Rozdział 4
To było więcej niż podejrzane i zupełnie mi się nie podobało!
Zwłaszcza czarny kot damulki, który teraz siedział na ławce i bezczelnie mi się przyglądał, jakby uczestniczył w rozmowie.
— No dobrze — postanowiła poddać się staruszka. — Opowiem.
— Słucham uważnie!
I opowiedziała…
Okazało się, że pracownica parku dawno mnie zauważyła. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że mieszkałam obok i regularnie pojawiałam się w parku na bieganie. Dziwne było co innego: że ja wcześniej jej nie zauważałam.
Zresztą to też dało się wyjaśnić. Zwykle podczas biegów obmyślam plan zadań roboczych i słucham muzyki. Przywykłam patrzeć pod nogi, a nie na boki, możliwe więc, że właśnie dlatego tamtego dnia nie zauważyłam dwóch mężczyzn, którzy uważnie mnie obserwowali…
— …Znaczy, sprzątam ja, zmiatam tutejsze listki, a tych dwóch nagle hyc i wyłazi zza kiosku. Usiedli na tej właśnie ławce i dawaj szeptać sekrety! Od razu wydali mi się podejrzani, i ciągle na ciebie zerkali. Nawet palcami pokazywali!
— Naprawdę?! — zrobiło to na mnie wrażenie. — A dlaczego podejrzani?
— Bo różni z wyglądu. Jeden młody, wysoki, a drugi niski, mógłby być jego ojcem. Jeden ma oczy „o, takie”, jak sówka — staruszka-dozorczyni przyłożyła palce do oczu i zaokrągliła je. — A drugi szpareczki, przebiegłe! — rozciągnęła oczy za zewnętrzne kąciki, robiąc je wąskie. — I choć chłopak z niego przystojny, to ciągle naciągał czapkę na czoło. A drugi mówił z akcentem.
Orłowski i Koreańczyk, na pewno!
— Więc co oni mówili?! — pośpieszyłam staruszkę z opowieścią, znów siadając na ławce obok kota.
Z nerwów pogłaskałam zwierzaka po miękkim futerku, przebaczywszy mu skradzione śniadanie. Sama rozdziawiłam gębę, a kot niczemu nie był winien!
— A wszystko! — ważnie kiwnęła rozmówczyni, stanowczo machnąwszy ręką przed twarzą. — I że jesteś zarozumiała wyskoczka. I że wzięłaś się nie wiadomo skąd. Język masz jak żądło, a nos – jak u gęsi!
— Ja?! — pospiesznie dotknęłam swojego nosa, bo a nuż naprawdę wydłużył się przez noc. Teraz i takiej okoliczności bym się nie zdziwiła.
— Nie no, z pychy zadarty do góry — wyjaśniła dozorczyni.
— A-a…
— I mówi ten młody i przystojny: proszę nie patrzeć na jej wygląd, szanowny panie, ona sobą nic nie reprezentuje. Chciwa i zawistna wydmuszka! A na reklamie to już w ogóle się nie zna! I jeśli pan się z taką zwiąże, na sto procent położy panu cały projekt. Pieniążki pójdą się paść! Mówił, że nie można jej powierzać poważnej sprawy.
— Tak powiedział?! — jęknęłam. Moje zdumienie i oburzenie nie miały granic.
— Słowo w słowo! — przytaknęła staruszka. — Ale słuchaj, pomyślałam teraz, a może to on nie o tobie? — zamyśliła się, unosząc podkreśloną kredką brew.
— A chłopak taki przystojny, z ogonkiem?
— Bardzo przystojny! Oczy mądre, a w policzkach dołeczki jak u aktora. Oj, a jakie ma szerokie ramiona! Jak mój ślubny w młodości. Bywało, przytulę się do niego i od razu tak ciepło, tak dobrze na duszy… To jeśli się pogodzimy. A jeśli nie — zmarszczyła brwi — to ja go, pasożyta, tak miotłą po lesie ganiałam… Do trzeciego piania koguta! Osiki płakały z litości!
