SOVABOO

Kruche serce

Ch. 15: Rozdział 8, część 2

Глава 15

Rozdział 8, część 2

***
Przyjeżdżam do rodziców na działkę około piątej po południu. U nich wszystko jest już gotowe na powitanie Nowego Roku. Puszysta choinka lśni ubranymi bombkami i girlandami, w niewielkim kominku płonie ogień, liżąc suche polana, a na stole w salonie rozstawiono świąteczną zastawę i napoje.

Rodzice krzątają się, krążąc po domu jedno za drugim; tradycyjnie trochę się dogryzają, by zaraz potem pogodzić. Patrząc na te ich przekomarzania, utwierdzam się w przekonaniu, że życie za miastem wyszło obojgu na dobre. Mama coraz rzadziej wspomina o mieszkaniu i koleżankach, a tata nie patrzy już na nią jak mruk, obrażony, że nikt go nie rozumie. O, nawet przystojną brodę zapuścił i znów coś majstruje na podwórku – zdaje się, że to huśtawka. Żeby mógł swoją Iriskę pohuśtać.

– Alicja, córeczko, nie rozbieraj się za bardzo, u nas jest chłodno! My z Jurkiem przywykliśmy, ale ty lepiej włóż kapcie i nie zdejmuj skarpetek! – krząta się mama Ira, gdy po wejściu do domu zdejmuję płaszcz i buty. Przekazuję tacie torbę z owocami, ściągam czapkę i całuję oboje w policzki.

– Cześć, mamo! Cześć, tato! Tak się za wami stęskniłam!

– Cześć, sójeczko. Przyleciałaś? – basuje radośnie tata, obejmuje mnie za ramiona i odwzajemnia całus w policzek. – A my od obiadu czekamy, które z naszych kochanych dzieci o nas wspomni!

– Widzę! – uśmiecham się do rodziców. – Nawet w kominku rozpaliliście wcześniej i wszystko sami przygotowaliście. W czym ja mam wam teraz pomagać?

– W jedzeniu, oczywiście! – żartuje tata. – Sami nie poradzimy sobie z tą górą! Matka narobiła aż trzech sałatek! I każda z jakimiś nowoczesnymi bajerami – kręci dłonią w powietrzu. – Nie uwierzysz, Alis, musiałem dziś rano jechać do centrum rejonowego po orzeszki piniowe! Zanim znalazłem, poczułem się jak wiewiórka!

W domu unosi się pyszny zapach kaczki pieczonej z jabłkami, natartej miodem i pomarańczą. Nie sposób się oprzeć, wyobrażając sobie jej chrupiącą skórkę. Wciągając ten aromat, przyznaję:

– Mmm… jak tu pięknie pachnie świętami. Już mi ślinka cieknie! Tato, jeśli sałatki są tak samo niesamowite, to zgadzam się z mamą – warto było!

Nazywam tych ludzi rodzicami już od trzynastu lat i naprawdę ich kocham. Prawie nie pamiętam swoich biologicznych rodziców. Kiedy zginęli, miałam sześć lat i przeżyłam szok, z którym nie każdy dorosły by sobie poradził. Oczywiście wspomnienia o tamtej rodzinie zostały, ale przez te lata niemal zupełnie rozmyły się w mgle, do której nie lubię wracać, bo i tak nie znajdę tam odpowiedzi. Tylko rzadko przeglądam stare zdjęcia, żeby pamiętać, kim jestem i co tym ludziom zawdzięczam.

Mój prawdziwy ojciec był starszym bratem-bliźniakiem taty Jurka. To on zawsze marzył o niebie i karierze pilota, a za nim poszedł młodszy brat, wstępując najpierw do szkoły lotniczej, a potem do akademii. Mama Ira w młodości też, podobnie jak moja biologiczna mama, była stewardessą i jej najlepszą przyjaciółką. Tak poznały się obie pary – podczas lotów. Tylko los każdej z nich okazał się inny.

Więc do taty Jurka byłam bardziej podobna niż jego rodzony syn Romka, który odziedziczył po mamie Irze oczy w kolorze brandy i krnąbrny charakter. Chociaż co do charakteru mogłabym polemizować, ale tata w tym sporze nie chciał nikomu ustąpić i trzymał się swego. Dlatego słysząc o orzeszkach, ucieszyłam się z sukcesów mamy w temperowaniu jego uporu i poszłam z rodzicami do kuchni ocenić ich wspólne starania.

Rozmawialiśmy tam przez jakiś czas, kończąc przygotowania do stołu i dzieląc się nowinami, dopóki pod dom nie podjechał nieznany samochód.

