SOVABOO

Tylko ty

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/46 · Strona 1 z 39%

– Nie martw się, Nastia. Rozumiem, że dziesiąta klasa to nie pierwsza, że nastolatce niełatwo wejść w nową grupę, a tym bardziej pokazać się w nauce, ale jesteś mądrą, spokojną dziewczyną, wierzę, że wszystko ci się uda. Szkoła jest dość uprzywilejowana, z sukcesami. Swego czasu bardzo dokładnie prześledziłam statystyki przyjęć absolwentów na prestiżowe uczelnie, sprawdziłam rekomendacje, więc się nie przejmuj, na czas twojego pobytu tutaj zapewni ci możliwie solidne wykształcenie.

– Dziękuję.

– Z nauczycielami porozmawialiśmy z Griszą, jeśli będzie trzeba, z niektórych przedmiotów będziesz mogła dostać konsultacje po lekcjach. Niestety jutro nie będę mogła cię odprowadzić, o siódmej rano mam odprawę, a zaraz po niej - naradę, więc do szkoły odprowadzi cię Stas i wszystko pokaże. Do domu też cię odwiezie, dogadałam się z nim. Wszystko zrozumiałaś?

– Tak.

– No i dobrze. A teraz biegnij się ubierać. Mam dwie godziny wolnego, zanim padnę spać. Chodź, pojedziemy do sklepu, kupimy wszystko, co potrzebne do nauki. No i ogólnie rzeczy masz już podniszczone. Grisza, co tak patrzysz? Jedziemy…

Macocha kupiła mi piękny szkolny mundurek. W sklepie się nie targowała, a kiedy zaproponowano jej wybór, wzięła najlepszy. I puchową kurtkę, i kozaczki, i nawet czapkę. Lustro w szafie ubraniowej brata było rozbite, a ja już od godziny kręciłam się przy dużym oknie, za którym stał późny wieczór, po kolei przymierzając nowe rzeczy i wpatrując się w swoje odbicie. Ciesząc się i nie wierząc własnemu szczęściu. Myśląc, jak jutro ucieszę babcię tą wiadomością. Tak bym go nie zauważyła, gdyby nie ognik papierosa, który błysnął za szybą. Tam, gdzie między drzewami stał i patrzył na mnie chłodnym spojrzeniem mój przybrany brat Stas.

A rano przy śniadaniu macocha pożegnała się, zostawiając nas z nim samych:

– Dobrze, my z ojcem pojechaliśmy. Wam, dzieci, życzę dobrego dnia. Zawieziesz Nastię do szkoły, pokażesz drogę. I pilnuj się, Stasiek, tylko spróbuj coś wywinąć. Wiesz, u mnie krótka piłka. Ukarzę.

– Wiem przecież…

Matka była wobec syna surowa, ale go kochała. Wyłapywałam to uczucie w jej oczach - tę właśnie, właściwą tylko matkom, ciepłą miłość i troskę. Dumę, kiedy patrzyła na syna, i wewnętrzne zadowolenie, że się udaje. Udaje się wychować człowieka takim, jakim sama mogłaby się stać, gdyby nie trudności minionych dni. Dużo pracowała, ale zawsze znajdowała chwilę, żeby przyciągnąć Stasa do siebie i musnąć pocałunkiem jego policzek. Krótkim, czułym gestem mocnej ręki zmierzwić ciemny czubek głowy i uśmiechnąć się szczególnym uśmiechem. Widziałam to i nie mogłam zrozumieć przyczyny jego złości, skierowanej na mnie. Jakkolwiek dobrze macocha traktowała pasierbicę, nie była moją matką, czy przybrany brat naprawdę tego nie rozumiał?

Z Czerechina do miasta jeździł podmiejski autobus, i do przystanku szliśmy ze Stasem w milczeniu. Tak bardzo bałam się zdenerwować go swoją obecnością, wyglądem nowych ubrań i podniesionym nastrojem, że szłam o krok z tyłu, starając się nie zostawać. Dopasowywałam się do twardego męskiego kroku, przeskakując przez podmarznięte kałuże, zapatrując się na piękne domy i doganiając go podskokami, tak że chyba szłam już własnym rytmem. A mimo wszystko, kiedy przyszła pora wysiadać z autobusu i Stas milcząco zszedł ze stopnia, zatrzymał mnie, gdy wyskoczyłam za nim, złapał za rękę, żeby powiedzieć:

– Poczekasz, aż odejdę dziesięć kroków, i dopiero wtedy idziesz. Drugie piętro, sala dwudziesta siódma. Wychowawczyni - Epifancewa Stella Władimirowna. Dalej sama sobie poradzisz. I tylko spróbuj komukolwiek pisnąć, że jestem twoim przybranym bratem - przyjdę w nocy i uduszę cię poduszką, zrozumiałaś?.. A tak przy okazji, jak się śpi w cudzym łóżku, co, Szkielecie? – jednak się nie powstrzymał i zacisnął palce na moim nadgarstku. – Wygodnie?.. Dobra, nie odpowiadaj, niedługo koniec. Poczekaj tylko, aż rodzice wyjadą, pokażę ci twój pokój.

