Rozdział 1
Matthew
Czasem wydaje mi się, że ją pamiętam. W głowie mam mętny, niewyraźny obraz, a jednak.
A czasem, że sam sobie te wspomnienia namalowałem. Nauczyłem się je malować jeszcze w dzieciństwie, kiedy tak bardzo chciałem wypełnić pustkę po matczynej obecności czymkolwiek — choćby wymyślonym obrazem młodej i dobrej kobiety.
Miała bujne kasztanowe włosy i smukłe dłonie, na których nigdy nie było obrączki. Kiedy się urodziłem, Lucas dopiero skończył trzy lata, a Christian — sześć, ich matka nie była jeszcze rozwiedziona z naszym ojcem i od czasu do czasu pojawiała się w domu, więc moi bracia też słabo zapamiętali Jocelyn. Ale nawet oni potrafili powiedzieć mi o wiele więcej niż ojciec.
Jocelyn Smith. Łatwiej było znaleźć igłę w stogu siana niż odnaleźć ją. Po moich narodzinach mieszkała w domu Palmerów mniej niż rok, zanim odeszła. A kiedy to się stało, Chris zaklinał się, że miała wtedy najwyżej dziewiętnaście lat i że z ojcem ciągle się kłócili.
Później wszystko, czego udało mi się dowiedzieć od ojca o matce, sprowadzało się do tego, że poderwał ją przy jakimś motelu, kiedy zostawił ją tam chłopak o imieniu Kurt, z którym przez poprzednie dwa miesiące jeździła po kraju, uciekłszy od surowych rodziców. I że uwierzenie jej oraz przygarnięcie przebiegłej żmii było jego największym błędem.
Kiedy byłem mały, nie mogłem zrozumieć, dlaczego matka nie zabrała mnie ze sobą. Nie ukradła równie zręcznie jak portfela ojca z jego kieszeni, razem z całą gotówką, jaką miała rodzina. Wyrastałem w tym domu, dorastałem obok braci, ale przez długi czas nie czułem się w rodzinie swój. Wieczorami nadal czekałem na nią przy oknie i wierzyłem, że pewnego dnia pojawi się dobra kobieta o kasztanowych włosach i zabierze mnie do domu, w którym dzieciom na dobranoc opowiada się bajki, ciepło je przytula i karmi ciastkami.
Przecież była pierwszą osobą, która wypowiedziała moje imię — Matthew. Nie mogła mnie nie kochać!
Wszystko wyjaśnił ojciec po kolejnej bójce mojej i Lucasa. Myślę, że do tego czasu zdążyłem już porządnie zaleźć im obu za skórę swoim czekaniem. Po prostu złapał mnie za ucho, przeciągnął przez pół domu i postawił przed lustrem.
A właściwie mocno wcisnął mnie w nie nosem, zmuszając, żebym przyjrzał się swojemu odbiciu:
— Bo urodziłeś się Palmerem, ty pieprzony, niewdzięczny gnojku! Popatrz na siebie — komu ty jesteś potrzebny?! I lepiej przestań się mazać, Matt. Nie przestaniesz — przysięgam, że sam przeoram ci tyłek pasem! Zachciało ci się tych książeczek, nie chcę słyszeć o podobnym gównie! Marzenia i bajki wymyślili bogacze, żeby karmić bajeczkami takich idiotów jak ty, a potem całe życie wodzić ich za nos. Ale ja nie pozwolę cię zrobić w konia! Jesteś taki sam jak my i kiedyś to zrozumiesz!
Tak, taki sam. A Lucas i Chris postarali się, żebym porządnie to sobie wbił do głowy — lubili uczyć mnie życia, dopóki sam nie nauczyłem się oddawać i pokazywać zębów. I stopniowo przestałem wierzyć i czekać.
Tak, urodziłem się Palmerem i nie mogłem mieć innej przyszłości niż ta, którą niósł w sobie kod mojej krwi. Czasem próbowałem nawet czerpać frajdę z niebezpieczeństwa, które mnie otaczało. Ale mijały dni i tygodnie, i nagle po szarej, beznadziejnej teraźniejszości przychodził poranek, w którym budziłem się innym człowiekiem. Z pustką w piersi i myślami, których nie powinno być w mojej głowie.
Nie lubiłem takich dni. Łamały mnie mocniej niż Urwisko i wyżerały duszę kiełkami głupiej nadziei, zmuszając, żebym widział świat inaczej. Żebym miał nadzieję, że wciąż da się wszystko zmienić. Że jeszcze nie jest za późno.
