SOVABOO

Zabójcza sekretarka!

Ch. 9: Rozdział 9

Rozdział 9

Rozdział 9/10 · Strona 3 z 387%

Nawet obrażona, po przekroczeniu progu tego działu nie będę mogła nikomu zaszkodzić. Twórcy są poza prawem. A kreatywni z „Imperium” umieli pracować – fakt!

Zdecydowanie powinnam była przejść obok, ale ciekawość przeważyła; tyle razy marzyłam, żeby zobaczyć, jak tu u nich wszystko jest urządzone, że pociągnęłam drzwi do siebie i weszłam.

— Dzień dob-ry!..

Dobrze, dobrze… Nie jestem ślepa i oczywiście nie spacerowałam po korytarzu sama. Przez te pięć minut, kiedy oglądałam działy, wokół trzaskały drzwi, ludzie wyglądali zza nich, przechodzili obok pracownicy i odwracały się głowy, więc moja wizyta nie była niespodzianką. Plotki wewnątrz zespołu roznoszą się jak wirus, dlatego kiedy weszłam, wszyscy już wiedzieli, kim jestem.

Zobaczywszy w nieznanym przestronnym pokoju około dwunastu osób, niespodziewanie się spięłam i omal nie przedstawiłam w swoim zwykłym biznesowym stylu: „Dzień dobry, jestem Angelina Wietrowa. Dyrektorka artystyczna i główna specjalistka «Regina-style»…”, ale w tym momencie ktoś z prawej zachichotał, ktoś z lewej prychnął i oprzytomniałam.

Poprawiłam marynarkę, która zsunęła się na ramię, rozciągnęłam uśmiech szerzej, poprawiłam okulary na nosie i przedstawiłam się:

— Dzień dobry! Nazywam się Gielotyna Wietrzyk! Osobiście dla państwa wszystkich – po prostu Giela! Od dziś jestem osobistą sekretarką Maksima Bogdanowicza. I jeśli ktoś będzie miał pytania – proszę się zwracać! Chętnie pomogę!

Nikt nie spieszył się zwracać, za to wszyscy z przyjemnością mnie oglądali.

— Dziewczyno, ile ty masz lat? — burknęła nieznajoma babunia, wyglądając zza swojej przegrody.

Ups. Wąsata.

Nie babunia. Na długim nosie siedziały solidne okulary, a włosy sterczały siwymi pierścieniami do ramion.

To musiał być ten „stary i szanowany” pracownik, który zawsze zastępuje przywódcę pod jego nieobecność. A słyszałam, że Orłowski tak i nie zostawił swojego działu, nadal wykonując obowiązki dyrektora artystycznego obok wykonawczych.

— Dwadzieścia pięć. A pan? — odbiłam pytanie. — Przepraszam, ale pan tutaj jest chyba głównym copywriterem?

— Właśnie nim. Pięćdziesiąt osiem.

— Oł! — poprawiłam krawat i podkuśtykałam bliżej do wujaszka. Uśmiechając się, wyciągnęłam rękę. — Giela! — nie pożałowałam powtórki. — Tak na marginesie, nie jestem mężatką i szanuję inteligentnych mężczyzn.

Nie zamierzałam go krępować, ale rzęsy same zatrzepotały.

Wujaszkowi szczęka opadła razem z wąsami. Ale rękę uścisnął i przedstawił się:

— Giena… T-to znaczy Giennadij Giennadjewicz.

— I nad czym pan pracuje, Genialny Giennadiju Giennadjewiczu?

— A po co to pani? — podejrzliwie pisnęła zza sąsiedniego biurka damulka około czterdziestki w różowej bluzeczce.

Odwróciłam się do niej.

— Ciekawość. A może podpowiem jakiś pomysł! A pani jest pewnie… designerką? Graficzną! Żeby tak elegancko ułożyć włosy i tak świetnie wyglądać, trzeba widzieć piękno w szczegółach. Ech, kłaniam się utalentowanym ludziom!

— A pan, młody człowieku, jest artystą? — zwróciłam się do młodego mężczyzny około trzydziestki, który po damulce oderwał się od pracy i wyciągnął szyję w moją stronę. I zanim zdążył cokolwiek zaprotestować, wskazałam na jego ręce:

— Ma pan grafit na palcach, a farba ze stołu się nie domyła. Trzeba koniecznie uprzedzić pracowników cleaningu, żeby przecierali panu stół w czasie obiadu i zostawiali serwetki! Proszę się przyznać, często farba trafia na dokumenty?

— Więc nad czym pan pracuje, Giennadiju Giennadjewiczu? — odwróciłam się do wujaszka, podczas gdy artysta i damulka wymienili spojrzenia, zastanawiając się, czy mi odpowiadać.

