Rozdział 5
— Mam, tak. Ale proszę poczekać… — podreptałam za Łeszenką. — Zdawałam jazdę jeszcze w ostatniej klasie szkoły! Nie, jeździłam oczywiście parę razy… Ale z instruktorem i sto lat temu! Nie mogę! — pewnie pokręciłam głową.
— Może pani!
— A gdyby wezwać karetkę? Przecież jest szybka? Telefon, fiu, tam i z powrotem… i on w szpitalu. Co?
— Nie zdążymy!.. I proszę zabrać z drogi swoją torebkę! Szybko! Została minuta!
Pobiegłam po torebkę, podniosłam teczkę, wróciłam i, biorąc się w garść, wsiadłam za kierownicę.
— Wszystko będzie dobrze! Proszę się nie martwić, obywatelko — uspokoił mnie policjant — będę pilnował!
Ha! Ciekawe jak? Ale nie pytałam, ręce trzęsły mi się tak, że wczepiwszy się w kierownicę martwym chwytem, nie słyszałam nawet własnego serca.
— Tu jest zapłon, tu automatyczna skrzynia, hamulec i gaz. Pieniądze w schowku. Kiedy odda pani go do szpitala, w żadnym razie nie podawać nazwiska!
— Dlaczego?
— Bo znajdą bezbronnego i wtedy koniec! — Łeszenko wytrzeszczył oczy i przejechał palcem po gardle. — Mówię przecież, zabójca idzie tropem!
— A-a… jasne!
— Powie pani, że to pani mąż! Szedł z pracy, poślizgnął się, upadł, stracił przytomność. Pani nie było obok. Kiedy go pani znalazła, dokumenty zniknęły…
— Co?! — to oburzyłam się z powodu męża. No i trochę z powodu kłamstwa. Mimo wszystko było mi wstyd i bardzo nieswojo z powodu tego, co się stało.
— To! Czy chce pani, żeby zwyciężył Kuprijanow z Ludożerką? — facecik nawet nie mrugnął. — No to proszę zostawić Andrzeja i iść do domu. Spać spokojnie…
— Nie!
— No to wieźć!
— A co mu powiem, kiedy odzyska przytomność? Kiedy wszystko sobie przypomni?
— Prawdę, oczywiście. Opowie pani wszystko tak, jak było. A teraz proszę jechać, pora! Jeszcze się z panią skontaktuję!
No i pojechałam. Trochę zabuksowałam, wjechałam na krawężnik, zjechałam… Dobrze, że parking był pusty — jakoś zawróciłam czarnym potworem i, ojkając ze strachu, pognałam w noc. Przejeżdżając drogą obok rozbitego samochodu Neleczki, schyliłam głowę i usunęłam volvo z drogi potężnym zderzakiem.
A-a-a! Gdzie tu hamulec? Ależ to ma siłę!
Na maskę nagle wskoczył czarny kot. Błysnąwszy żółtym okiem, mrugnął do mnie (ledwie utrzymałam kierownicę) i zniknął.
Tfu! Też mi się przywidziało!
Kiedy wiozłam Woronowa do szpitala, spocona z napięcia i przypominając sobie znaki drogowe, pomyślałam: a skąd Łeszenko wie, jak nazywam sobie w myślach Przygożewą? Czyżbym sama się wygadała i nie zauważyła?
I uznałam, że pewnie właśnie tak.
Dziękujemy, że wybierasz Sovaboo i cenisz uczciwą twórczość!
Tworzymy tę przestrzeń z miłością do książek i szacunkiem dla autorów. Twoje wsparcie pozwala autorom dalej pisać i tworzyć dla Ciebie nowe historie.
Aby kontynuować czytanie, możesz kupić dostęp online do wszystkich rozdziałów książki.
* VAT jest wliczony w wyświetloną cenę.