SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 60: Epilog, część 2

Rozdział 60

Epilog, część 2

– Racja, musimy zacząć od sukienki! – wykrzykuję.

– Biegniemy szukać butiku! Babcie, nie zostawać w tyle! – komenderuje Władka i krzyczy już od wejścia do ekspedientki: – Przepraszam, gdzie tu jest najdroższy butik? Taki, żeby był totalny wypas!

– Najdroższy? – dziewczyna unosi brew i nie może powstrzymać uśmieszku. Patrzy na fankę ze sceptycznym wywyższeniem, oceniając jej krzykliwy, tani strój. Władka, widząc to, bierze się pod boki:

– Na co się gapisz? W przyszłą niedzielę mam kolację z samym Sokolskim. Słyszałaś o nim? Na pewno będą też kumple z drużyny. A ty jakie masz plany, nieudacznico?

I ruszyła dumnie, kręcąc biodrami w swoich znoszonych mokasynach. No nieźle! Nawet Francewnie opadła szczęka! Podążyliśmy za Władką całą bandą. Nic to, damy radę, sami znajdziemy butik!

Jeden. Drugi. Trzeci.

Nie to. Nie to. Wszystko nie to!

Pierwsza sukienka zbyt wyszukana! Druga wyzywająca! Trzecia za długa. Czwarta za krótka. A w piątej to tylko na imprezę u Versacego – tyle błysku, że można oślepnąć!

– Dziewczyny! Ta chyba jest niezła, co? – po raz piętnasty wychodzę z przymierzalni, poddając się pod osąd przyjaciółek.

Sukienka jest ciemnogranatowa, wieczorowa, z odkrytymi ramionami, długości do kostek. Dopasowana, z wysokim rozcięciem na nodze. Z obcasami na pewno będzie wyglądać nieźle.

– Tobie, Faniu, co druga wydaje się „niezła” – mruczy babcia Motia.

– Matylda ma rację – potakuje Mila Francewna. – Nie nadaje się! W tym gorsecie są dwa kilogramy jedwabiu i kilogram koralików. Toporne, krzykliwe i na pewno drogie! Udusi cię to! Nie ma w tym żadnej lekkości. Będziesz nosić takie stroje po czterdziestce! Dlaczego wszystkie młode dziewczyny myślą – dziwi się przyjaciółce – że wyglądać starzej to szyk? Szyk to wyglądać jak bajka, jak marzenie! A takie czary potrafią zdziałać z kobietą tylko miłość i młodość – kończy natchniona.

– Zdejmuj to, Fańka! – kiwają zgodnie Julka z Władką. – Wyglądasz w tym jak żona starego oligarchy na spacerze – nuda! Tylko złotej smyczy brakuje.

– Dziewczyny, to co ja mam robić? – rozkładam ręce. – Zostało półtorej godziny! Wybierzmy już cokolwiek! Może to nieważne, co będę miała na sobie – patrzę w lustro, rozumiejąc, że mają rację i wyglądam jak czyjaś utrzymanka. – Pal licho! Posiedzę godzinkę i wyjdę. Przecież żony piłkarzy mnie nie zjedzą… chyba.

– O nie! Żeby te lale szeptały za plecami Sokoła? Niech lepiej dławią się śliną! Tak, babcie! – Władka rozgląda się energicznie. – Trzymajcie nasze plecaki, a my z Julką lecimy na łowy.

– Dokąd? – pytają chórem staruszki.

– Dokąd? – wtóruję im przerażona.

– Julka w prawo, ja w lewo! Na tym piętrze są najdroższe butiki. W tym tempie nie obejdziemy ich do rana! Dajcie nam pięć minut i Fańka będzie miała sukienkę!

– Julka! – komenderuje Władka. – Patrz uważnie! I żeby to nie było po prostu „ładniutkie z falbankami”, tylko ma być zajebiście, czaisz? Jak coś, to oberwiesz!

– Co-o?

– Do biegu, gotowi, start!

– Co to było, Faniu? – pyta pani Matylda, gdy dziewczyny znikają, a my zostajemy we trójkę.

– Nie wiem – wzruszam ramionami. – Ale na wszelki wypadek lepiej się przebiorę.

Czekanie przy niewielkiej fontannie w centrum pasażu handlowego nie trwa długo.

– Mam! Mam! – zza szklanych drzwi pompatycznego sklepiku wybiega Władka, skacze i macha do nas rękami. – Biegiem, wszyscy tutaj! – przywołuje nas, a my tak się śpieszymy, że nawet babcie przechodzą w trucht.

– Szybciej, dziewczyny! Szybciej!

– Och, Milka, tylko spójrz, jakie cudo!

Wbiegamy do sklepu i stajemy z otwartymi ustami.

Sukienka ma kolor kremowy z najdelikatniejszym odcieniem różu. Nawet w rękach ekspedientki, w przezroczystym pokrowcu, prezentuje się zjawiskowo.