Dobrze, poznamy się później!

Za to „Giena” napięcie poruszył wąsami, rozdzielając pod nimi usta. Odpowiedział niechętnie, najwyraźniej zakładając, że robi sobie ze mną żarty.

— Myślę, jak sprzedać partię lekkich rowerków treningowych.

— Jak interesująco! I? — ważnie poprawiłam okulary na nosie i złożyłam ręce za plecami. — W czym haczyk? Bo przecież jest?! — pytająco uniosłam brew.

— Jest — wujaszek nagle się uśmiechnął, mrużąc oczy. Mrugnąwszy do artysty, ciągnął: — Producent ma kompletną klapę ze sprzedażą eksperymentalnego modelu. Fitness kluby nie chcą kupować odchudzonych rowerków treningowych, boją się problemów z obciążeniami. Mówi ci to coś… Giela?!

Ha! Wszystko!

Ale z wyglądu zamyślona mruknęłam i powoli kiwnęłam głową:

— Być może. To — założyłam — że jeśli ta oferta trafiła do państwa, partia rowerków jest bardzo duża. I jeśli przemyśleć strategię sprzedaży, można na nich nieźle zarobić.

„Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, Angelina! — niezadowolony głosik wrzasnął w środku. — Nie po to tu jesteś!”

Ale gdzie tam! Stałam w dziale kreatywnym, oddychałam powietrzem twórczości i trybiki zwyczajnie się zakręciły. Myśl ruszyła z miejsca i podałam racjonalną propozycję:

— Na przykład najpierw trzeba uruchomić agresywną reklamę fitness klubów! Najlepiej mailingiem i koniecznie w magazynach oraz społecznościach, gdzie siedzą mamy na macierzyńskim i rozmawiają o diecie.

— Nie rozumiem.

— A co tu rozumieć. Można mamom przy okazji zaproponować abonamenty ze zniżką – pod warunkiem, że będą odwiedzać te fitness kluby nie mniej niż pięć razy w tygodniu. Cudowna promocja! Zdziwią się państwo, ale wielu „spryciarzy” tak właśnie robi.

— Nie przejdzie — prychnęła damulka w różowym, wcinając się w rozmowę. — Kiedy mamy mają chodzić na siłownię? Zwłaszcza te z niemowlakami. One chciałyby się wyspać, wiem po sobie!

— Właśnie! — odwróciłam się do kobiety i podniosłam palec. — Dlatego zaproponujemy im inny wariant! Od firmy, która je rozumie! „Nie szukaj drogi, szukaj możliwości! Oszczędzaj na cudzych ambicjach i wierz w siebie! Nasz wariant – lekkie, funkcjonalne, domowe rowerki treningowe! Twój sportowy przyjaciel, który zawsze jest pod ręką! Wierny, piękny, szybki i… cichy! Nie zepsuje snu żadnemu maluchowi!”

Opuściłam palec i zakończyłam:

— Dodałabym jeszcze: „Osobisty trener, który zadba o twoją figurę lepiej niż jakikolwiek dietetyk!” Ale to tylko jeśli nie macie kontraktu z firmą produkującą suplementy. A jeśli macie… można zbudować inną strategię.

Cały dział milczał, nikt już nie stukał w klawisze, nie szeleścił krzesłami ani papierem, i przycichłam.

— …Ale państwo pewnie sami wiecie lepiej ode mnie.

Nie, jedno krzesło jednak skrzypnęło.

— Oleg! — artysta wstał zza stołu i wyciągnął rękę. — Miło poznać, Giela! No, Maks daje czadu!

— Iwetta! — uśmiechnęła się damulka w różowym, poprawiając fryzurę, i też przyjaźnie uścisnęła mi palce. — A to nasze dziewczyny i chłopaki — odwróciła się, obejmując dział ręką. — Olga, Anastazja, Denis i specjalista w dziedzinie mody – Spirydon…

Kiedy po dziesięciu minutach wyszłam z działu, byłam czerwona jak rak i tak samo zdezorientowana. Jakbym zanurzyła się w kadzi z odurzającym napojem.

Co się dzieje?

I zanim doszłam do pochopnych wniosków i rozpłakałam się z tęsknoty za Marikiem i dziewczynami, odwróciłam się i poszłam z powrotem do swojego sekretariatu. Prawie pobiegłam na kulawej nodze bliżej wykonawczego… i dalej od pokusy!

Historia trwa dalej...

Zaloguj się lub utwórz profil, aby czytać dalej.

Rozdział 9 / 10 · Strona 3 z 3