SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Rozdział 4/10 · Strona 2 z 333%

Dojechawszy do parku, zamierzałam skręcić do domu… ale niespodziewanie dla samej siebie zatrzymałam się, zobaczywszy u dołu parkowych schodów znajomy kawowy kiosk.

Nagle zapragnęłam jeszcze raz sprawdzić swoje szczęście.

I kawy zapragnęłam się napić – gorącej i gorzkiej jak uraza w duszy.

A jeszcze – naprawdę wypłakać się komuś na ramieniu. I żeby pogładzono mnie po głowie, i powiedziano te słowa, którym się wierzy.

Westchnęłam.

Ale przecież nie będę ryczeć na ramieniu Żeńki. U niej nie można. To ja jestem dla niej podporą w życiu. I matką, i ojcem, i…

W gardle nagle stanęła mi kolczasta gula i żeby nie pozwolić jej mnie udusić, wysiadłam z samochodu i trzasnęłam drzwiami. Wzięłam głęboki wdech, wpuszczając do płuc chłodzące powietrze nadchodzącej zimy.

Śnieg – pierwszy, lekki, ledwie widoczny – nadal padał, przelatując przed oczami białymi pajęczynkami. Nieważkie płatki śniegu opadały na ziemię i, spadając na policzki, topniały.

Zapięłam płaszcz, wsunęłam ręce do kieszeni i ruszyłam, kulejąc, do kawowego kiosku. Na fryzurę machnęłam ręką. Działanie lekarstwa słabło, kostka bolała coraz mocniej, ale trzy minuty od domu mogłam pozwolić sobie na słabość.

Do diabła! Mogłam sobie nawet pozwolić, żeby się tutaj wypłakać, jak kiedyś! Po prostu wszystko się zapomniało, a teraz nagle wróciło.

 
Przy znajomym kiosku stały dwie młodziutkie dziewczyny i flirtowały ze sprzedawcą. Albo odwrotnie. Chłopak wręczył im po kubku latte, a dziewczyny, śmiejąc się, umówiły się z nim na randkę w tym samym miejscu jutro. Po czym, zadowolone ze swojej odwagi, odfrunęły.

Ech, beztroska młodość. Pocałunki pod śniegiem, spojrzenia oko w oko i oczekiwanie cudu. Szkoda, że ja niczego podobnego nie miałam. I tak lekko flirtować z chłopakami nie potrafiłam. Tylko raz uśmiechnęłam się do chłopaka, który mi się spodobał… i zapamiętałam lekcję życia na zawsze.

— Dzień dobry! Co podać?.. Oj, to znowu pani? — ucieszył się sprzedawca, kiedy pojawiłam się przed jego okienkiem – ponura i rozczochrana. Uśmiechnął się szeroko, jakby zobaczył dobrą znajomą, a nie złą klientkę, która rano zepsuła mu humor. — Americano jak zawsze?

Spiełam się, oczekując podstępu.

— Jest pan pewien, że kawa wam się nie skończyła? — zapytałam podejrzliwie.

— Pewien. Zaraz po pani przywieźli podwójny zapas!

— I ekspres działa bez problemów?

— Jak zegarek! Sam nie wiem, co mu się rano stało. To co pani zrobić? Mogę herbatę, mogę kakao. Nawet colę podgrzać, jeśli pani chce!

Nie, on jednak jest dowcipnisiem.

— Potrójne espresso i hot doga — zdecydowanie wypuściłam powietrze, zanim zdążyłam się rozmyślić. — Tak, proszę mi dać hot doga!

— Szczęścia domieszać? — chłopak nadal się uśmiechał. — Bo jest pani dzisiaj bardzo smutna.

— Lepsza byłaby whisky, ale i tak jej nie masz…

Zapłaciłam, odebrałam zamówienie i odeszłam alejką do samotnej ławki. Usiadłszy na jej skraju, zaczęłam jeść hot doga.

Nie rozglądałam się, oddawałam się smutkowi i ponurym myślom, więc nie zauważyłam, kiedy obok mnie na ławce ktoś się pojawił…

Nie ktoś. Znana mi już staruszka-dozorczyni. A dokładniej menedżerka od cleaningu, wirtuozersko władająca miotłą.

Usiadłszy na drugim krańcu ławki i założywszy nogę na nogę, staruszka paliła, trzymając w jednej ręce papierosa w fifce, a drugą głaskała dużego czarnego kota. Tego samego, żółtookiego, który bezczelnie zwędził mi na tej alejce śniadanie.

Nagle wydało mi się, że kot do mnie mrugnął, i drgnęłam. Mało nie wyplułam kawałka parówki z ust!

Boże, też można zobaczyć diabelstwo w biały dzień!

Odwróciwszy się, mocno zacisnęłam powieki, przeganiając z oczu nieproszone łzy. Coś za bardzo się rozkleiłam.

