Rozdział 1
Nie wtedy, gdy poznałem smak jej delikatnych ust i zapamiętałem pieszczotę jej palców na swojej szyi. Mogłem choćby tysiąc razy kazać sobie trzymać się z daleka i nie zauważać rudej dziewczyny Wilson, ale wystarczyło zobaczyć ją choć z oddali, a wszystkie zakazy znikały, spojrzenie zaś lgnęło do niej. Do radosnej miss Uśmiech, która bez ceregieli przyszła do mojego domu i namalowała w swojej wyobraźni moją przyszłość, jakby była realna — wystarczyło tylko na nią poczekać. Do smukłej dziewczyny, której imieniem mogłaby być Radość.
Podobało mi się w niej wszystko — głos, śmiech, uśmiech. Szara, kusząca głębia mądrych oczu i uczciwość, z jaką na mnie patrzyły. Jakby Ashley widziała mnie innym.
Zmęczyłem się oporem. Nikt nie potrafi odmówić sobie tego, co czyni go choć trochę szczęśliwszym. A ja na pewno nie byłem najsilniejszy ze wszystkich. Do szału doprowadzało mnie każde spojrzenie Rentona rzucone na Ash i żarty jego durnych kumpli pod adresem jego byłej dziewczyny fotografki, której rudy kucyk migał na boisku podczas naszych meczów i treningów.
Nie wiem, czy rozumieli, że Rentonowi też jej brakowało. Wątpię. Ale ja rozumiałem. Nie dało się powstrzymać, więc po prostu zwalałem go z nóg, zmuszając, żeby pocił się za każdym razem, kiedy zauważałem, że gapi się na Wilson.
Pewnego razu zeszłej wiosny od jego sprośnych zwierzeń na jej temat pociemniało mi w oczach. Teraz zaś nie chciałem, żeby śmiał nawet o niej myśleć!
Może i byłem jednym z cholernych Palmerów z adnotacją „niebezpieczny dla społeczeństwa” w aktach, ale przynajmniej nie gadałem w szatni pełnej napalonych chłopaków o tym, z kim sypiam i jak. W nadziei, że doda mi to punktów jako przyszłemu kapitanowi drużyny.
Cóż, dzięki naszej bójce z Rentonem to on nim został. Szkoda tylko, że mnie od niego odciągnęli, inaczej nie stałoby się to tak szybko. Ale na długo starłem z jego twarzy zadowolony uśmieszek. Tylko niepewny siebie idiota mógł uznać, że wtedy puściły mi nerwy przez miejsce kapitana „Złotych Orłów”. A tym bardziej, że będę tego żałował. Gówno mnie to obchodzi!
I tylko taka glista jak Renton mogła zamienić dziewczynę, która mu się podobała, na pustą Kate Harding, opętaną własną popularnością.
Minęły zaledwie dwa miesiące, a on znów gapi się na Ashley, i tym razem złościło mnie to o wiele bardziej. Nadal rozumiałem, że ze związku porządnej dziewczyny ze mną nic nie wyjdzie, ale Rentonowi też nie mogłem już pozwolić się nią bawić.
Nikomu! Ani Hartowi, ani Collinsowi, ani…
Cholera! Po co szukać daleko. Sam też mogłem złamać jej serce.
Ale dzisiaj w klubie nie widziałem nikogo poza nią. I nieważne, ile osób nas dzieliło, moje spojrzenie raz po raz odnajdywało Ashley. Jej włosy i twarz. Podniecało mnie nawet brzmienie jej imienia, a co dopiero śmiech pięknej, szarookiej dziewczyny, która nagle wydoroślała w kuszącym stroju wampirzycy, podkreślającym jej wąską talię i zaokrąglone piersi.
„…Powiedz, Matthew, co trzeba zrobić, żebyś się uśmiechał? Żebyś nie zwracał uwagi na rodziców Brody’ego i na słowa swojego ojca?
— Nie będziesz chciała tego wiedzieć. A potem nie będziesz chciała znać mnie. W końcu to ty jesteś naszą miss Uśmiech…”
Dzisiaj nie byłem już pewien, czego nie jestem gotów jej powiedzieć. Wczorajszy mecz dodał mi skrzydeł, a radość, z jaką Ashley patrzyła na mnie po naszym zwycięstwie, pozwoliła uwierzyć w niemożliwe.
Nie musi robić nic, żebym czuł się szczęśliwy. Po prostu być obok.
Tak, wiem, chcę zbyt wiele, ale moje serce też waliło i nie chciało niczego słuchać.
— Ja pierdolę, Matt!.. Co to było? Przed chwilą?.. Stary, ty naprawdę tańczyłeś?!.. Nie, nie tak… Ty tańczyłeś z Ashley Wilson?! To gorąca laska, nie przeczę, ale… Matt, ona jest córką gliny! Odbiło ci? Czy to jakiś cholerny plan? Z jakiej paki nagle obcałowywałeś ją przy wszystkich?!
