Rozdział 1
I zgadzałam się z nim. Nie ma sensu. Zwłaszcza że roboty miałam tyle co Everest!
Ale nawet gdyby szef mnie o to nie poprosił, sama też nie zamierzałam nikomu opowiadać, jak poznaliśmy się z Matwiejem Iwanowiczem — nie lubię za dużo gadać. Jak pewnego razu temu bogatemu wdowcowi — dość drobnemu facecikowi z wyglądu, jeśli już mam być szczera — zrobiło się niedobrze podczas porannego joggingu w parku i bokiem, bokiem… zwalił się jak kłoda w najbliższe krzaki. Przeleżał tam ponad godzinę w październikowej wilgoci i kto wie, kiedy by się ocknął, gdybym tego ranka nie przebiegała obok starego parku z dziećmi, skracając sobie drogę do przedszkola.
Oczywiście spóźniając się i łącząc sport ze spacerem, a jak myśleliście!
— Maaam, patrz, tam jakiś facet leży!
— Stiopka, co to za gadanie? Trzeba mówić „mężczyzna”. Gdzie?
— Tam, patrz! A co on tam robi? I czemu jest boso?
Co tam robi, sądząc po pustej butelce po tanim alkoholu, leżącej z boku — kilka metrów dalej przy koszu — nietrudno było zgadnąć. Tylko że leżał jakoś stanowczo zbyt niewygodnie — nosem w krzakach, z nogami uniesionymi do góry, bez butów i bez skarpet, w samych majtkach. I w tej pozycji znajdował się już dość długo, sądząc po tym, że wokół było pusto, a nieznajomego zdążono już rozebrać i rozzuć — najpewniej koledzy od kieliszka.
Zatrzymałam się i obejrzałam. Podeszłam bliżej. Zaczął kropić drobny jesienny deszczyk — taki, co przenika do kości, ale człowiek nie zamierzał dawać oznak życia i nie zareagował na moje zbliżenie.
— Hej, proszę pana?.. Hej, słyszy mnie pan?!
— Mamo, a on jest bandytą, tak? — nie odpuszczał Stiopka. W tamtym czasie uwielbiał wszelkiej maści rozbójników. — A mogę go też poszturchać patykiem, tak jak ty?
— Nie!
— Mamo, no to niesprawiedliwe! Ja też chcę!
— A ja cem piosenkę! — pociągnęła nosem mała Soneczka, przyciskając do siebie parasolkę. — Maaam!
— Dzieci, no poczekajcie! Nie widzicie, że wujek źle się czuje. I w ogóle, Stiop, lepiej potrzymaj Soneczkę i odejdźcie, ja sama spróbuję go obudzić. I nie plączcie mi się pod nogami! Żebyśmy tylko nie musieli teraz wzywać karetki!
O karetce Stiopce się spodobało i natychmiast obrócił się na piętach — mało czapka nie zleciała z rudej czupryny.
— Ale super! Serio, mamo? Z sygnałem?!
Obok przebiegł wąsaty sportowiec o ważnej minie i oznajmił:
— Dziewczyno, niech pani da spokój z tym alkoholikiem! Widzi pani, jaki ma siny pysk! Takich zdechlaków codziennie leży po krzakach jak grzybów po deszczu!
No nie wiem. Co do tego ostatniego nie byłam pewna. W końcu park był publiczny i od czasu do czasu ochrona powinna obchodzić teren. Ale nie zdążyłam zaprotestować. Bo wszechobecny Stiopka, kiedy odwróciłam uwagę na sportowca, mimo wszystko chwycił kawał długiego korzenia, skoczył naprzód i dźgnął nim biedaka w tyłek. I to tak odczuwalnie, że aż jęknęłam, a typ w krzakach stęknął, odzyskał przytomność i poprosił — cicho i żałośnie:
— Pomocy!
— J-już! Sio, Stiopka! Ależ z ciebie wiercipięta!.. Hej, proszę pana! Niech pan poda rękę. Spróbuję pana wyciągnąć!
Nie udało się wyciągnąć nieznajomego od razu, ale jednak zdołałam przedrzeć się w krzaki i postawić go na nogi. Odciągnęłam go za łokieć dalej.
— Dziewczyno, a dlaczego ja jestem rozebrany? — zdziwił się, kiedy zmęczył się już stękaniem i z zaskoczeniem obejrzał samego siebie. Podniósł na mnie wzrok.
— Trzeba mniej pić, proszę pana! — nie zdołałam powstrzymać wyrzutu w głosie, strząsając z włosów opadłe liście. — W pana wieku!
