Rozdział 2
— Ashley… pachniesz ciepłym bursztynem i słońcem. Morską solą i czerwonymi jabłkami. Bardzo dojrzałymi i soczystymi. Aż chce się ciebie… zjeść!
Nie wiem, co odpowiedzieć. Chyba nie potrafię powiedzieć ani słowa, a Matthew prosi:
— Ash, zatrzymaj mnie.
Oceaniczna bryza nigdzie nie zniknęła i owiewa plecy Palmera listopadowym chłodem. Kładę rękę na nagim ramieniu chłopaka i gładzę je.
— Zmarzniesz, a ja tego nie chcę.
Głośno wciąga powietrze i przyciska do mnie czoło. Leżymy tak jakiś czas, nie czując ani chłodu, ani czasu, wciąż czując siebie nawzajem. Ale w końcu Matthew wstaje i podnosi mnie. Strzepuje piasek z mojego ubrania, naciągając ciepłą bluzę niżej.
— Zastygnij! — nagle prosi poważnie, odgarniając z mojej twarzy włosy rzucone przez wiatr na kości policzkowe.
— Co się stało?
— Nic. Masz wodę na rzęsach.
— Och, Matthew! — śmieję się, znów szeroko się uśmiechając. — Właśnie przypomniałeś mi, że jestem bez makijażu! Moje dziewczyny będą przerażone, jeśli się dowiedzą, że byłam na randce z półnagim chłopakiem i nawet się nie wystroiłam!
— Nie potrzebujesz go. Nie teraz… Ashley?
Nasze spojrzenia znów się spotykają i rozumiem, o czym mówi. Wiem, wystarczy, że podejdzie do mnie bliżej. Ale nie wiem, dlaczego ważne jest dla niego to wiedzieć.
— Wszystko dobrze, naprawdę! Tak dobrze, że znów chce mi się cię pocałować, ale dopiero kiedy się ubierzesz. Może i jesteś mister Doskonałość, ale jeśli dostaniesz kataru, będzie to, hm, problematyczne!
Śmieje się głośno i szczerze i, oczywiście, przyciąga mnie do siebie. Odrywając od ziemi, całuje mnie w usta.
— Jaka szkoda, że pora odwieźć cię do domu, miss Uśmiech. W takim razie biegniemy z powrotem! — mocno chwyciwszy mnie za rękę, zrywa się z miejsca. — Nie chcę, żeby te tłuste mewy narobiły na moje dżinsy!