SOVABOO

Zimowy sen Malinki

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Rozdział 5/34 · Strona 2 z 313%

Gordiejew zrobił krok w bok i zatrzymał się przede mną, zastygł w oczekiwaniu. Wierna Waleczka, uznawszy moje milczenie za strach, cichutko szturchnęła mnie łokciem w bok. Ale ja nadal patrzyłam gdziekolwiek, byle nie na Dimkę. Wciąż pamiętałam swoje upokorzenie i jeszcze nie zdecydowałam, jak mam się zachować.

Gordiejew krótko obejrzał się w stronę drzwi wejściowych i zawołał:

— Igor! Wejdź na chwilę!

Po tym, jak weszliśmy do gabinetu, drzwi zostały uchylone i natychmiast zajrzał przez nie młody mężczyzna — wysoki i chudy blondyn około trzydziestki.

— Tak, Dmitriju Aleksandrowiczu? — przecisnął się do gabinetu i zatrzymał przy progu. Niezgrabnym ruchem poprawił węzeł krawata. — Słucham.

No proszę, jak Gordiejew wszystkich tutaj wytresował. Ciekawe, czy ktoś przynosi mu kapcie w zębach?

Ale nie zdążyłam dobrze przyjrzeć się nieznajomemu. Mój nowy szef już wydał polecenie swojemu podwładnemu i nowym pracownikom:

— Poznajcie się, to Igor Buriak, kierownik waszej grupy. Igor, pokaż proszę Jurijowi i Walentinie ich stanowiska pracy i na początek wprowadź ich w sprawy. A pani, Malinkina, zostanie.

Waleczce ze strachu szeroko otworzyły się oczy — pewnie pomyślała, że zaraz wystawią mnie na ulicę. No bo czemu stoję i milczę zamiast się uśmiechać, dygać i kłaniać nowemu szefostwu do stóp — sama jestem sobie winna! Czyżbym nie wiedziała, jak urządzony jest świat służbowej hierarchii?

Ale nie mogłam. Naprawdę nie mogłam, i to nie ze złośliwości.

Kiedy wszyscy wyszli, Gordiejew przymknął drzwi i wrócił. Zatrzymał się, wsuwając ręce do kieszeni spodni i milcząco patrząc na mnie.

No proszę, ile uwagi, i wszystko dla mnie jednej. A pamiętam, że w gabinecie technicznego kręcił nosem.

— Nie przywitam się z tobą, Gordiejew. Dałam sobie słowo, zrozumiałeś?

Zrozumiał czy nie, Dimka nadal stał zaledwie o krok ode mnie. W tej ciszy, kiedy zdumienie minęło, a głosy za ścianą ucichły, nagle dosięgnął mnie zapach drogich męskich perfum. Bardzo przyjemny zapach, który łaskocze kobiece nozdrza szczególnym szykiem, zwłaszcza na gorącej skórze. I który chce się zapamiętać.

Tfuj! Co to za myśli pojawiły mi się w głowie? Zupełnie nie na czasie i nie na miejscu! Przecież nigdy o niczym podobnym nie myślałam!

Postarałam się przywołać w pamięci babciny ogród i cieliczkę Niurkę, machającą ogonem w oborze. Wyobraziłam sobie Gordiejewa z motyką w ręku, zeskrobującego gnój w stanowisku, i od razu zrobiło mi się lżej. I żadnego wypaczonego perfekcjonizmu!

— Jak więc będziemy razem pracować, Malinkina? Mam wobec was wszystkich duże plany, jeśli chodzi o pracę, oczywiście — doprecyzował „szef”. — Mam nadzieję, że tak samo wysoko cenisz zawodowy komfort zespołu jak ja?

W końcu spojrzałam na swojego dawnego kolegę z klasy. No proszę, zdążyłam już zapomnieć, jakie oczy ma Dimka. Jak szybko leci czas. Tylko sześć lat, a ja zapamiętuję je od nowa — jasnobrązowe i zimne. A co się za nimi kryje, jakie myśli — nie sposób zrozumieć. Zawsze tak było. Na pewno teraz napawa się swoją pozycją, patrząc na mnie. Snob!

— Nie martw się, nie zamierzam wspominać naszej wspólnej szkolnej przeszłości ani w żaden sposób nadwyrężać twojego komfortu — postarałam się odpowiedzieć beznamiętnie. — Pierwszy raz, to pierwszy raz. Po prostu uznaj, że mam problem ze słowem „dzień dobry”. Naprawdę potrzebuję tej pracy, więc obiecuję podejść do niej z pełną odpowiedzialnością. Co do tego nie miej…cie wątpliwości, Dmitriju Aleksandrowiczu. A teraz, jeśli można, chciałabym się dowiedzieć, na czym będzie polegać moje zadanie inżyniera, i dostać przydział. Im szybciej do niego przystąpię, tym mniej będzie mnie pan widywał.