Co zmienić? Moją przyszłość czy moją przeszłość? Moją rodzinę, której każdego członka policja znała z twarzy? Śmiesznie było myśleć, że pozwoliliby mi stać się kimś innym tam, gdzie każdy, kiedy dorastałem, powtarzał: „Siedź cicho, Matthew, jesteś jednym z nas! I lepiej zapomnij o tym, co widziałeś! Jutro przyjedzie furgonetka z Raleigh, przygotuj garaż, czeka nas bezsenna noc…”, „Milcz, Matt! Nawet jeśli gliny gołymi rękami będą ci wykręcać jaja, lepiej wepchnij sobie język do gardła i połknij, inaczej sam wyrwę ci go z korzeniem! Jesteś Palmerem, a my nigdy nie paplamy za dużo, jeśli nie chcemy kłopotów…”
Każda z takich nocy, kiedy mój ojciec i bracia malowali albo rozbierali kradzioną brykę czy motocykl, lepiej niż lodowaty prysznic sprowadzała mnie na ziemię. Ta rzeczywistość nauczyła mnie obchodzić się ze sprzętem wcześniej, niż zacząłem rozumieć, po co mi to potrzebne. Nauczyła mnie też wyczuwać obecność glin, zanim jeszcze ich policyjne buicki hamowały przed naszym progiem, radio zaczynało trzeszczeć i rozlegało się ciężkie pukanie do drzwi.
W takich sekundach nie istniała ani szansa, ani przyszłość, tylko głos świadomości szeptał mi w potylicę, sprawiając, że skóra pokrywała się lepkim potem: „Stary, no to koniec. Jesteś po uszy w gównie!”.
Po takich nocach wiedziałem, że nadzieja nie jest nic warta. Ojciec miał rację, urodziłem się pojętnym dzieciakiem i dobrze przyswoiłem lekcje dzieciństwa. Więc każdy podobny dzień, w którym budziłem się kimś innym, zawsze kończył się dla mnie tak samo — metalicznym smakiem krwi w ustach i świadomością, kim jestem.
Szkoła, oto co na razie powstrzymywało ojca przed poznaniem mnie z właściwymi ludźmi, którzy potrzebowali takich jak my. Niespodziewanie okazało się, że władze miasta mają do mnie większe prawa niż on. A jeszcze mój upór i gra w drużynie „Złotych Orłów”, na którą, mówiąc szczerze, zawsze miał gdzieś.
Zapijając się w swoim garażu i pozwalając mi wykonywać robotę za siebie, Mario Palmer nadal wierzył, że jego młodszy syn jest dość sprytny, żeby nigdy nie wpaść tak głupio jak Chris. Zabraniając mi marzyć, sam w to wierzył, podczas gdy jego drugi syn, Lucas, już chodził po krawędzi.
Nie, Ashley Wilson nie miała i nie mogła mieć z moim życiem nic wspólnego. Dobrze to rozumiałem. Każde z nas żyło w swoim świecie z jego prawami, przestrzegało własnych zasad, i te światy nie powinny były się przeciąć. Ani na starym parkingu, ani na dawno zapomnianym letnim jarmarku. Ojciec mógł wierzyć, w co tylko chciał, ale i bez niego wiedziałem, że po Lucasie przyjdzie moja kolej.
Nie powinny, ale przecięły się przez przypadek. I gdyby wszystko skończyło się noclegiem w łóżku Wilson, oprzytomniałbym. Zmusiłbym się, żeby oprzytomnieć, przypomniawszy sobie, czyją jest córką. Ale nasze spotkanie na Urwisku znów zderzyło nasze światy i przekreśliło wszystkie zasady.
Nie mogłem zapomnieć Ashley. Ani jej głosu, ani odważnego dotknięcia jej ust do moich, ani słów, które trafiły mnie prosto w trzewia: „Ty… zabijasz mnie, Palmer!”. Ani tego, jak mocno biło jej serce pod moją dłonią, kiedy całowałem ją, przyciskając do siebie. Wcale nie ze strachu przed obcym miejscem czy przede mną, tylko dlatego, że oboje czuliśmy.
Wtedy uderzyły mnie jej szczerość i odwaga. Tak, pragnąłem jej, i to nie było nic nowego, choć tamtego wieczoru z Gabrielle niespodziewanie okazałem się bardziej szczery niż wobec siebie. Ale nie spodziewałem się, że kiedy wypuszczę Ashley z rąk… nie zdołam już wypuścić jej z myśli.