Dokąd wyjadą rodzice - nie zrozumiałam, za to zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chciał, żebym się nie wygadała. Już na schodach przed wejściem stało się jasne, kto jest tu gwiazdą szkoły i komu miejscowe dziewczyny nie dają przejścia. I chyba mojemu przybranemu bratu podobała się taka uwaga. Spojrzałam na zwężone oczy Stasa, na krzywy uśmiech, który przemknął po atrakcyjnej twarzy, i zrozumiałam: zdecydowanie mu się podoba. I na pewno miał tu na kogo się gapić, w tym nie skłamał.

Nowa szkoła rzeczywiście okazała się nowa. Wysoka, jasna, przestronna, z dużą stołówką, biblioteką i świetną salą gimnastyczną. Szerokim zaśnieżonym stadionem widocznym z okien klasy i osobnym placem sportowym z drążkami oraz huśtawkami.

Klasa przyjęła mnie z ciekawością i tyle. Tutaj wszyscy uczniowie byli podzieleni na pary, małe paczki… Ze zdziwieniem rozpoznałam w jednej z koleżanek z klasy jasnowłosą dziewczynę, którą pierwszego dnia przyjazdu do Czerechina widziałam przy kolacji w domu macochy. Starannie unikała mojego wzroku, niczym nie zdradzając naszej znajomości, i domyśliłam się, że raczej nie znajdę w niej dobrej przyjaciółki.

– Ty ją znasz? – spytała mnie sąsiadka z ławki, kiedy zmęczyła się czekaniem na odpowiedź na dziesiąte z kolei pytanie, a ja odpowiedziałam:

– Tak. To znaczy nie. Nie tak bardzo.

– No, nic dziwnego. Nasza Marineczka nie przyjaźni się z byle kim, więc szkoda zachodu.

– A z kim się przyjaźni? – Naprawdę mnie to ciekawiło.

– Z ludźmi popularnymi i na czasie, wszystko według standardu pierwszej primadonny klasy. Masz czym przyciągnąć jej uwagę?

– Tak ogólnie to nie – wzruszyłam ramieniem i uśmiechnęłam się w odpowiedzi na uśmiech sąsiadki.

– W takim razie współczuję. Możesz od razu zapomnieć o waszej znajomości.

Dziewczyna była pulchna, wysoka, ale sympatyczna. Czarnoooka, z niebieskim pasemkiem włosów przy skroni, z dołeczkami w policzkach. Bardzo mi się spodobała. Zderzyłyśmy się przy drzwiach klasy, kiedy szukałam właściwej sali, i od razu zaprosiła mnie, żebym usiadła z nią w ławce.

Dasza Kuzniecowa, przezwisko: Wiewiórka. Dlaczego Wiewiórka, dowiedziałam się, kiedy usłyszałam od kolegi z klasy w stołówce:

– Wiewiórka, daj orzeszki! Dość noszenia ich w policzkach!

– Wiewiórka, daj! Przecież nie jesteś jakimś chomikiem. Żal ci?

Wiewiórce nie było żal, i zamiast orzeszka wesoły chłopak dostał po głowie.

– Boże, to nie szkoła, tylko prawdziwa dżungla! Same małpy dookoła i jelenie! Ale nic, trzymaj się, Nastia, przebijemy się!

– Jelenie? – znowu mnie to zaciekawiło, więc obejrzałam się na uśmiechniętego kolegę z klasy, który zajął miejsce przy stoliku obok nas. Chyba chłopak wcale się na Daszkę nie obraził.

– Właśnie! – Kuzniecowa ważnie skinęła głową. – Już dawno wymyśliłam sobie klasyfikację chłopaków: naczelne, jelenie, kujony i pawie. Więc się nie dziw, jeśli będę ich identyfikować po cechach zewnętrznych. Taki Pietka Zbrujew na przykład, typowy naczelny, mokronosy i człekokształtny. Dostał w kark? Dostał! Ale patrz, dalej szczerzy zęby jak tępy pawian! – Pięść Daszki zakołysała się w powietrzu. – Jeszcze raz, Zbrujew, piśniesz coś o orzechach, a oberwiesz na całego, zrozumiałeś?

Pawian natychmiast nadął policzki i udał, że rozgryza orzech. Ze zdziwieniem odwróciłam od niego wzrok.

– A mnie się wydaje, Dasz, że on jest normalnym chłopakiem. Może mu się podobasz?

Rozdział 5 / 46 · Strona 1 z 3