Rozdział 6
Najpierw usłyszałam głos — wysoki i cienki, z ukrytymi nutkami zniecierpliwienia. Myślę, że gdyby właścicielka takiego głosu postanowiła na kogoś nakrzyczeć, wszyscy od razu zasłoniliby uszy przed piskiem. A jeszcze myślę, że w dzieciństwie taki głos mógł należeć do bardzo kapryśnego dziecka. I gdyby zapytano mnie, jak wyobrażam sobie Lenoczkę, słysząc tylko jej głos, odpowiedziałabym, że jako długowłosą blondynkę z ustami push-up, niebieskimi oczami i rzęsami 3D.
W rzeczywistości córka dyrektora technicznego okazała się wysoką, krótko ostrzyżoną brunetką, brązowooką, bladą i szczupłą, z tatuażami na szyi, kostce i w okolicy krzyża. Nie, oczywiście kiedy pojawiła się w dziale w garniturze ze spodniami i na obcasach, tatuaży nie zobaczyliśmy. Ale dziewczyny szybko znalazły jej Instagram i pokazały. No, a ja z ciekawości spojrzałam (no bo co innego robić przy obiedzie?).
Ładnie, powiem wam. Wprost wow! Ale gdyby w ciemności z czyjegoś chudego tyłka spojrzały na mnie takie same calowe kocie oczka… słowo daję, zrobiłoby mi się nieswojo.
A tak nieswojo zrobiło się Walentinie, kiedy ta Lenoczka pojawiła się w naszym dziale i natknęła na Galaninę. Byłam tak pochłonięta zdobywaniem ważnych informacji o agregatach pompowych, siedząc w swoim kącie i stukając palcami w klawiaturę (jeszcze troszeczkę i znajdę dostawcę!), że przegapiłam jej efektowne wejście. Za to zdążyłam zauważyć, jak nieznajoma brunetka, stukając obcasami, odchodzi od biurka oszołomionej Waleczki i wchodzi do gabinetu Gordiejewa.
Trzask! — drzwi prowadzące do gabinetu szefostwa zamknęły się i po cichym biurze przemknął niezadowolony szept.
— Ale jędza! — nie wytrzymał Jurka, wysuwając nos zza plastikowej ścianki. — No widzieliście? Kto to za koza?
— To nie koza, Szlapkin! To kura, która zadziobie, kogo zechce! — prychnęła ze swojego miejsca Manana.
— H-m-m — inteligentny Igor niezadowolony zmarszczył brwi i pokręcił głową. — M-da-m — przeciągnął — sprawy.
— Ale jednak? — nie ustępował Jurka. — Dla niej zasady dobrego wychowania odwołali? Co to za personifikacja świadomości, do jasnej cholery?
— Ej, a co się stało? — zaraz po Jurce i ja wysunęłam głowę z kąta i pokręciłam nią na boki. — Kto to był, ludzie?
Waleczka siedziała biała jak kreda.
— A to była tylko Lenoczka Pietuchowa — wyjaśniła Manana, wykrzywiając twarz. — Córka samego Wadima Spiridonowicza! Wpadła w gości do naszego — zerknęła migdałowymi oczami w stronę gabinetu szefostwa — a tu Waleczka!
— I co? — no tak, właściwie miałam na tapecie pompy przemysłowe, mogłam więc trochę nie nadążać.
— A to! — dziewczyna kiwnęła głową. — Ty, Masza, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś Walentinę, o czym pomyślałaś?
— Ja? — wzruszyłam ramionami. Przez dwie sekundy popatrzyłam w sufit. — Dokładnie nie pamiętam, ale chyba uderzyło mnie jej biurko zawalone papierami. Biuro wtedy nie wyrabiało z dokumentacją projektową i Diewiatko posadziła mnie do Wali do pomocy.
Manana znów prychnęła i machnęła na mnie ręką. Niby: siedź, Malinkina, z tobą wszystko jasne!
— A ty, Jura? — dziewczyna zwróciła się do Szlapkina. — Tylko szczerze!
Ten z poważną miną podrapał się po podbródku.
— Wybacz, Wal, ale powiem jak na spowiedzi. No, pomyślałem: „Cholera! Jakie wielkie ta dziewczyna ma buf… ekhm, oczy. Ale bym w nie popatrzył”.
— Otóż to! — Eristawi wskazała na niego palcem. — Słyszałaś? No więc Lenoczka przyszła do naszego, a tu nagle pojawiła się Galanina! Siedzi sobie, pierwotne piękno, nie wiadomo skąd się wzięło, i jeszcze w niebezpiecznej bliskości Dmitrija Sanycza. Patrzy więc Lenoczka na jej „oczy” i myśli: czemu świat jest dla mnie taki niesprawiedliwy? Jednemu bułeczka z masłem, drugiemu figa z makiem! — Manana prychnęła. — Dziobnę sobie tę piękność boleśniej, żeby się tak szeroko nie uśmiechała do drogiego Dimoczki. I dziobnęła, żmija!