– Odcień „brudny róż” lub „rumieniec poranka”. Sukienka z ostatniej kolekcji francuskiego domu Celine, w naszym sklepie dostępna w jedynym egzemplarzu. Wyjątkowy, taliowany krój, lekkie kontrafałdy i uniwersalna długość – ta sukienka sprawi, że każda dziewczyna będzie wyglądać nienagannie, pięknie i wyjątkowo. Sprzedajemy wyłącznie odzież projektancką, więc mamy prawo być dumni z naszych klientów…

– Czy mogę ją przymierzyć? – zwracam się z nadzieją do dziewczyny.

Nasza piątka wygląda dziwnie. Widzimy, jak wewnątrz konsultantki toczy się walka – sukienka na pewno kosztuje krocie i jest przeznaczona dla klientów VIP, ale profesjonalizm wygrywa.

– Tak, oczywiście. Zapraszam tędy – proponuje. – Odprowadzę panią do przymierzalni. Czy woli pani poznać cenę produktu teraz, czy po przymiarce?

Czy wolę? Nie wiem. Patrzę na tę sukienkę i rozumiem, że jej pragnę. Że takiego piękna nie miałam nawet na balu maturalnym. A skąd miałoby się wziąć? Francuski dom Celine, mówicie? Wolne żarty! Lokalna krawcowa, ciocia Toma, bardzo się starała i podobało mi się, ale to…

– Faniu, jeśli sukienka pasuje – bierz bez wahania, ja dołożę! – szepcze głośno babcia Motia na cały butik, zasłaniając usta dłonią. – Właśnie dostałam emeryturę!

– Ja też pomogę! – potakuje Mila Francewna.

– Kurde! A my mamy tylko na dwie czekolady i bilet – martwi się Julka, wywracając kieszenie. – Ale jeśli to wystarczy, to bierz! Dla Sokoła niczego nie żal!

– Proszę nie podawać ceny, dobrze? – zwracam się do ekspedientki.

– Jak to? – dziwi się.

– Po prostu. – Wyciągam z torebki czarną kartę bankową и kładę ją na ladzie recepcji.

Nie wiem, ile jest pieniędzy na koncie, wiem tylko, że to karta klasy Premium i jej widok robi na dziewczynie wrażenie. Artem wyrobił ją specjalnie dla mnie, ale do tej pory nie musiałam z niej korzystać – nigdy nie odmawiał mi gotówki, а ile ja potrzebuję? Skoro mam wszystko… Jeśli pieniędzy starczy i sukienka będzie pasować – kupuję! A jeśli nie, to trudno! Widocznie nie jest mi pisana!

Zrzucam sukienkę i wsuwam się w tę nową. Wygładzam miękkie fałdy. Prawie nie oddychając, zerkając w lustro, wychodzę z przymierzalni. Czuję się w niej niezwykle, jakoś tak… wzniośle. Dziwne uczucie.

– Dziewczyny, i jak?

– Zajebiście! – wyrzucają z siebie fanki jednym tchem.

– Fańka, to jest to! Bierzemy! – zgadzają się babcie.

– Proszę pani, bierzemy ją – uśmiecham się do ekspedientki и krzyżuję palce za plecami, gdy ta autoryzuje transakcję moją kartą.

Potrzebuję też butów i nie, nie kupuję trampek z dżetami, jak proponuje Władka. Choćby według niej były nie wiadomo jak „odjechane”! Kupuję czarne, sandały na wysokiej szpilce z cienkim paseczkiem od modnego francuskiego projektanta и modlę się w duchu, żeby Sokół mnie nie ubił za te kolosalne wydatki. Strach pomyśleć, ile go to wszystko będzie kosztować. Nie, chłopak nie jest biedny, ale jednak. Przecież miałam sama na siebie zarabiać. Pędzę na łeb na szyję do salonu piękności w tym samym centrum handlowym. Podczas gdy moje staruszki pilnują, jak ekspedientka starannie prasuje sukienkę, a dziewczyny wybierają bieliznę, proszę nieznajomą fryzjerkę:

– Błagam! Zróbcie ze mną cokolwiek! Za godzinę muszę być w restauracji w pełnej gali. Może być skromnie! Zapłacę podwójnie! I, och, przydałby się jeszcze makijaż…

Nieszczęsne żony piłkarzy. Czy one za każdym razem przechodzą taki stres? Brrr, nie chciałabym. Chociaż sukienka, trzeba przyznać, jest piękna.

– Fańka, jesteś samą delikatnością i seksem! – szepcze Władka, siąkając nosem na tylnym siedzeniu Malucha mknącego przez miasto. – Gdzie ty się tak opaliłaś?

– W ogrodzie u babci – wzdycham, dostrzegając przed nami restaurację „Grand-Palace” i odźwiernego stojącego przy wejściu. Gdy tylko auto zatrzymuje się przed drzwiami, mężczyzna z niezmąconym spokojem podchodzi do nas i otwiera przednie drzwiczki…

– Dawaj, Faneczko, nie daj się! – życzy mi na drogę babcia Motia. – Głowa do góry i naprzód, na spotkanie ze swoim Sokołem!

