Rozdział 6
Niebieskooki się zdziwił, ale pchnął drzwi. Wysiadł z samochodu i odwrócił się do policjantów. Rąk podnosić nie zamierzał, któż by wątpił. Gwałtownie obciągnął kurtkę na mocnych ramionach, a ja zamarłam, nie rozumiejąc, co się dzieje.
— Czym sobie zasłużyłem? — warknął zupełnie inaczej, niż mówił do mnie. Innym tonem męskiego niezadowolenia, konkretnym i rzeczowym. — Niczego nie naruszyłem.
— Dokumenty! — zażądał jeden ze stróżów prawa, niższy i bardziej okrągły, a więc pewnie bardziej doświadczony. — Funkcjonariusze operacyjni Bęben i Dudka! Proszę okazać dokumenty samochodu i dowód tożsamości! I ruszać się żwawiej, nie bawimy się tu w patrzenie sobie w oczy.
— Ależ proszę.
— A teraz proszę otworzyć tylne drzwi kabiny i pokazać bagażnik.
Co?! Oj, mamo, lepiej nie! Zaczęłam miotać się w poszukiwaniu butów, zasłaniając się bukietem chryzantem i chowając za oparciem fotela kierowcy. Proszę, powiedzcie, że się pomyliliście, i odjedźcie!
Żądanie zabrzmiało bezapelacyjnie, mężczyźni trzymali się surowo, i już prawie usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, ale niebieskooki nagle odmówił wykonania polecenia.
— Ani mi się śni! — oświadczył niespodziewanie i bezczelnie wsunął ręce do kieszeni dżinsów. — Nie wcześniej, niż usłyszę jasną odpowiedź, co się stało i po co potrzebna wam kontrola mojego prywatnego pojazdu. Czym więc zawdzięczam uwagę rodzimej policji?
Czym ją zawdzięczał, stróże prawa natychmiast mu wyjaśnili, najwyraźniej zapominając o normach etyki służbowej, a przynajmniej sprawnie balansując na jej granicy. Chłopak wyraźnie działał im na nerwy i prosił się o kłopoty, o czym uczciwie go uprzedzili, ale chyba nie przestraszyli.
— Czy zna pan dziewczynę imieniem Margarita Woronowa?
Co?! O-oj!
— Nie. Pierwsze słyszę.
— Znaleźliśmy jej rzeczy, dokumenty i telefon, a także otrzymaliśmy zgłoszenie, że tę dziewczynę widziano w pańskim towarzystwie w rejonie parku miejskiego. A dokładniej w tym samochodzie, w stanie obnażenia! Po czym siłą wywiózł ją pan w nieznanym kierunku. Naszym obowiązkiem jest zareagować i upewnić się, że z dziewczyną wszystko w porządku.
— Zatem powtarzamy jeszcze raz: czy zna pan obywatelkę Woronową?
— Módl się, synku, żeby tak było — przytaknął policjant, ten bardziej doświadczony, i położył rękę na służbowej broni. — Inaczej masz przechlapane, mamy czterech świadków.
Pauza i brwi chłopaka ponuro ściągnięte u nasady nosa pokazały, że domyślił się, o kim mowa, tylko raczej go to nie ucieszyło. Wyjąwszy rękę z kieszeni, „mój porywacz” przesunął nią po krótko ostrzyżonej potylicy i uśmiechnął się nieprzyjaźnie:
— Siłą, znaczy? Żartuje pan, oficerze?!
— Ani trochę!
— Nie, nie mogę w to uwierzyć… — chłopak krzywo się uśmiechał. — Zajebiście!
Rozumiałam niebieskookiego, zdecydowanie był gotów mnie zabić. Nic w jego życiu nie zapowiadało takiego zwrotu akcji… do chwili pojawienia się w audi rozmalowanej nieznajomej, a razem z nią problemów z prawem.
— Nie, proszę poczekać… On mnie nie wywoził! Nie jest winny! Ja sama…
Otworzyłam drzwi i wychyliłam się z samochodu. Poprawiwszy włosy poderwane przez wiatr, wysiadłam, nie czując pod sobą ani ziemi, ani nóg.
Stróżom prawa twarze natychmiast się zmieniły, wymienili spojrzenia, a groźba w głosie ustąpiła miejsca bezstronnemu służbowemu zainteresowaniu:
— Margarita Woronowa, jak mniemam? — uściślił wysoki i chudy policjant. Najpewniej Dudka.
— Tak, to ja.
— Proszę podać datę urodzenia i adres zamieszkania.
Posłusznie powtórzyłam to, co i tak już wiedzieli, i przycisnęłam do piersi bukiet chryzantem. W ręce funkcjonariusza mignął mój paszport, za nim poszło uważne spojrzenie i stało się jasne, że kontrolę tożsamości przeszłam.