Facecik wyglądał na jakieś siedemdziesiąt lat — mokry i pognieciony. A posiniałą i podrapaną gębą był naprawdę podobny do mojego sąsiada alkoholika, wujka Sławka. Tyle że nie pachniało od niego alkoholem i w jasnych oczach miał coś… naiwnego, chyba. Trzeźwego i zdumionego. Jakby życie właśnie niesprawiedliwie go skrzywdziło.
Przytrzymując rękę na sercu, roztargnionym ruchem przesunął dłonią po czole i poklepał się po pustych kieszeniach. A dokładniej po tym miejscu na majtkach, gdzie powinny się znajdować.
— Zimno. I telefonu nie ma. Niczego nie ma — poskarżył się nagle — nawet kluczy!
Wzruszyłam tylko ramionami i westchnęłam — a co ja mam z tym wspólnego? Ale spojrzawszy na bose stopy „alkoholika” stojące w płytkiej kałuży i blade, chude kolana, sięgnęłam do torby. Znalazłam w niej gazetę z ogłoszeniami o sprzedaży mieszkań, rozłożyłam ją na ławce i posadziłam facecika na wierzchu — jednak lepiej tak niż dreptać po asfalcie. Wyjęłam z kieszeni telefon i zaproponowałam:
— Dobrze, mogę zadzwonić, proszę powiedzieć do kogo. Tylko szybko, bo spóźniamy się do przedszkola!
Nieznajomy zgodził się i kiwnął głową. Poprosił słabym głosem:
— Do Rusłana!.. Nie! Lepiej do Sierioży, mojego kierowcy — powinien już być w garażu. Chociaż… — nagle się zachmurzył i machnął ręką — nic z tego nie będzie.
— Dlaczego?
— Nie pamiętam numeru telefonu. Ani jego, ani mojego zastępcy. Co się dziwisz, d-d-dziewczyno? — wyszczękał zębami zrzędliwie w odpowiedzi na moje krzywe spojrzenie. — W moim życiu nie brakuje ważniejszych informacji, u-u-uwierz mi! Żeby takimi głupstwami z-zapchać sobie głowę!
Aha, jasne. Już uwierzyłam! Ale postarałam się zachować poważny wyraz twarzy.
Nie wiem, co facecik tu pił z kolegami, ale najwyraźniej coś halucynogennego. Albo może to od zimna dopadło go lekkie majaczenie?
Usiadłam bokiem na ławce, rozchyliłam torbę na kolanach i znalazłam na dnie portfel. Otworzyłam go, wyjęłam banknot i wcisnęłam nieznajomemu do ręki.
— Proszę, niech pan weźmie. Więcej nie mogę, naprawdę. Wynajmuję mieszkanie, liczy się każdy grosz. A tych pieniędzy starczy panu i na autobus, i na bułkę z kawą — przy przystanku jest kiosk. A ja muszę się spieszyć… Dzieci czekają, rozumie pan?
— Rozumiem.
Ale pieniędzy mężczyzna nie wziął i odepchnął moją rękę. Westchnął, rozejrzał się… i podniósł z ławki, znów stając bosymi piętami w kałuży. Powędrował od nas alejką ku wyjściu z parku, nawet nie zauważywszy, że do jego majtek przykleiła się gazeta.
Soneczka ze zdumienia otworzyła buzię, a Stiopka parsknął śmiechem. Musiałam dać synowi lekkiego kuksańca w czapkę i, jęknąwszy w duchu, wziąć dzieci za ręce i ruszyć za facecikiem.
No nie, dlaczego ja?! Jak się zaczęło w dzieciństwie, tak trwa do dziś! Kto zdejmie kota z drzewa? Daszka! Kto obleci pół miasta w poszukiwaniu psa sąsiadów? Znowu ja! No dlaczego to właśnie ja, a nie wąsaty sportowiec, musiałam się zatrzymać i poszturchać facecika patykiem? Czy ja naprawdę muszę wszystkim się przejmować?
A teraz i do przedszkola się spóźniliśmy, i w pracy trzeba będzie wziąć wolne, a ja i tak trzymam się w agencji nieruchomości na słowo honoru, bez meldunku! Ale mężczyzny zostawić nie mogłam — nagle jakieś obce przeczucie podpowiedziało mi, że wcale nie jest alkoholikiem. Po prostu starszym człowiekiem, któremu dzisiaj przydarzyło się coś nadzwyczajnego. I jeśli teraz mu nie pomogę, może wydarzyć się coś już całkiem nieodwracalnego!