SOVABOO

W stronę świtu

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Rozdział 2/5 · Strona 2 z 327%

— Tutaj jest tak spokojnie, jakby inny świat nie istniał — mówię w końcu z zachwytem. — Jakie ono jest piękne… Urwisko!

— To miejsce psują ludzie. Kiedy to zrozumiałem, przestałem go nienawidzić. Ono jest inne, i chcę, żebyś to zobaczyła.

Matthew mówi, a jego oddech parzy mnie w skroń. Ramiona ogrzewa ciepło jego piersi i pod tym objęciem nie chcę się ruszać.

— Zmarzłaś?

— Nie. W taką noc nie da się zmarznąć.

— To po prostu patrz!

Tutaj nie ma czasu, zasad ani warunków. Tutaj nawet słowa znikają, tracąc wszelkie znaczenie. Jesteśmy teraz jakby sami na całym świecie, i kiedy usta Matthew dotykają moich włosów, a potem policzka… w brzuchu trzepocze mi coś prawdziwego, bardzo podobnego do szczęścia.

Stoję, patrzę na ocean i uśmiecham się do swojego uczucia, podczas gdy Matthew mnie całuje. Zdjął gumkę z mojego kucyka i rozsypał pasma pod palcami. I mogę stać tak bardzo długo, obserwując narodziny świtu, byle ta ostrożna pieszczota się nie kończyła. Byle czuć za plecami ciepło jego silnych ramion.

Kiedy krawędź słonecznej tarczy wyłania się zza horyzontu, gwałtownie rozdzielając ziemię i niebo, barwiąc fale złotym aksamitem, słyszę swoje imię:

— Ashley… Pokażę ci, jak można zobaczyć świt, tylko mi zaufaj. Dobrze? Nigdy cię nie skrzywdzę.

Od dźwięku jego głosu mam ciarki na całym ciele, a na obietnicę każda komórka odpowiada zaufaniem.

Oczywiście się zgadzam:

— Tak!

Nie próbuje zrobić na mnie wrażenia ani wyglądem, ani elokwencją, choć nie brakuje mu ani jednego, ani drugiego. Po prostu mnie obejmuje — czy mogę się nie zgodzić?

Matthew odwraca mnie twarzą do siebie, plecami do oceanu, i prosi, żebym zamknęła oczy. Prowadzi mnie do samej krawędzi — tak, że od bliskości przepaści zamiera oddech i zostaje tylko słyszeć wiatr, który uderzając o skałę, porusza moje ciężkie włosy. Zdejmując kurtkę, rzuca ją pod nogi i powoli opada ze mną na ziemię. Upewniwszy się, że jestem mu posłuszna, przerzuca nogę przez moje uda i przyciska je sobą do ziemi, zostawiając moje dłonie w swoich.

— Odchyl się do tyłu, Ashley. Nie bój się, trzymam cię. Śmiało!

I odchylam się. Na głębokim wdechu opuszczam ramiona nad przepaść, ze strachu szeroko otwierając oczy i nie powstrzymując lekkiego krzyku, który wyrywa mi się z piersi… I nieruchomieję w zachwycie, widząc przed sobą świt.

— Puść! — komenderuje Matthew, a ja puszczam jego palce, żeby szeroko rozłożyć ręce i poczuć wokół otchłań, która otworzyła się przed moim spojrzeniem.

Od jej piękna zapiera mi dech i zamiera serce. Od słońca, od barw świtu, od czystości powietrza i obecności człowieka, który dzieli to ze mną.

Jakbym leciała razem z Urwiskiem, a wiatr podrywa moje ogniste włosy i owiewa policzki czułym oddechem.

— Matthew, to najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu! — wołam radośnie do chłopaka. — Jak pięknie! Czy naprawdę całe niebo… jest przede mną?!

— Jest twoje, Ashley!

Chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. Teraz przepełnia mnie tyle emocji, że czuję się niewiarygodnie żywa. I ani trochę się nie boję. Wcale! A słońce… wznosi się nad nami coraz wyżej…

— Pora, Ash. Daj rękę!

Matthew łapie moje palce, mocno je obejmuje i podnosi nas. Przyciągnąwszy mnie do siebie za talię, odchodzi dalej od krawędzi i uśmiecha się szeroko, widząc moje oczy pełne zachwytu.

Teraz patrzę tylko na niego. A potem… sama wyciągam się ku niemu i sama całuję — on od razu przyciska mnie mocniej. Obejmując go za szyję, odnajduję usta Palmera, i długo stoimy tak dwa kroki od urwiska, całując się na Urwisku.