 

Okazało się, że wraz ze zmianą miejsca pracy dla mnie osobiście niewiele zmieniło się w zawodowym sensie. Chyba tylko uprawnienia się rozszerzyły i pojawiła się możliwość interesowania rynkiem przetargów komercyjnych oraz ofertami przetargowymi otwarcie, w imieniu firmy, a nie pod przykrywką niewyraźnych schematów, jak to było w „SNiPTechPromGazie”. A to pozwalało działać znacznie śmielej i bardziej bezczelnie — tutaj z Jurką, czując za plecami potęgę „GBG-projektu”, z zadowoleniem zacieraliśmy ręce.

Do działu spływały zamówienia na wyposażenie (zapewniał je Gordiejew), a nasze zadanie (w tym moje) polegało na tym, żeby znaleźć to wyposażenie, znaleźć dostawców, przygotować dokumentację techniczną i handlową oraz w miarę możliwości podebrać konkurencji interesujący przetarg. Tutaj „GBG-projekt”, jak się okazało, często występował jako pośrednik, zostawiając dla siebie tylko najkorzystniejsze oferty. I trzeba powiedzieć, że szef miał do tych ofert wyjątkowego nosa.

Krótko mówiąc, szybko weszliśmy w nową pracę i oddaliśmy się jej bez reszty!

W dziale pracowało dwunastu inżynierów, nie licząc kierownika. Były trzy grupy, po cztery osoby w każdej. Wszyscy znajdowali się w jednym ogromnym biurze, podzielonym niskimi ściankami działowymi, gdzie każdy miał osobne biurko i komputer, oraz centralnym przejściem, które prowadziło prosto do drzwi gabinetu Gordiejewa. Tak więc Dimkę widywałam codziennie, ale pozostawałam wierna swojemu słowu i przy jego pojawieniu się w biurze niezmiennie upuszczałam długopis, torbę, notes, nurkowałam za monitor i udawałam, że jestem strasznie zajęta szukaniem.

Siedziałam przy skrajnym biurku pod ścianą, w ustronnym kącie, więc nie było to dla mnie szczególnie trudne. O wiele trudniej okazało się nie spóźniać do pracy.

 

— Aloszka, Daszka, budźcie się, śpiochy! Boże, znowu prawie zaspałyśmy! Czas do przedszkola! — Tak zaczynał się każdy roboczy poranek już od całego roku, więc dla maluchów nic się nie zmieniło, za to mnie czekało teraz codziennie pięć dodatkowych przystanków i codzienny bieg przez centrum do portierni. A to oznaczało pobudkę dwadzieścia minut wcześniej niż zwykle.

— No, malinki!

Moje dzieci budziły się tak samo jak wszystkie dzieci świata: najpierw do góry podnosiły się pupy, spod kołdry wyrastały domki i dopiero potem otwierały się oczy.

— Hej, skarby! Jeśli mama spóźni się do pracy…

— To pan szef, ten Gąsior Płetwiasty, i ochroniarz Karabas-Barabas będą ją strasznie strofować! — ziewała mądra córeczka, a ja całowałam ją w policzek.

— Dokładnie!

— Ma-am, a kupisz mi kinderka?

— Alosz, nie przeginaj, przecież kupowałam ci dwa dni temu.

— No ma-am! Ja chcę Marvela Joya albo Zielonego robota! A tam był jakiś głupi śmieszek!

— Mamo, a ja chcę małego Mikołaja!

— Przecież już miałaś.

— A Aloszka mi go zabrał! I zgubił!

— Wcale nie brałem. Skarżypyta!

— Sam jesteś skarżypyta! Mamo, a czemu on mnie przezywa?

— Nie, to ty pierwsza!

I na dwa głosy:

— Ma-am!

— Dobrze, dobrze, kupię, tylko ubierajcie się szybciej!

 

***

 O istnieniu zagranicznej narzeczonej szefa dowiedziałyśmy się z Waleczką drugiego dnia.

W „Garancie” była własna stołówka i bufety, ale okazało się, że połowa naszego działu jadła obiad tutaj, w pokoju socjalnym, gdzie z kolei były własna mikrofalówka, czajnik elektryczny i nawet cud techniki — nowiutki i potwornie drogi ekspres do kawy. Według plotek Gordiejew kupił go za własne ciężko zarobione i podarował działowi do wspólnego użytku, bo bez kawy nie potrafił żyć. Krótko mówiąc, na stołówkę na razie nie mieliśmy pieniędzy, więc z Jurką i Walą szybko upodobaliśmy sobie pokój socjalny.

Rozdział 5 / 34 · Strona 2 z 3