Rozdział 4
Żorikowi, szczerze mówiąc, też życzyłam. W ogóle moim zdaniem ta dwójka idealnie do siebie pasowała. Spotykali się już pięć lat i pewnie dawno by się pobrali, gdyby nie jedno ważkie i tłuste „ale”.
Żorikowi Libermanowi stuknęła trzydziestka i mieszkał z mamą. Nie po prostu z mamą, ale z Mamą przez wielkie M. No, rozumiecie, tak? Kobietą mocnej budowy, lecz bardzo słabego zdrowia — Izoldą Moisiejewną. Którą Fiejeczka nazywała nie inaczej niż Łzą Krokodylowną.
Swojego syna Krokodylowna bardzo kochała i szaleńczo zazdrościła go Nataszce.
Lekarz stomatolog, inteligentny i cichy chłopak, kiedy poznał Fiejakinę, okazał się prawiczkiem i przez pierwsze trzy lata związku ukrywał Fiejeczkę przed matką, a kiedy do tamtej doszły plotki, że jej Żorik zadaje się z „fryzjerzyną” — wybuchł straszny skandal.
Kobiety „przypadkiem” się spotkały i Nataszka dowiedziała się o sobie wielu nowych rzeczy. I wszystko byłoby niczym, gdyby Żorik stanął w jej obronie. Ale zamiast tego odszedł z mamą (a dokładniej, ona go „wyprowadziła”). A potem wrócił. Potem znów odszedł. I znów wrócił…
Przy tym Nataszkę naprawdę kochał. W chwilach ich spokojnego życia gotował przyjaciółce zupki, kupował prezenty i patrzył na Fiejeczkę jak Pigmalion na swoją Galateę — z czułym uwielbieniem. I właśnie ten ostatni fakt, moim skromnym zdaniem, okazał się dla Krokodylowny kulą prosto w serce.
Krótko mówiąc, minęło pięć lat, a Żorik wciąż nie poukładał sobie spraw ze swoimi kobietami. Kiedy przeprowadzał się do Nataszki, mamę dopadał zawał serca — koniecznie z wezwaniem karetki, kroplówkami i natarczywymi telefonami do syna ze szpitala. Inny człowiek już by umarł, a Krokodylowna, gdy tylko Żorik wracał do domu, cudownym sposobem zmartwychwstawała.
Przez ostatnie dwa lata te ataki powtarzały się z godną pozazdroszczenia regularnością i wczoraj, kiedy w mieszkaniu przyjaciółki znów zadzwonił telefon (akurat podczas intymności), Fiejeczce pękła cierpliwość.
„Przegrałam. Napijmy się, Maszka!
— Za co? Za nas?
— Oczywiście! A jeszcze za to, żeby słowo «suka» stosowano wyłącznie do czworonożnych samic psa domowego!”
Tak właśnie przesiedziałyśmy wczoraj z Fiejakiną do trzeciej w nocy w objęciach martini, a dziś przyszła moja kolej ciężko wzdychać.
— No, co tam było, Maszka? W „GBG-projekcie”? Opowiadaj! Nie chcę mówić o Żoriku!
No to opowiedziałam.
— No, nie wzięli, wielkie rzeczy! Życie się na tym nie skończyło! Sama mówiłaś, że szansa na zatrudnienie jest mała. Poszukamy czegoś! Czemu się tak przejęłaś, Malina? To do ciebie niepodobne.
— Nie wyobrażasz sobie, kogo tam dzisiaj spotkałam.
— Kogo?
— Dimkę Gordiejewa.
Fiejeczka akurat wsunęła do ust cukierek i zamierzała kulturalnie popić go kawą, kiedy na tę wiadomość prawie się zakrztusiła, bo musiała wszystko szybko przełknąć. W szkole Gordiejew bardzo jej się podobał.
— Co ty mówisz?! — Nataszka rozdziawiła usta. — Gdzie?! Przecież wyjechał za granicę!
