SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/34 · Strona 1 z 312%

Ważny telefon zastał mnie już w domu. Dopiero co odebrałam dzieci z przedszkola i weszłam do mieszkania, Aloszka i Daszka trajkotali na całego o tym, jak minął im dzień, jak zwykle przepychali się przy mnie i kłócili, kiedy w torbie odezwał się telefon.

Nieznany numer. Nie lubię odbierać takich połączeń, ale przyszła mi do głowy myśl: a nuż dzwonią z poprzedniej pracy? No bo nigdy nie wiadomo? A jeśli to ktoś ważny? A jeśli coś pilnego? A jeśli ktoś umiera, a ja tu stoję i myślę, odbierać czy nie odbierać!

Okazało się, że rzeczywiście z pracy, tylko nie z poprzedniej, a z przyszłej.

— Maria Malinkina? Czy może pani rozmawiać?

Ściągnęłam czapkę i odłożyłam ją na bok.

— Tak.

— Dzwonię z firmy „GBG-projekt”, tu sekretarka z działu kadr — kobieta odchrząknęła i przedstawiła się z powagą. — Chcemy poinformować, że dzisiaj pomyślnie przeszła pani rozmowę kwalifikacyjną i nasza firma jest gotowa zaproponować pani stanowisko inżyniera w...

— A?

Dalej słyszałam słabo.

— ... dziale… kompletacji… na warunkach… próbnego…

Nie, oczywiście słuchałam, ale nie słyszałam nawet połowy tego, co mówiła do mnie sekretarka, tak szaleńczo waliło mi serce i mętniała głowa.

Co ona właśnie powiedziała? Oni mnie biorą? Mnie?! To nie sen?

— Mario, czy będzie pani mogła jutro zgłosić się do działu kadr z dokumentami i ubezpieczeniem zdrowotnym, jeśli je pani ma? Chcielibyśmy jak najszybciej włączyć panią do projektu roboczego.

— Tak.

— Przepraszam, ale źle panią słychać.

— Tak, oczywiście! Przepraszam, a czy niczego państwo nie pomylili?

No bo nigdy nie wiadomo.

 

***

 

— Halo! Nataszka?! Zaraz umrzesz!

Po drugiej stronie Fiejeczka prychnęła sceptycznie.

— Niedoczekanie, Malina! Gdzieś już słyszałam podobne zdanie. Mam nadzieję, że dalej nie będzie o tym, że rzucasz wszystko i uciekasz z reżyserem do kurortu?

— Co? — w tej chwili kiepsko odbierałam rzeczywistość, a już zwłaszcza przyjacielski sarkazm Fiejeczki. Chciało mi się krzyczeć i skakać.

— Nataszka, biorą mnie! Do pracy w „GBG-projekcie”! Mnie, wyobrażasz sobie! Jako inżyniera do jakiegoś nowego działu. Niczego porządnie nie zrozumiałam.

— No i czemu się dziwisz, Maruś? Znaczy, nie są tam tacy głupi, jak myślałyśmy. Przecież ty masz głowę na karku! Gratuluję, przyjaciółko! Hura-a!

— Hura!!

— Oj, słuchaj! Jak myślisz, Gordiejew się zdziwi, kiedy się dowie? — Nataszka parsknęła wesoło. — I dobrze mu tak! Ja bym jeszcze przy okazji pokazała Dimce język!

— Co ty! Na pewno nawet nie będziemy się widywać — oświadczyłam pewnie. — Tam jest ośmiopiętrowy budynek i masa działów! A nawet jeśli się zobaczymy, proszę bardzo! Nie mam nic przeciwko! Osobiście od teraz go nie znam i nawet „dzień dobry” mu nie powiem! Jeszcze mi on potrzebny. Gęś!

 

Okazało się, że dyrektor techniczny nie żartował i z naszych do pracy wzięli czworo. Mnie, Szlapkina, Walę Galaninę i Żannę Arnoldowną Diewiatko. Co prawda Diewiatko trafiła do głównego działu konstrukcyjnego — doświadczenie pozwalało, a naszą trójkę przydzielono do nowego, utworzonego zaledwie pół roku temu, działu kompletacji wyposażenia — „OKO nr 2”…

— Pod kierownictwo bardzo perspektywicznego młodego inżyniera, który zdobył świetne wykształcenie i odbył staż za granicą! — z dumą poinformowała nas przemiła kobieta z działu kadr i dodała: — A kadry do tego działu nasza firma dobiera młode i perspektywiczne! Tak że nie zawiedźcie, kochani!

Oj, nie zawiedziemy! Tak nie zawiedziemy, że robota nas popamięta! Gaście pożar, strażacy, idą podpalacze! No i tak dalej.

