszyłam, dopóki nie przypomniałam sobie, że tata z Daszką, Sonieczką i Jeżykiem lecą dziś do Niemiec, mniej więcej za dwie godziny, i przed ich wyjazdem lepiej, żebym nie pokazywała się w domu.
— Oj, nie, co ty! Do domu absolutnie nie mogę! — pośpiesznie odmówiłam. — To znaczy mogę, ale przecież nie w takim stanie!
— Ty sobie ze mnie kpisz?! — chłopak znów się odwrócił.
Pokręciłam głową.
— N-nie. P-przynajmniej nie mogę do dziewiątej wieczorem! Może… może lepiej podwieziesz mnie pod akademik? — zaproponowałam nieśmiało. — Tylko trzeba będzie wejść do budynku i zawołać dziewczyny. Rozumiesz, nie wiem dokładnie, gdzie są, a w takim stanie nikt mnie do środka nie wpuści.
— A więc tak, Ewo, czy jak ci tam! Nie jestem twoją taksówką — to raz! — nieznajomy zgodnie z oczekiwaniami wybuchł, wyraźnie zmęczony moją obecnością. — Nie jestem na twoje posyłki — to dwa! I trzy: trzymam się ostatkiem sił, żeby po prostu nie wyrzucić cię z samochodu i o tym zapomnieć! Rozumiesz to?!
— T-tak.
— To po jaką cholerę wystawiasz moją cierpliwość na próbę?!
Po jaką? Odpowiedź leżała na wierzchu — niewygodna, za to szczera:
— Chyba nie mam wyboru.
Patrząc mi prosto w twarz, chłopak odczekał chwilę, po czym urwanie wypuścił powietrze, jakby podjął jakąś decyzję.
— Jestem w drodze od czterech godzin, zmęczyłem się i koszmarnie chce mi się jeść. Nie było mnie w domu przez kilka miesięcy, więc w mieszkaniu nie jest zbyt czysto, a sama myśl o tym mi się nie podoba. Twoje zadanie to wszystko posprzątać i ugotować mi kolację — powiedział nagle ponuro. — Potem odwiozę cię tam, gdzie powiesz, i mam nadzieję, że więcej nigdy cię nie zobaczę.
— Co? — nie zrozumiałam, o czym mówi.
— To, co słyszałaś! — nieznajomy rozchylił twardo zaciśnięte usta. — I nie patrz tak. Tak się składa, że to ty zepsułaś mi randkę, a oprócz kolacji i seksu w samochodzie był tam jeszcze program na noc. Czy masz inne propozycje?
Uniósł pytająco brew, więc pośpiesznie pokręciłam głową.
— Nie! — pisnęłam z poczuciem winy zza naręcza kwiatów. — Przepraszam.
— Powiedziałbym ci teraz, gdzie możesz sobie wsadzić te przeprosiny! Ugotujesz, a potem możesz spadać na cztery wiatry.
Odwrócił się i odchylił na fotelu. Włączywszy silnik swojego crossovera, powiedział szorstko, patrząc na drogę:
— Jeśli zgadzasz się na propozycję, jedziemy. Jeśli nie, masz dwie sekundy, żeby zniknąć. Na zawsze! I tak już porządnie zalazłaś mi za skórę…
— Zgadzam się.
— Głośniej.
— Dobrze, ugotuję ci kolację i wszystko posprzątam!