W kubku zostawała jeszcze kawa, a w ręce – hot dog. Upiłam gorzkiego espresso i odgryzłam kawałek bułki. W tym parku każdy mógł siedzieć tam, gdzie chciał, i nie zamierzałam zmieniać tych zasad.

— Patrz no, siedzi i się zamartwia. Rozwlekła tęsknotę. A powinna się cieszyć, że z bagna upiorzycy się wydostała. Jeszcze roczek i wciągnęłoby tak, że nie dałoby się wyrwać!

Na ławce siedziałyśmy we dwie, więc pospiesznie przełknęłam kęs.

— T-to do mnie? — zainteresowałam się, zerkając na kobietę.

— Do kota.

— A-a…

Hm, ależ treściwa rozmowa. I najważniejsze, z jednego słowa wszystko jasne.

I choć odwróciłam wzrok, wrócić do smutnych myśli już się nie udało. Staruszka zaciągnęła się przez fifkę i wypuściła dym. Wyciągnęła w moją stronę kościaną papierośnicę.

— Chcesz? Sama skręcam. Zacny tytoń, cały głupi zamęt z głowy wywieje.

— Dziękuję, ale nie palę.

— I dobrze robisz. Zdrowy tryb życia dla dziewicy pożyteczniejszy, ja to samo wnuczce mówię. Te wszystkie nowomodne sztuczki: fitness, dieta, vipassana… Można i na głowie postać, jeśli krew od mózgu odpłynęła!

— Vipa… co? — znów zerknęłam na kobietę.

— No, taka medytacja jest, do samoafirmacji. Metoda oczyszczania umysłu. To, co ja ci miotłą poprawiłam.

— A-a…

Staruszka miała na sobie roboczy zimowy kombinezon i czapkę z daszkiem. Nie sprawiała wrażenia szalonej, ale ile można powiedzieć o człowieku po wyglądzie? Nawet nie próbowałam.

Posiedziałyśmy chwilę w ciszy. Dojadłam hot doga i dopiłam kawę. Staruszka jakby tylko na to czekała. Gdy pusty kubek wpadł do kosza, schowała fifkę z papierośnicą do kieszeni i przemówiła. I tym razem jej pytanie było skierowane do mnie:

— No i co, Angelina, jednak cię zwolnili?

Odwróciłam głowę i spojrzałam na kobietę. To było główne pytanie, przez które teraz tutaj siedziałam.

— Tak, zwolnili — odpowiedziałam niechętnie. — Tak jak pani rano przepowiedziała.

— No i czego się zasępiłaś? — ciągnęła sąsiadka nie bez współczucia. — Też mi nieszczęście. Znajdziesz nową pracę, jeszcze lepszą!

— Myślę.

Staruszka zmrużyła piwne oko.

— O czym? Chcesz wiedzieć, skąd się dowiedziałam o twoim zwolnieniu? Dlatego tu zajrzałaś?

Patrzcie, jaka domyślna „menedżerka”.

Kiwnęłam głową.

— Tak, chcę.

Dobrze, moje imię mogła usłyszeć, kiedy rano przedstawiałam się sierżantowi. Ale cała reszta wydarzyła się daleko poza parkiem. Skąd więc w ogóle mogła wiedzieć, co będzie?

Właśnie to nie dawało mi spokoju, kiedy zatrzymałam swoje „porsche” i weszłam do parku.

— To proste. — Kobieta nieokreślonego starszego wieku uniosła palec do góry. — Wrony wykraakały. Te diablice to takie plotkary, czego się od nich nie nasłuchasz…

Poczułam, jak drgnęły mi usta. Komuś życie się wali, a ta… pracownica cleaningu!.. siedzi i kpi!

— No wie pani! — zerwałam się z ławki, gniewnie błyskając oczami, żeby się nie rozpłakać. — Bardzo śmieszne, szanowna pani! Może pani sobie drwić. Dzisiaj taki dzień – boki zrywać! Zostało jeszcze wytatuować sobie na czole „Przegrywka” i można iść bawić ludzi!

Ech, na próżno w ogóle tu przyszłam!

Ale nie zdążyłam odejść. Jęknęłam, stając na chorej nodze, a staruszka znów się odezwała:

— Nie obrażaj się, Angelina. Czasem są ludziom potrzebne – takie dni. Gdybyś się dziś nie potknęła, dalej biegłabyś cudzą ścieżką po cudze szczęście. A tobie, można powiedzieć, dano możliwość rozejrzeć się dookoła. Znaleźć własne szczęście.

Patrzyłam na kobietę zdezorientowana.

— Nie rozumiem… pani mnie zna, tak? Czy zagaduje mi pani zęby?

— I jedno, i drugie.

— Czyli zna… Skąd?! — zażądałam odpowiedzi. — I proszę pamiętać, jeśli się pani nie przyzna, wezwę policję. To jest, szanowna pani, zbyt podejrzane!

Rozdział 4 / 10 · Strona 2 z 3