Stoimy z Salgato na parkingu przy klubie „Gorączka”, obok naszych motocykli, i wkładamy kurtki, podczas gdy młodzież wokół rozjeżdża się do domów.
— Odwal się, Ronnie! I mniej pytań, nie jestem teraz gotów gadać z tobą o Ashley.
— O… Ashley?! Nic nie rozumiem. Postanowiłeś dopiec Rentonowi? Przecież kręciła z nim w zeszłym roku. Lepiej byłoby odbić mu Harding. Albo co tu, do cholery, się dzieje? Przecież byliśmy z innymi dziewczynami!
— Ty z nimi byłeś, nie ja.
— Ale jestem twoim najlepszym przyjacielem, Matt! I co mam myśleć? Najpierw spławiasz Gabi, potem Leslie… Wszystkim naszym opadły szczęki, kiedy wyprowadziłeś Wilson na parkiet. Przecież prawie ją tam przeleciałeś! Nie pamiętam, żebyś tak świrował na Urwisku.
Zdejmuję motocykl ze stopki i siadam na nim, naciągając na głowę kask.
— Poczekaj, Matt! — Salgato łapie mnie za ramię, zaglądając mi w twarz. — Czyli jednak sprytny plan, zgadłem?
— Nie wysilaj mózgu, Ronnie. Nie! I odwal się, powiedziałem!
Ale Ronnie to upierdliwy skurwiel i tak łatwo się nie poddaje.
— Czyli po prostu jej chcesz?! — nagle uśmiecha się z niedowierzaniem. — Dziewczyny z problemami? I mam w to uwierzyć?!
Muszę złapać go za klapę kurtki i mocno ścisnąć ją w pięści, przez sekundę zastanawiając się, co poświęcić na odpowiedź — siłę czy słowa.
Tylko dlatego, że jest moim przyjacielem, brutalnie go odpycham, zapinam kask i odpalam silnik.
— Chcę, tak! Chcę Ashley Wilson! I gówno mnie obchodzi, co o tym myślisz!
Do diabła! Mam dość tłumaczenia! Nikomu nic nie jestem winien — a już na pewno obnażania duszy. Kto mi wierzy, a kto nie — to ostatnie, co mnie obchodzi. A problemy…
Nie mogę o nich myśleć. Nie dzisiaj i nie teraz.
Ashley wsiada z dziewczynami do samochodu i ogląda się. Odnajduje mnie spojrzeniem. Na sekundę unosi kąciki ust, odgarniając włosy z policzka… i ruszam z miejsca dokładnie w chwili, kiedy ich samochód odjeżdża spod klubu.
Nie okłamałem Ronniego. Za bardzo jej pragnę, żeby nie zwariować od własnych myśli. Ale nie chodzi o samo pożądanie, inaczej wszystko byłoby o wiele prostsze. To niebezpieczne gry, wiem, ale czasem granice się rozpadają, a zakazy znikają, bo nie możesz inaczej. A ja nie mogę.
Jej skóra jest gładka i słodka w smaku — zapamiętałem to jeszcze z Urwiska i dzisiaj pozwoliłem sobie na wiele, żeby znów poczuć tę słodycz. Ashley Wilson jest moim osobistym narkotykiem i nie chcę myśleć o tym, co będzie jutro. I tak wszystko jedno, co będzie!
Jadę za jej samochodem aż do domku Hardingów i odjeżdżam dopiero wtedy, kiedy Ashley znika za drzwiami, ponaglana wesołymi okrzykami przyjaciółek.
Oczywiście widzą mnie i, przemykając obok, trąbię na nie i uśmiecham się jak idiota, dopiero teraz pozwalając sobie nabrać prędkości.
Świetne Halloween! Tylko jak teraz zasnąć?
W domu, w salonie, gra telewizor, przed którym rozwalony śpi ojciec. Wchodzę do pokoju i wyłączam plazmę. Narzucam na ojca koc, zbieram spod kanapy kilka pustych puszek po piwie i dopiero wtedy idę pod prysznic, uznając, że później pójdę do siebie. Teraz chcę zmyć z siebie żar imprezy i choć trochę ostudzić to, co nadal gotuje się we krwi, a czego nie zdołał ostudzić nocny wiatr.
Zdejmuję ubranie i staję pod prysznicem. Spieniając żel na włosach, zamykam oczy i wspominam Ashley — zdziwienie i zagubienie na jej twarzy, kiedy podszedłem do niej i wziąłem ją za rękę. Kiedy położyłem dłonie na jej biodrach, przyciągając ją do siebie.