— No to co powiedziała? — nie ustępowałam. No przecież ciekawe!
— Powiedziała, że utknął mi szpinak między zębami. I że następnym razem, kiedy ktoś mnie zapyta, czy Dmitrij Aleksandrowicz jest u siebie, nie powinnam tak szeroko się uśmiechać — to niestosowne w miejscu pracy. I że ona osobiście, patrząc na mnie, wątpi, czy rozumiem różnicę między klubem ze striptizem a biurem poważnej firmy.
— Oho.
— Aha — Waleczka całkiem skwaśniała.
— Oj, ja ten tekst o szpinaku i zębach widziałam w filmie! — wtrąciła swoje trzy grosze Manana. — Tanio i bez oryginalności!
Zgodziłam się.
— Ja też widziałam. A to znaczy, Walusiu, że ta lala nie ma własnej wyobraźni! I w ogóle z natury ma przykrótki rozumek! No i co z tego, że jest córką dyrektora technicznego? Czy to daje jej prawo obrażać wszystkich?!
— Malinkina!
— A? Co? — prawie spadłam ze ścianki.
Mój kąt był skrajny i żeby widzieć ludzi oraz mówić głośnym szeptem, musiałam wdrapać się na krzesło, które oczywiście od razu odjechało.
Gordiejew stał w progu swojego gabinetu i obserwował, jak znikam za przegrodą.
— Mario, czy mogłaby pani wejść do mojego gabinetu?
— Teraz? — To znaczy do gabinetu, w którym siedzi ta sama Lenoczka, Pietuchowa, której nie zdążyłam się przyjrzeć? A co ja tam mam robić, ciekawe?
— Właśnie!
Ale jak to mówią, na froncie rozkazów dowódcy się nie omawia, a u nas tutaj jednak zespół, jak by nie patrzeć, i pierwsza linia pracy.
Westchnęłam, poprawiłam krzesło, klawiaturę, papiery, schowałam ołówek i długopis do szuflady biurka, ale po namyśle odłożyłam wszystko z powrotem. Otworzywszy nową paczkę karteczek samoprzylepnych, przykleiłam jedną do kartonowego skoroszytu. Po namyśle przykleiłam jeszcze jedną z drugiej strony, żeby było ładniej — lubię symetrię!
— Maszka, no co ty? On przecież czeka! — szepnął Jurka, zaglądając zza ścianki z boku. — Nie złość szefostwa, jeśli nie chcesz problemów!
Problemów nie chciałam — ani sobie, ani Szlapkinowi, ani zmartwionej Waleczce, więc poprawiłam spódnicę, włosy i poszłam do Gordiejewa. Ale po drodze trochę trzęsły mi się nogi — a jeśli jego gość usłyszała wszystko, co tu mówiłam? Sprawiedliwości oczywiście się chce, ale stracić pracę już nie.
Gordiejew stał w progu, w otwartych drzwiach, jak zawsze w śnieżnobiałej koszuli, krawacie i ciemnych spodniach, i żeby znaleźć się w gabinecie, musiałam wymierzyć i przecisnąć się obok niego bokiem.
No proszę! Ale ramiona! Mógłby się chociaż odwrócić. U, szafa!
— Tak, Dmitriju Aleksandrowiczu? — za plecami zamknęły się drzwi, rozległy się pewne kroki i Gordiejew zajął miejsce za swoim biurkiem. Uniósł ręce, podciągnął wyżej rękawy koszuli i splótł palce.
— Poznajcie się, Mario, to Jelena — wskazał mi podbródkiem dziewczynę w kostiumie. — Jest księgową i prowadzi nasz dział. Potrzebuję od pani pewnych informacji.
Spojrzałam na brunetkę, ona na mnie, i obie skinęłyśmy głowami.
Uff, kamień spadł mi z serca. Czyli nie słyszała. A oceniające spojrzenie jakoś przeżyję. Nic takiego, gorsze spojrzenia musiałam znosić. Zwłaszcza od staruch na ławkach, kiedy dopiero urodziłam bez męża.
— Malinkina, w pani CV napisano — zaczął Dimka z powagą — że pracowała pani z dokumentacją handlową.
— Tak, pracowałam. Chociaż moja praca bardziej dotyczyła praktycznej strony sprawy i analizy interesujących ofert przetargowych. Nasza firma nie zawierała dużych umów. Z dokumentacją techniczną też pracowałam, ale mam niewielkie doświadczenie.