SOVABOO

Upadł. Ocknął się. Tata!

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Rozdział 1/31 · Strona 1 z 30%

Kobieta, która wysokimi obcasami wgniatała włosie dywanu, była olśniewająca i doskonale o tym wiedziała.

Wysoka, smukła brunetka o czarnym spojrzeniu pantery powoli obchodziła gabinet prezesa korporacji budowlanej „Sezam” i uśmiechała się do młodego mężczyzny ustami stworzonymi przez Najwyższego nie inaczej jak do cielesnej miłości. Do tej właśnie miłości, która, gdy się jej szuka, chętnie się sprzedaje, lecz kosztuje drogo — nie każdego mężczyznę stać na taki zakup.

Błękitnookiemu i ciemnowłosemu Andrzejowi Woronowowi, głównemu spadkobiercy wszystkich aktywów korporacji „Sezam” oraz rodzinnego konta w szwajcarskim banku, ta cena zdecydowanie mieściła się w budżecie. Dlatego właśnie Nelly-ludożerka zatrzymała się przy wysokim fotelu, naprzeciw biurka szefa, i, zatrzepotawszy ciężkimi rzęsami, wygięła krągłe biodro. Uniosła z omdlałym spojrzeniem wspaniały biust i westchnęła, przesuwając dłonią po materiale wąskiej spódnicy:

— Ach, Andrzeju, przecież wiesz, jak bardzo tego chcę! Uwierz, nie mniej niż ty!

W tej napiętej ciszy wręcz usłyszałam, jak właśnie w tej chwili zatrzepotało i szybciej zabiło serduszko Woronowa. Puk-puk-puk. Smagła dłoń powędrowała do kołnierzyka drogiej koszuli, luzując krawat, a oddech zamarł…

Oj, oj, jeszcze sekunda takiego erotycznego natarcia i głupiec nie wytrzyma! Zwiąże się z tą rekinicą, jak ona tego pragnie, i wtedy żegnaj, spadkobierco! Przepadnie, a po miesiącu nikt nawet o nim nie wspomni!

O cholera, co tu się wyprawia! Do kogo krzyczeć, żeby włączyli syrenę?

Właściwie, choć znajdowałam się teraz w jednym gabinecie z tą parką (co prawda stojąc pod stołem na czworakach), jeszcze dwa tygodnie temu ta scena obchodziłaby mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Tak jak romanse szefa obchodzą człowieka, któremu o wiele bardziej zależy na tym, żeby nie stracić pracy i zachować przyzwoitą pensję — oczywiście jak na sekretarkę. Kochajcie się na zdrowie, byle premia była! Ale trzy dni temu wszystko gwałtownie się zmieniło. Kiedy przypadkiem, na własne uszy, podsłuchałam rozmowę tej Ludożerki z jej kochankiem — swoją drogą kuzynem mojego goblina… Tfuj! To znaczy szefa, oczywiście. I dowiedziałam się, że Woronowa juniora zamierzają… sprzątnąć!

I to nie kiedyś tam w dającej się przewidzieć przyszłości, tylko w najbliższych dniach!

Koszmar! Gdy tylko się o tym dowiedziałam, od razu straciłam sen, a jemu jakby nigdy nic!

Nie no, co za twardogłowy i uparty typ, choć piękny i ważny jak mało kto! Nie znoszę go! I co te nasze biurowe dziewczyny w nim znalazły? Przecież poza atrakcyjnym wyglądem… No dobrze — poza bardzo atrakcyjnym wyglądem, ma w sobie tyle arogancji i sztywności, że aż człowiek ma ochotę przyłożyć mu czymś ciężkim w czubek głowy! Żeby zszedł trochę na ziemię i zmiękł wobec ludzi!

Odkąd przyjechał ze swoich Niemiec, od razu zaczął się rządzić i ustawiać wszystkich pod linijkę. Nabrał zwyczaju zmieniania garniturów codziennie, jakby to nie było biuro, choćby i bogate, tylko jakiś wybieg! Przez trzy miesiące już straciłam rachubę! Nogi sobie zdarłam, biegając do pralni chemicznej i z powrotem z jego koszulami.

Tylko co nam, posłusznym podwładnym, po jego urodzie, skoro jest nieczuły jak suchar. Ani razu nie widziałam, żeby się uśmiechnął. Wiecznie tylko: „Grrr, wykonać! I najlepiej pilnie! Za pięć minut dokumenty na biurku!”

Och, pozostaje tylko wzdychać i ze smutkiem wspominać dawnego gospodarza, Matwieja Iwanowicza. To dopiero było szczęście pracować z takim człowiekiem!

