SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 59: Epilog, część 1

Rozdział 59

Epilog, część 1

– Nie myśl sobie, Faniu, ja wszystko rozumiem – Artem ma mecze i treningi, ty masz sesję i egzaminy. Już nie wspominając o tym, że pewnie wszyscy sąsiedzi się zejdą, żeby chłopaka obejrzeć. Co za zgroza, strach przyjeżdżać inaczej niż incognito!

– Mamo, tylko się nie martw, dobrze? Artem wraca jutro i na pewno będziemy u taty na urodzinach!

– Och, oby, córeczko – w końcu Fiedia ma okrągłe urodziny. Takie świętowanie szykuje – z wyjazdem na grilla i na ryby, słowem: wszystko w jego stylu, przecież znasz tatę. I was chce widzieć jako najważniejszych gości. Swoją drogą, Faniu, jak myślisz, Wasilija Jakowlewicza nie speszy piknik na świeżym powietrzu, i to jeszcze z noclegiem w namiotach? Martwię się. Może póki nie jest za późno, zmienić to na restaurację? Będę musiała wziąć tatę pod argumenty.

– Mamo, przestań! Wuja Wasi nic nie speszy, a dla Luki bycie z Robertem na łonie natury to sama radość. Nie jest pod tym względem rozpieszczony. A poza tym, jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Czyżyki, jednym słowem. Nie każdy musi być biznesmenem!

– No i znalazłaś sobie chłopaka, Faniu. To prawda z tym włoskim klubem? Robert mi już wszystkie uszy o tym wytrąbił, że Artema kupują.

– Jeszcze nic nie wiadomo na pewno, wiem tylko, że na ostatnim meczu był jakiś ważny agent piłkarski z Europy. Widział Artema w Rotterdamie na meczu towarzyskim z Holendrami. Mówią, że ten agent zajmuje się kupowaniem obiecujących graczy dla klubów z europejskich lig. Artem powiedział, że na razie mowa o dwóch klubach, które są nim zainteresowane, a jeden z nich to niemiecki „Wolfsburg”. I wiesz co, mamo?

– Co?

– Przecież nie szukałam takiego specjalnie, co ty gadasz. Ten chłopak mi się podoba. Bardzo! I jest mi absolutnie wszystko jedno, czy jest piłkarzem, czy nie.

Mama się śmieje, a ja razem z nią.

– No, nam też się podoba, córeczko! Zwłaszcza dzieciom! A propos, Robert zapisał się tu do sekcji piłkarskiej przy szkole. Teraz siedzi na diecie i ważniaka rżnie przed starszymi kolegami, że zna samego Sokolskiego. Co to będzie, Faniu, jak wyjdziecie za mąż?

– Wszystko będzie dobrze, mamo. Jestem pewna.

– Co, wciąż nie dałaś chłopakowi słowa?

– Mamo, no jaki ślub? Przecież muszę jeszcze skończyć studia – został mi rok. Jeśli kocha, to poczeka. Nie zamierzam całe życie siedzieć mu na karku. Chcę, tak jak obiecałam przy rekrutacji, ucieszyć was czerwonym dyplomem.

Mama wzdycha.

– Ach, te dzisiejsze związki. My z tatą pobraliśmy się od razu i nawet moje studia nie były przeszkodą. Za to było tak, jak należy.

– Mamo, pamiętam, że to twoje „jak należy” skończyło się moimi narodzinami sześć miesięcy po waszym ślubie. Babcia opowiadała, że już ci było widać brzuch, a ty wciąż kręciłaś nosem – męczyłaś Fiedźkę. Czekałaś, aż mu włosy po wojsku odrosną zgodnie z modą. Tak więc dzisiejsze związki niewiele się różnią od tych dawnych.

– Gdyby to ode mnie zależało, założyłabym waszej babci kłódkę na język! Żeby nie opowiadała wnukom tego, o czym wiedzieć nie powinny!

***

– Fańka, koniec! Jestem w mieście! Wylądowaliśmy! Kocham, tęsknię, ale nas jeszcze nie zwalniają – za godzinę spotkanie ze sponsorami, muszę być. Teraz całym składem jedziemy do bazy treningowej klubu, a potem, o siódmej wieczorem, zbiórka wszystkich w restauracji „Grand-Palace” – oficjalna część z gratulacjami od właścicieli. Sama rozumiesz, bez tego ani rusz. Tym bardziej że się u ciebie popisałem.

Patrzę w ekran komórki, łączy nas wideorozmowa i widzę, jak Artem uśmiecha się zadowolony. Przystojniak, co tu kryć! Strzelony przez niego decydujący gol w ostatnich minutach rozstrzygnął wynik na korzyść naszej drużyny, a stadion szalał. My z Ulanką też darłyśmy się jak opętane, skacząc przed telewizorem. W świecie futbolu gwiazda Sokolskiego dopiero co rozbłysła i zapowiadała się na jeszcze jaśniejszą.

– Tak, mój Sokół znów był najszybszy ze wszystkich! – mówię z nieukrywaną dumą, uśmiechając się do Artema. Czy można się oprzeć takiemu uśmiechowi? – Tata powiedział, że twój gol był najbardziej widowiskowy!