Nie ma tu nikogo, kto mógłby nam przeszkodzić. I nie ma czasu. Jesteśmy tylko my i nasze uczucia, a pocałunek wciąż się nie kończy…

Kiedy wreszcie odrywamy się od siebie, uśmiecham się do chłopaka i wyznaję:

— Matthew, ten świt jest zachwycający! I ty jesteś zachwycający, słyszysz? Chcę ci to powiedzieć, póki wystarcza mi odwagi. Nigdy nie zapomnę tego poranka! Tak się cieszę, że znam cię takiego!

— Ashley, mógłbym teraz skoczyć w dół, żeby po twoich słowach trochę ostudzić głowę.

— Zwariowałeś!

— Już stąd skakałem, i to nie raz, ale nie chcę zostawiać cię samej. Jedziemy, miss Uśmiech!

— Dokąd?

— Na dół. Do oceanu! Jeszcze nie jestem gotów cię wypuścić!

Wsiadamy na motocykl i odjeżdżamy z Urwiska. Zjeżdżamy na szeroki brzeg, na którym też jest pusto, nie licząc srebrzystobiałych mew, które zleciały się do przyboju, i nas.

Jest już dość jasno i widzę, że nie tylko mnie płoną policzki i oczy. W ciemnobursztynowych oczach Palmera topi się ogień, a ja z przyjemnością patrzę na chłopaka.

— O nie, Matthew! — wołam ze śmiechem, domyślając się, co zamierza zrobić, kiedy jego kurtka leci na piasek, a w spojrzeniu pojawia się determinacja.

— Tak. Potrzebuję tego, Ashley, inaczej stracę głowę i narobię głupot! Ale ani mi się waż gdziekolwiek znikać!

— Wariacie! Przecież woda jest zimna!

Z uśmiechem rozbiera się, nie krępując się mnie, zdejmuje T-shirt, buty i dżinsy, zostając w samych bokserkach. Cofając się plecami do oceanu, robi kilka kroków, potem odwraca się i biegnie — smukły i silny chłopak, o opalonej skórze i ciemnych włosach. Wzbijając nogami chmurę rozbryzgów, z rozpędu nurkuje w wodę, a ja wpatruję się w niego z dłońmi przyciśniętymi do policzków.

Teraz jest początek listopada, a ocean jest zimny. Czuć to w jego oddechu i w spienionym przyboju, który zlizał wszystkie wodorosty. Ale najwyraźniej nie dość zimny, żeby zatrzymać Matthew. I jeszcze przez jakiś czas znika w falach, zanim wraca.

Wychodzi na brzeg, rozcinając fale silnymi nogami, odgarnia ręką włosy z czoła i rusza ku mnie z głodnym uśmiechem na ustach.

— Zmarzłeś?

— Raczej ostygłem. Ale nie licz, że na długo!

— W takim razie myślę, że dobrze ci zrobi, jeśli się rozgrzejesz, mister Doskonałość. Goń mnie!

Zrywam się do biegu i pędzę wzdłuż brzegu ze wszystkich sił, płosząc mewy i zmuszając je, żeby stadkami z głośnym krzykiem wzlatywały w górę. Śmieję się, włosy rozwiewają mi się za plecami, ale oczywiście rywalizowanie szybkością z Palmerem jest głupotą, i wkrótce mnie dogania. Lekko łapiąc mnie za talię, podrzuca na ręce i kręci, aż śmiejąc się, zwalamy się na piasek. Upadam na plecy, a on na mnie, obejmując moje biodra rękami i wtulając twarz w pierś. Tak leżymy, wyśmiewając się i cichnąc.

Od biegu moja bluza podjechała w górę i brzuch odsłonił się wysoko. Matthew podnosi głowę i przenosi wzrok na moją skórę — od jego chłodu pokryła się gęsią skórką i teraz jest w drobnych kroplach wody. Ale mnie nie jest zimno, nadal jest mi gorąco, a kiedy usta chłopaka dotykają mojego brzucha, biorę urywany wdech i zamieram pod tym dotykiem — tak bardzo mnie unieruchamia. Jednocześnie zawstydza i podnieca.

Ale nie czuję wstydu. To zupełnie inne uczucie. To spotkanie z objawieniem innego rodzaju, a pocałunki Matthew sprawiają, że moja kobiecość ostro odpowiada na męską pieszczotę, a serce zaczyna bić szybciej.

Chłodne usta i gorący oddech. Milczymy, a ja pozwalam Matthew mnie poznawać. Zbierać językiem krople, zawiązując w moim brzuchu węzeł pragnienia. Przesuwa dłoń z mojego biodra na talię i niezbyt mocno zaciska palce na nagiej skórze, jakby bał się, że mogę uciec. Prowadzi rozchylonymi ustami po brzuchu, opuszcza głowę niżej, ostrożnie podnosząc palce pod pierś, ale jej nie dotykając.

Rozdział 2 / 5 · Strona 2 z 3