I oto teraz staliśmy we trójkę w pięknym gabinecie ramię w ramię, a mnie bardzo mocno peszył fakt, że na drogich drzwiach z jesionu pyszniła się nie mniej reprezentacyjna tabliczka z napisem: „Kierownik działu Gordiejew Dmitrij Aleksandrowicz”.

Ten sam Dimka Gordiejew, którego tak bardzo miałam nadzieję nie widzieć, nie spotykać i nie zauważać już nigdy w życiu! No czy to nie zasadzka?

To niemożliwe. Po prostu niemożliwe i koniec! Jeszcze pięć minut temu tak się cieszyłam, że byłam gotowa podskokami iść do jasnego biura swoich marzeń, a teraz stałam i patrzyłam wszędzie, byle nie na dawnego kolegę z klasy.

No pięknie, dupa!

— Dzień dobry wszystkim, jestem Dmitrij Aleksandrowicz, wasz nowy kierownik i tymczasowo główny inżynier działu. Miło mi poznać — Gordiejew, ubrany w białą koszulę i spodnie, wstał zza biurka, przy którym siedział, i wyszedł nam naprzeciw. Wyciągnął rękę do Jurki, a ten z przyjemnością ją uścisnął.

— Dzień dobry! A ja Jurij Szlapkin! Inżynier technik! O rany! — Jurka rozejrzał się i uniósł kciuk, oglądając gabinet. — Ale macie tu świetnie! A to chyba paletki i skalary? — kiwnął w stronę całkiem sporego akwarium, metra na półtora, w którym pływały jaskrawoczerwone i srebrzystoniebieskie ryby wielkości dziecięcej dłoni. — W szkole też hodowałem rybki. Co prawda nie takie piękne. Ha!

— Walentina Galanina — na widok młodego szefa Waleczka poruszyła ramionkami i skromnie się uśmiechnęła. Kokieteryjnie uścisnęła Gordiejewowi rękę i zamrugała oczkami, kiedy wyrósł przed nią. Wzdychając bujną piersią, wzruszająco przyłożyła paluszki do niezmiennego dekoltu. — Oj, a ja to dopiero się cieszę! To taka szansa! Tak mi miło, że wybór padł właśnie na mnie. Dmitriju Aleksandrowiczu, nie wyobraża pan sobie, jaki to zaszczyt pracować jako inżynier w państwa firmie!

I miała rację, naprawdę wszyscy cieszyliśmy się z faktu, że dostaliśmy tę pracę. Zwłaszcza kiedy podano nam możliwą pensję i perspektywę przyzwoitych premii.

Gordiejew kaszlnął w pięść i oczywiście odpowiedział z wyższością …

Chociaż nie, raczej po prostu chłodno. Nie pamiętam już, czy mówiłam wam, że ten chłopak nawet jako uczeń rzadko się uśmiechał.

— To nie moja zasługa, Walentino. Za to, że znalazła się pani tutaj, powinna pani dziękować wyłącznie Wadimowi Spiridonowiczowi. To on w panią uwierzył. W ocenie personelu rzadko się myli, więc ja również z góry liczę na wynik. Zadania i plany stojące przed działem są poważne, konkurencja duża, a mnie potrzebny jest zgrany i silny zespół. Ludzie, z którymi będę oddychał tym samym powietrzem i dążył do tych samych celów. Czy to dla państwa jasne? Innym nie po drodze ze mną.

— Oczywiście, Dmitriju Aleksandrowiczu! Jeszcze jak jasne! — Waleczka wyprężyła się na baczność, wystawiając przed oczy nowego szefostwa okazały „biust”. Stuknęła obcasami kozaków jak żołnierz na placu apelowym, salutując generałowi.

Samo z siebie wyszło przypadkiem, ale Gordiejew potrafił motywować — fakt.

Oho. Czy on zawsze miał taki spokojny i pewny głos, od którego za kołnierz włazi kłujący szron i robi się nieswojo? Teraz nawet ja się wzdrygnęłam. Gordiejew już w szkole rozmawiał ze wszystkimi tak, jakby stał o stopień wyżej, ale wtedy o wiele łatwiej było nam uznać to za wyniosłość i przy okazji wyśmiać.

A teraz… Nawet Jurka się wyprostował. A na początku pewnie w stu procentach pomyślał: młody szef, czyli kumpel. Można pogadać o rybkach. A potem o dziewczynach, piciu. Albo o czym tam rozmawiają młodzi faceci?

Tak, tak, wciąż pamiętałam, że Gordiejew jest starszy ode mnie zaledwie o osiem miesięcy (w klasie byłam najmłodsza), choć w tej chwili trudno było w to uwierzyć.

Rozdział 5 / 34 · Strona 1 z 3