– Starałem się dla ciebie, Musiku – Sokół mruga do mnie, a ja posyłam mu powietrznego całusa. Nad lotniskiem świeci słońce, a jasnoszare oczy płoną znanym mi uczuciem. Ten chłopak mnie kocha i ja o tym wiem.

– Doceniam to, Pusiku – śmieję się. Od jakiegoś czasu te głupie przezwiska, rzucone przeze mnie kiedyś przypadkiem, stały się urocze i osobiste. Zrozumiałe tylko dla nas dwojga. – Dobrze, w takim razie czekam na ciebie w domu. Przyjeżdżaj jak najszybciej! Bardzo, bardzo czekam!

Ale Artem się oburza. Już nie po raz pierwszy.

– Fańka, jak to: w domu? To ja czekam na ciebie! Ty przyjeżdżaj! Hotel „Astoria” w centrum, obok jest restauracja „Grand-Palace”, na siódmą! Jesteś moją dziewczyną czy nie? Znowu będę jak ten głupek sam? Chłopaki się ze mnie śmieją, że niby się mnie wstydzisz.

– Oszalałeś?

– Czyli będziesz?

– Artem, przecież widziałam na zdjęciach żony waszych piłkarzy, ja tak nie potrafię…

– Czyż, a co mnie to obchodzi? Jesteś dla mnie najlepsza na świecie! Nie widziałem cię tydzień – już nie mogę wytrzymać! Faaań, Fańka, Faneczka – Sokół zagląda mi w oczy przez ekran. – Przecież to część mojego życia, rozumiesz? Część naszego życia – moja praca. – Nagle poważnieje. – Koniec! Postanowione! Jadę do domu! Chrzanić tych sponsorów! Bez ciebie nie wytrzymam ani wieczora dłużej!

– Nie!

– Nie?

– Przyjadę! Tak, będę w restauracji o siódmej. Czekaj! Kocham cię! – obiecuję i rozłączam się, żeby spojrzeć na zegarek i pędem rzucić się pod prysznic.

Zegarek wskazuje 16:01. Mam trzy godziny na przygotowania – to prawie nic, a nie mam ani stroju, ani doradców, ani bladego pojęcia, jak godnie zaprezentować swojego chłopaka, ulubieńca drużyny, na takim wieczorze. I mam absolutnie... absolutnie zwyczajną garderobę młodej dziewczyny!

Mamusiu-u!

Chwytam torebkę, kartę, telefon i wybiegam na ulicę. Włosy wciąż mam wilgotne po prysznicu, ale słońce świeci na całego i wydaje mi się to nieistotne. Otwieram drzwi klatki i nagle staję na progu jak wryta, widząc przed sobą rozciągnięte transparenty z jaskrawymi napisami i znajomą symboliką klubu piłkarskiego.

„Sokół mistrz!”, „Sokół, kochamy cię! Jesteś najlepsy!”, Sukces Spartę czeka wielki, Artem Sokolski jest najlepsy!”

Rymowany napis na transparencie cały czas podskakuje. Rozumiem dlaczego, gdy widzę dwie staruszki trzymające się za brzuchy. Mila Francewna i Matylda Iwanowna, obie w słomkowych kapeluszach i jedwabnych apaszkach, wystrojone, stoją z transparentem naprzeciw naburmuszonych fanek – Julki i Władki, które trzymają w rękach eskimo i pękają ze śmiechu, wytykając palcami jaskrawy plakat dziewczyn.

– Achacha, Milka, już to widzę! Podchodzi ta tutaj, z tym czubem na głowie, do budki z lodami, a sprzedawca pyta: „ile podać, dziecko, jedno eskimo czy dwa?”. A ona odpowiada: „poprosze dwa! Nie, poprosze tsy!”.

– Moje drogie, pozwólcie, że zapytam: jaką szkołę skończyłyście? Trzyklasową? Imiona własne potraficie napisać bez byków?

– Zaraz doigracie się, wy stare próchna! Dawno sztucznych szczęk nie zgubiłyście?

– Ej! Skąd wy się tu w ogóle wzięłyście? My pierwsze znalazłyśmy Artema, jasne? On jest nasz!

– My stare? My jesteśmy młode duchem! I piśmienne, w przeciwieństwie do was!

– Zaraz tak przyłożymy tym „piśmiennym”, że im się rozruszniki serca zatrzymają!

Cóż za niespodzianka! Babcie uwielbiają Artema, oglądają wszystkie mecze z jego udziałem i chwalą się na Instagramie kolekcją autografów wszystkich graczy „Sparty”, ale w rolę zagorzałych fanek wcieliły się po raz pierwszy. Zatrzymuję się, z niedowierzaniem przyglądając się tej czwórce.

– Cześć, Fańka! – witają się dziewczyny. – Czekamy na Sokoła!

– Witaj, Faneczko! – wtórują babcie. – Dokładnie, czekamy!

I mierzą się nawzajem ostrymi spojrzeniami. Gdyby wzrok mógł zabijać, wszystkie leżałyby trupem. Żadna ze stron nie zamierza ustąpić.