– Tym bardziej że nasz książę chyba już się nie może doczekać swojego Kopciuszka – śmieje się Mila Francewna. – Boże, jaki on przystojny! – wykrzykuje, zaglądając przez okno. – Piękniejsza jest tylko nasza Fańka!

Odwracam głowę i widzę Artema stojącego z boku przy wejściu – w drogim garniturze leżącym jak ulał, postawnego i szerokiego w barach, z podłużnym białym pudełkiem w rękach. Obok niego stoi jeszcze kilku piłkarzy, a nieco dalej trzech ochroniarzy. Moja miłość spogląda w stronę drogi, nie włączając się do rozmowy. Boże, jak ja za nim tęskniłam! Tak bardzo, że odrzucam wszelkie wątpliwości i z szerokim uśmiechem wysiadam z samochodu.

– Dzięki, dziewczyny! – dziękuję z całego serca moim wiernym pomocniczkom. – Jesteście najlepsze!

– To dlatego, że cię kochamy, Faneczko. Miłego wieczoru! – ociera łzę babcia Motia. – Dziewczyny, a może pojedziecie do nas na herbatę? – zwraca się do fanek, odpalając silnik. – Milka ma pyszną szarlotkę. To dobra okazja, żeby posiedzieć i poznać się bliżej.

– Jasne! – śmieje się Władka. – Przy okazji obgadamy strategię fanklubu! Jedziemy! Pal licho tych zakochanych!

Sokół. Mój Sokół. Idę do niego powoli, podziwiając go z daleka. Lekki wiatr podchwytuje kosmyki moich rozpuszczonych włosów, obcasy stukają o kamienne płytki… Jestem gotowa iść do niego przez całe życie, byle tylko na mnie czekał.

Jakże kocham ten czas, kiedy zostajemy sami. Kiedy możemy się pieszczyć i wygłupiać, nie wypuszczać się z objęć i wciąż na nowo słyszeć i powtarzać echem, że on jest moim jedynym. Że na zawsze.

Najpierw zauważają mnie chłopaki, a potem i Artem odwraca głowę. Przez kilka chwil patrzy na mnie z niedowierzaniem, w którym zapala się zachwyt i tęsknota. I ciepło. Twarz rozjaśnia mu śnieżnobiały uśmiech, a zaraz potem moje imię pada z jego ust:

– Fańka! Jednak przyjechałaś!

– Tak, Artem.

W białym, prostokątnym pudełku ozdobionym atłasową wstążką leżą kwiaty – na pewno strasznie drogie. Nigdy bez nich nie wraca, a po kolorze wstążki łatwo zgaduję, że dziś Sokół kupił dla mnie czerwone róże.

– Hej, Artem, to ona? Twoja Anfisa?

– Tak, moja Anfisa.

– No, niezła laska! Poznasz nas?

– Później – odpowiada Artem śniademu chłopakowi – wszystko później. A teraz potrzymaj to, Rustam! – podaje mu bukiet. – Chcę pocałować moją dziewczynę…


Dwa lata później na stadionie San Paolo w Neapolu Artem będzie grał w barwach słynnego klubu „Milan”. Po dwóch mistrzowskich golach i zwycięstwie drużyny w lidze włoskiej, wśród ogłuszających okrzyków i gratulacji kibiców, zostanie na murawie, by skądś zdobyć mikrofon i ogłosić przez niego na cały stadion po angielsku i włosku, jak bardzo kocha swoją dziewczynę. Poprosi ją o rękę w nadziei, że tym razem się zgodzi.

– Fanya, will you marry me?

Nieważne, że nikt nie może mnie znaleźć na trybunach – siedzimy z Luką i wujkiem Wasiąw koszulkach z symbolami ukochanej drużyny i bejsbolówkach pośród tysięcy innych kibiców. Ale w kieszeni natarczywie wibruje komórka. Ręce mi drżą, serce bije, a dusza śpiewa ze szczęścia, gdy podnoszę telefon i odpowiadam:

– Yes, I will. I love you. I will always love you!


P.S. Drodzy Czytelnicy, bardzo dziękuję, że towarzyszyliście mi w tej historii. Mam nadzieję, że polubiliście moich bohaterów tak mocno, jak ja sama. Dziękuję, że byliście tu z nami!

Zapraszam Was serdecznie do moich pozostałych opowieści! Jeśli spodobał Wam się drugoplanowy bohater tego romansu, Rusłan Mardżanow – ten bezczelny, ciemnowłosy typ z kręgielni 😄 – to koniecznie sprawdźcie jego własną historię miłosną pt. „Kruche serce”. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli i ona skradnie Wasze serca.

Dziękuję!

Janina

Właśnie ukończono czytanie ostatniej części utworu.

Jakie emocje on pozostawił?
Podziel się wrażeniami w komentarzach — to ważne dla autora i pomoże innym czytelnikom odkryć tę historię.