Starszy Woronow nie bez powodu uchodził za człowieka szanowanego. Umiał wysłuchać i potrafił docenić podwładnych dobrym słowem. Nawet ganił taktownie, jak na swoje stanowisko, każdy to potwierdzi! Dopóki pewnego dnia nie zapadł w śpiączkę w jednej ze szwajcarskich klinik.

On od razu by mi uwierzył, gdybym przyszła mu opowiedzieć o przygotowywanym zamachu na jego ukochanego wnuka. A ten goblin, kiedy mu powiedziałam, tylko nerwowo prychnął mi prosto w twarz, potem się rozzłościł, a potem trzasnął drzwiami gabinetu, nazwał mnie Kogutową i kazał trzymać język za zębami.

W przeciwnym razie złapie mnie prosto za kołnierz i wykopie z firmy. Żebym, widzicie państwo, nie plotła bzdur i nie zajmowała się głupotami, skoro już nie mam nic innego do roboty. Jeszcze nachylił się nade mną, błyskając lodowatymi ślepiami:

„…Czy wyraziłem się jasno?

No już jaśniej się nie dało. Ale policzki i tak zaróżowiły się z oburzenia.

— To ja niby nie mam nic do roboty?! No wie pan co, Andrzeju Igorowiczu! To nie moja wina, że zachowuje się pan jak… jak ostatni matoł!

— Jeszcze jedno słowo, Kogutowa, a pożegnam się z panią raz na zawsze, niech pani to sobie zapamięta!

— Nie jestem żadna Kogutowa, tylko Kogucik! I nie może mnie pan zwolnić bez zgody Matwieja Iwanowicza. Mam to zapisane w kontrakcie!

— Kontrakt też można przepisać!

— Niech pan tylko spróbuje! Nie jest pan tutaj jeszcze dyrektorem, tylko pełniącym obowiązki!

— W takim razie pani nie zwolnię, tylko ześlę!

— Ciekawe dokąd? Ja nie mogę wyjeżdżać!

— Choćby diabłu na rogi, byle mi pani nie działała na nerwy! Marsz stąd do recepcji i za dwie minuty ma mi pani zrobić kawę — mocną! I niech pani tylko spróbuje odsączyć tam swój jad! U, kobra! Zdegraduję panią do personelu technicznego! Na to akurat mnie stać!

— C-co? Na co pan sobie p-pozwala?

— Na razie jeszcze na nic!

— Ode… odezwał się pyton!

— Wynocha, powiedziałem!”

No tak, dokładnie tak mnie wyrzucił — błękitnooki gad!

I po co mi to wszystko — przejmować się nim? Mam go gdzieś! Wlazłabym na najwyższą drabinę w biurze i taaak kichnęła z uczuciem i pianą oburzenia, jak wielbłąd śliną. Żeby Woronow umył się swoją pewnością siebie od stóp do głów! Wierzcie mi, ani trochę bym nie żałowała!..

Nie żałowałabym… gdyby nie wdzięczność i zwykła ludzka sympatia do jego dziadka. To jemu zawdzięczałam wszystko! No nie mogłam po dobroci tego człowieka po prostu odwrócić się od jego wnuka, nawet jeśli był chamem. Tym bardziej kiedy życie tego ostatniego zawisło na włosku...

Ech, Matwiej Iwanowicz, dusza człowiek! Trzy lata znajomości, a tyle dobrych wspomnień i wdzięczności! Gdybym teraz znalazła się obok niego, koniecznie zapytałabym szefa: jak to tak, nasz drogi? Na kogo zamierza pan zostawić ukochany zespół?

Przecież w moim życiu wszystko dopiero zaczęło się układać, kiedy przyjął do pracy niezdarną stażystkę… A tu masz, nagle udar i śpiączka.

A pamiętam, kiedy po raz pierwszy pojawiłam się w głównym biurze „Sezamu” — osoba nikomu nieznana — ile plotek o nas zaczęło krążyć, uch, nie sposób zliczyć! Kobiet w wieżowcu korporacji pracowało aż nadto (dział planowania, księgowość, projektanci, inżynierowie), a tu nowa sekretarka u dyrektora — o kimże innym mieliby gadać? I to nie u byle jakiego dyrektora, tylko u bogatego wdowca!

Co z tego, że siedemdziesiąt cztery lata — to przecież najlepszy moment, żeby zacząć trzecią młodość! Czyżby przypadkiem miał rudą sekretarkę, a więc bezwstydną i bezczelną? Taka daleko zajdzie!

A ja co? Milczałam — Matwiej Iwanowicz poprosił. „Nie warto drażnić gniazda os, Dario, uwierz staremu. Poplotkują i się uspokoją. Najważniejsze, żebyś patrzyła, uczyła się tutaj, co i jak. Bystrą jesteś dziewczyną, poradzisz sobie. Nie ma sensu zwracać uwagi na takie głupoty!”

Rozdział 1 / 31 · Strona 1 z 3