— Proszę przestać! — przywróciłam staruszkę ze wspomnień do rzeczywistości. — Ten nie jest taki jak pani ślubny! — oświadczyłam pewnie. — Temu do ślubnego dalej niż pani miotle do księżyca! I wcale nie ma szerokich ramion, zwyczajne. I sam jest nieprzyjemnym typem! A tymi dołeczkami tylko dziewczynom zawraca w głowach! Takie ma hobby – co tydzień nową wybrankę, żeby poprzedniej nie było przykro!.. Nie, to o mnie mówił Koreańczykowi. Wiem na pewno!
— No, skoro wiesz…
— Przecież Orłowski mnie nie znosi! Jesteśmy pierwszymi konkurentami w całej „Galaktyce”… — wyrzuciłam z siebie i oprzytomniałam. Odchyliwszy się do tyłu, westchnęłam. — Byliśmy… do dzisiejszego dnia.
Ale dozorczyni już sama kiwała głową, mrużąc oczy.
— No właśnie! Tak też podejrzewałam. Niekompetentna, niewiarygodna rozrzutnica, mówi. Na modzie nic się nie zna i gustu nie ma! Nie wiążcie się z nią. Zobaczycie, ją w ogóle niedługo zwolnią! Za tę, jak jej tam… nieprzydatność zawodową!
Jęknęłam i zerwałam się z ławki, zapomniawszy o nodze.
— Co za pa-lant! — przeciągnęłam z oburzeniem. — To ja jestem nieprzydatna zawodowo? Ja jestem niekompetentna?!
— No a kto? — wzruszyła ramionami staruszka. — Przecież zamierzałaś rozporządzać pieniędzmi Koreańczyków?
— Właściwie to nie całkiem ja, ale zawsze ściśle pilnuję kosztorysów projektów! A dokładniej pilnowałam, bo… Nieważne dlaczego! Nie mogę uwierzyć — powiedziałam zdruzgotana — że Maksim Orłowski jest zdolny do czegoś takiego. A jeszcze? Mówił coś temu człowiekowi – temu niższemu?
— W sumie niewiele — staruszka pilnie sobie przypominała, starając się pomóc. — Musiałam zamiatać alejkę, więc dalej nie słuchałam. Chyba obiecał zrobić mu reklamę, jakiej świat nie widział, a o tobie radził zapomnieć. Ach, przypomniałam sobie! — klepnęła się w czoło. — Zamierza sobie znaleźć odpowiednią sekretarkę, bo trudno mu, biedakowi, samemu radzić sobie z zespołem…
***
Kiedy dziewczyna zniknęła z oczu, a wrony zleciały się na zwykłe miejsce, kot zeskoczył z ławki i z wyrzutem spojrzał na swoją towarzyszkę. Ta właśnie wyjmowała z papierośnicy fifkę.
— M-da… Naplotłaś ty, Jadwigo, dziewczynie trzy po trzy. Jak ci tylko język nie usechł. Umowa była inna – wskazać jej przeznaczonego. Spleść ich ścieżki. A teraz co robić… mrr-miau… będziemy?
Jadwiga, którą rzadko kto z przyjaciół nazywał pełnym imieniem, włożyła fifkę do ust, pstryknęła paznokciem, krzesząc iskrę na papierosa, i z przyjemnością się zaciągnęła.
Założywszy nogę na nogę, wypuściła dym i rozsądnie odpowiedziała:
— Nie znasz kobiet, Bajunie. Najpierw trzeba ją do przeznaczonego przyciągnąć, a dalej serca podpowiedzą, co robić. A czego można chcieć ode mnie, starej baby? Ja tylko bajdy pleść umiem.
— M-da — westchnęła po minucie, uśmiechając się do swoich myśli. — Niby dorosła dziewczyna, a nie wie, że parkowym babkom wierzy się tylko do połowy…