Kłótnia w pełni, zanosi się na nieszczęście, ale ja zupełnie nie mam czasu na łagodzenie konfliktów. Z roztargnienia mówię pierwsze, co przychodzi mi do głowy:

– Dziewczyny, pomóżcie! – zwracam się do wszystkich. – Drużyna Artema ma za trzy godziny półoficjalny wieczór w restauracji „Grand-Palace”. Będą żony i dziewczyny piłkarzy, Artem prosi, żebym przyjechała, a ja... ja nie wiem, w co się ubrać! Ani jak się uczesać! Widziałyście przecież, jakie one wszystkie tam są piękne i modne, a ja...

– A ty co? Nie jesteś ładna? – prycha z leniwym powątpiewaniem Władka, odgryzając kawałek loda. – Całkiem cię odmóżdżyło na tym uniwersytecie, Fańka? – kręci palcem przy skroni. – Moim zdaniem jesteś całkiem zacna. No nie, Julka?

– No ba! Wiesz, jak na początku byłyśmy o ciebie zazdrosne? Chciałyśmy cię dopaść i opędzlować na łyso. Ale potem uznałyśmy: lepiej ty niż jakaś tleniona kura z walizką! Myślisz, że taka by z nami gadała?! Zresztą, Artemowi się podobasz.

– Ale gust to masz rzeczywiście słaby. Co to jest? Szmizjerka? Kto to teraz nosi? Lepiej czarną, pociętą koszulkę и до этого różowy stanik, żeby wystawał. To jest sztos!

– Co za bzdury! – wtrąca się oburzona Mila Francewna. – Jaka bielizna na wierzchu? Dziewczęta, co wy opowiadacie? – dziwi się, wachlując się kapeluszem. – Same wyglądacie jak koty po bójce, i Fani tego samego życzycie? Żadnych łachmanów, tylko minimalizm i klasyka! Nie słuchaj ich, Faneczko. Na takim wieczorze wszystko musi być z klasą i bez wrzasków!

– Z klasą? – wydechują dziewczyny. – Fu, rzygać się chce! Nuda!

Tymczasem czas goni, patrzę na zegarek.

– Dziewczyny, nie kłóćcie się. Jedźcie ze mną, co? – pytam z nadzieją. – Mamy mniej niż trzy godziny. A w przyszłą niedzielę Artem i ja zapraszamy was wszystkie na herbatę! Po prostu w ten weekend tata ma urodziny – dodaję przepraszająco.

To niesamowite, jak działają prawdziwe kobiety – oczy zaświeciły się całej czwórce.

– Co, wybieranie sukienki? – Władka otwiera szeroko oczy. – I butów?

– Tak!

– Jedziemy! – zgadza się Julka. – A co z plakatami?

– Zostawcie tutaj na ławce, Müller Piotrowna jest na posterunku, popilnuje.

– A lody?

– Wsuwajcie szybciej! Milo Francewno, Matyldo Iwanowno... – patrzę na staruszki, ale one już dziarsko zwijają transparent.

– Oczywiście, że jedziemy z tobą, dziecko. W drogę!

Koniec! Osobisty fashion-team Anfisy Czyżyk jest w komplecie. Zostało tylko zorganizować transport. Już wybieram numer po taksówkę, gdy babcia Motia wyrywa się do przodu.

– Za mną, dziewczyny! Wszystkie do mojego Malucha! Zawiozę was z fasonem!


Tak oto przyjechałyśmy wszystkie razem do centrum handlowego „Matecznik-City”, żeby doprowadzić mnie do porządku.

– Od czego zaczniemy, drogie panie? – pyta Mila Francewna, przyciskając torebkę do piersi i rozglądając się po wielkim holu. – Mój Boże – wzdycha, łapiąc się za serce – ile tu narodu!

– Milka, pamiętaj o celu. Przejdźmy do rzeczy!

– Zawsze trzeba zaczynać od bielizny! – rzuca propozycję Julka. – Czyli szukamy dla Fańki odjazdowych stringów!

– Co? A co to takiego? – babcia Motia wścibia nos, widząc w rękach młodej fanki wspomnianą część garderoby. – Matko Boska! Czy to są majtki? Dziecko, ty proponujesz, żeby Fańka założyła na tyłek... sznurek?

– A co w tym złego? Przecież nie będzie nosić barchanów do kolan, jak niektóre!

– Barchanów, moja miła Juluniu, nikt już nie nosi – wstawia się Mila Francewna. – Powszechnie wiadomo, że nawet damy w naszym wieku noszą bieliznę. Dlatego, proszę pani – zwraca się uprzejmie do konsultantki – niech nam pani pokaże modną bieliznę. Najpiękniejszą! Potrzebujemy na dzisiejszy wieczór czegoś po prostu oszałamiającego! Co też pani mówi? Jaki rozmiar pięćdziesiąt dwa? – dziwi się. – Nie, złoto ty moje, potrzebujemy czegoś dla tej oto młodej damy...

– Pod jaki kolor sukienki dobieramy? – zadaje rozsądne pytanie konsultantka, a my wszystkie zamieramy.

Pod jaki kolor...