— Czyli już wrócił. Spotkałam go prosto w gabinecie technicznego, na rozmowie. Siedział tam nadęty jak żuk.
— I co?
— I nic. Wyobrażasz sobie, nie poznał mnie.
Fiejeczka ryknęła śmiechem, a ja się naburmuszyłam.
— Przestań rżeć, Nataszka. Mówię poważnie.
— Ojej, nie mogę! Ciebie?! — przyjaciółka wciąż nie mogła uwierzyć. — Niemożliwe, Malina! Jemu pamięć odjęło? Czy życie go tak poturbowało?
— Nic mu nie odjęło i wszystko doskonale pamięta. Ale powiedział, że widzi mnie pierwszy raz.
I znów opowiedziałam wszystko, wszystko. Nawet o śnieżnobiałym mankiecie.
— No ga-a-ad! — przejęta westchnęła Nataszka.
— Dupek, bez dwóch zdań!
— Słuchaj, Maszka, a jaki on się zrobił — Gordiejew? Nie widziałam go od szkoły. Pamiętasz, jak mi się podobał? Nawet wystawałam za nim na przystanku i wyznawałam mu miłość — w czwartej klasie. Ale byłam głupia!
— Pamiętam. A jeszcze pamiętam, że podobali ci się Lognicki, Jusupow i Derewianko. I wszystkim wyznawałaś miłość.
— Bywało. Ale za Gordiejewem szczerze usychałam najdłużej. Miał takie odjazdowe usta, m-m…
— No… Zrobił się z niego gruby, łysy i zezowaty wieprz.
Fiejeczka aż westchnęła, omal nie rozlewając kawy. Wybałuszyła oczy.
— Niemożliwe?? Dimka?!
Westchnęłam i przyznałam:
— Bardzo bym chciała, Nataszka, żeby taki się zrobił.
— A naprawdę?
A naprawdę…
— Nie zdążyłam mu się specjalnie przyjrzeć. Ale najpewniej uprawia sport. Ramiona — o takie! — i pokazałam rozmiar poglądowo.
— O rany!
— Aha.
— W szkole trenował pływanie i bieganie — kiwnęła przyjaciółka. — Chodziłam z nim na ten sam basen. Nawet razem skakaliśmy z wieży. Tylko on na główkę, a ja na bombę.
— I zapuścił włosy. Pamiętasz, że zawsze miał jeża?
— Pewnie.
— No więc teraz jeża nie ma.
— A co jest? — kolejny cukierek zniknął za policzkiem Nataszki.
— Czupryna jak u młodego Banderasa. No, może trochę krótsza.
— No weź!
— Aha. Dlatego się zdziwiłam, że Dimka tak się zmienił, i nie wytrzymałam. A w ogóle siedział za stołem. Może ma tam brzuch jak dwa arbuzy! I nogi mu się pokrzywiły. Bardzo bym chciała!
— Oj, coś słabo mi się w to wierzy, Maszka — zwątpiła Fiejakina, a ja musiałam się z nią zgodzić.
— Fiejeczko, co za różnica. Najważniejsze, że jestem dla niego jak kurz! Rozumiesz? Pierwszy raz mnie widzi! A przecież siedzieliśmy razem cztery lata. Wciąż pamiętam, jak temperował mi ołówki. Jak coś takiego jest możliwe, co? Nie rozumiem.
Nataszka zawahała się, ale jednak powiedziała:
— Słuchaj, Malina, a pomyślałaś już o ich pokrewieństwie z Mamlejewem? Może to przez Kiryła? Plotki przecież na pewno doszły.
— Pomyślałam — przyznałam — ale nie chcę w to wierzyć. A nawet jeśli tak — niech wszyscy spadają! Malinki są moje!
— Otóż to! Tyłem naprzód i w głęboką „D”! I Gordiejew też tam!
— I Gordiejew!
Dopiłyśmy kawę, zjadłyśmy cukierki i na pożegnanie cmoknęłyśmy się w policzki.
Mimo wszystko dobrze, że mam Fiejeczkę!