— Co więc zrobiła pani sama, Margarito? Proszę dokończyć.
— Sama z nim pojechałam. Z… z własnej woli.
Oficer, ten bardziej okrągły, niedowierzająco prychnął:
— Rozebrana też była pani, hm, z własnej woli?
— Ee… t-tak. Właśnie tak — ledwie zauważalnie skinęłam głową, ale zaraz się poprawiłam. — Ale nie wszędzie! Tylko c-częściowo.
— Dlaczego? Co robiła pani bez ubrania z tym młodym człowiekiem w publicznym parku?
Co robiłam, nijak nie mogłam wymyślić. Pytania przekraczały granice taktu i najpewniej dalej bladłabym pod cudzymi spojrzeniami, gdyby niebieskooki znów się nie oburzył.
(No dlaczego on typem jest rozbójnikiem, a nie księciem? Książęta zawsze są uprzejmi i szlachetni, pilnują manier, pięknie się wysławiają i bronią honoru bezbronnej damy. A ten… czy bohater może zachowywać się tak zuchwale i prowokacyjnie?)
— Nie tak szybko, oficerze! Co to za przesłuchanie? Po pierwsze, nie w parku, tylko w moim samochodzie. A po drugie… co robiliśmy… Kochaliśmy się! Czego tu nie rozumieć? Nie dotrwaliśmy do domu, dopiero dziś wróciłem do miasta, a tu park… No i wszystko trochę wymknęło się spod kontroli. Drzwi przypadkiem się otworzyły, ale zaraz wszystko naprawiliśmy. Wszyscy żyją, nikt nie ucierpiał, może już rozejdziemy się po dobroci?
— A więc jest pani w związku z tym chłopakiem?
Pytanie skierowali do mnie, a zaprzeczanie było bez sensu. I co po takim wyznaniu mogłam odpowiedzieć? Tylko bezradnie objąć się ramionami.
— Tak, je… jesteśmy. Coś w tym rodzaju.
— A dokładniej? Odpowiedź jest ważna do odnotowania wykroczenia i wymiaru kary administracyjnej, czyli mandatu. Proszę odpowiedzieć, Margarito, Daniel Wróbelek jest pani narzeczonym?
Lepiej, żeby oficer nie wypowiadał na głos ostatniego przypuszczenia, bo w tej samej chwili za plecami rozległ się lodowaty ryk, a ja zamarłam:
— Coo?! Na-rze-czo-ny?.. Ta-ak, chodź no tutaj, śmiertelniku! Zaraz wyszoruję ci dziób o asfalt! A to, czym „nie dotrwałeś”, zawiążę węzłem marynarskim i urwę do diabła!.. Dzieci, natychmiast zatkać uszy i marsz stąd do mamy!
Tak, to był mój tata, już obok i bardzo zły, w rozpiętym czarnym płaszczu i garniturze, a z nim mama Dasza, Sonieczka i Jeżyk. Wszyscy stali z otwartymi ustami i patrzyli na to, co się dzieje.
— Riteczko? Chwała Bogu, znalazłaś się! — Dasza rzuciła się do mnie, a ja na spotkanie tacie. Który jeszcze sekunda i skręciłby niebieskookiemu kark.
— Tato, proszę, nie dotykaj go! Wszystko wyjaśnię!
— Zabiję cię, smarkaczu!
— Tatusiu, to nie tak, jak myślisz! On… żartował!
Ze wszystkich sił starałam się zatrzymać swojego rodzica, a temu… Wróbelkowi, co za nazwisko!, chyba było wszystko jedno.
— To twój tata? — chłopak tylko się uśmiechnął, spokojnie zabierając od funkcjonariusza swoje dokumenty, i schował je do kieszeni. — Nieźle, Kopciuszku, ale wpadłaś! A co do żartowania… — nagle też spoważniał, patrząc na Andrzeja Woronowa ponad moją głową. — Wydawało mi się, że brałaś mnie na serio.
I to jego „brałaś” zabrzmiało tak… że tylko strzelić sobie w łeb albo zapaść się pod asfalt ze wstydu.
Nienormalny! Aż szkoda, że młodszy oficer przeszkodził Daszy zdzielić go torebką po głowie i w ostatniej sekundzie uratował przed utratą pamięci[1].
Sama chętnie bym teraz to zrobiła!
To są moi rodzice, czy on ma skłonności samobójcze?!
— Nie, to ty wpadłeś, narzeczony! I po uszy!
Tata jednak dopadł chłopaka, złapał go ręką za klapę kurtki, a ja przestraszyłam się nie na żarty.