Rozległ się podwójny sygnał klaksonu i tata wyszedł zobaczyć, kto nas odwiedził.

Okazało się, że to Wład Rybacki. I nie, nie zdziwiłam się na widok mojego byłego chłopaka. Raz już tu był ze mną i bez trudu odnalazł drogę, namawiając kolegę, żeby go podrzucił.

Za to rozmowa między nami, gdy zostaliśmy sami, nie zapowiadała się na łatwą.

Nie miałam ochoty rozmawiać z Rybackim ani go widzieć. Zwłaszcza tego szlachetnego zdumienia na różowej twarzy niespełnionego aktora i pełnego pretensji oburzenia w oczach.

Choć kto wie, może wszystko, co najlepsze, wciąż ma przed sobą.

Wyszłam do niego, by wyjaśnić sprawę, skoro już przyjechał, i chciałam skończyć to jak najszybciej.

– Alicja, cześć! – chłopak zrobił krok w moją stronę i próbował mnie pocałować, ale nie pozwoliłam mu na to, odsuwając się. – Co się stało? Dlaczego od dwóch dni nie mogę się do ciebie dodzwonić ani cię znaleźć? Martwiłem się, Śnieżna!

Narzucam na siebie puchówkę taty i teraz mocniej się nią otulam na piersiach, chroniąc ręce przed kontaktem z Rybackim.

– Jak zdrowie babci, Wład? – pytam beznamiętnie.

– W porządku, a co? – Najwyraźniej zapytałam nie o to, co trzeba, bo Wład odpowiedział spięty.

– Też odniosłam wrażenie, że wyglądała na bardzo żwawą. Żadnych oznak wysokiego ciśnienia czy fatalnego samopoczucia, o którym mówiłeś. Wręcz przeciwnie.

– T-to znaczy? – Rybacki nie zrozumiał moich aluzji i zmarszczył czoło. A ja nagle poczułam, że chcę to wszystko uciąć raz na zawsze, bez owijania w bawełnę.

– Tak się złożyło, że impreza, na którą poszłyśmy z Mariną, odbywała się w „Orlim Gnieździe” – tak nazywano penthouse, do którego zaproszono Cwietkową. Widziałam cię tam, Wład. Ty też byłeś na tej imprezie, choć mówiłeś, że będziesz z rodziną u babci.

Patrzę chłopakowi prosto w oczy, żebyśmy od razu się zrozumieli. Rybacki blednie, przełykając ślinę. Odpowiada pytaniem, dając sobie czas na przetrawienie faktu, że jego kłamstwo wyszło na jaw:

– Ja?

– Tak, ty. I nie sam.

– Ach, tak! – twarz mu się rozjaśnia i próbuje się uśmiechnąć, dotykając dłonią czoła, jakby zapomniał o takim drobiazgu. Ale nie brzmi to przekonująco. – Racja, byłem! Alicja, trafiłem tam przypadkiem, musiałem spotkać się z jednym kumplem i coś mu oddać. Ale zaraz wyszedłem! Zresztą, co ja miałbym tam robić?

Milczę, więc on pyta sam, nie wiedząc, czego się po mnie spodziewać:

– A dlaczego nie podeszłaś? Jeśli… jeśli widziałaś.

– Chciałam. Ale twój kumpel najwyraźniej źle się czuł i starannie robiłeś mu sztuczne oddychanie. Nie śmiałam wam przeszkadzać i psuć innym wieczoru.

Rybacki rozumie z mojego spojrzenia, że wiem wszystko i wypieranie się nie ma sensu. A ja już wczoraj zdecydowałam, że powrotu do naszego związku nie będzie.

– Alicja, to nie tak, jak myślisz!

– Wład, nie chcę nad tym nawet myśleć. Spróbowaliśmy – nie wyszło. Dobrze, że stało się to teraz, a nie później. Przekonałam się, że nasz związek ci nie wystarczał, inaczej nie szukałbyś spotkań z innymi dziewczynami.

– Ale Alicja, ja nie szukam!

I te oczy takie uczciwe, ani grama winy.

Zupełnie inne niż oczy Rusłana, kiedy Romka przycisnął go prawdą do muru.

– Przestań kłamać, Wład, bo zaraz wejdę do środka! – nie wytrzymuję, cofając się przed nim. – Nie zamierzam słuchać twoich łgarstw! Rozmawiam z tobą tylko po to, żeby postawić kropkę nad i, i się rozstać. Jeśli chcesz wiedzieć, nie będę cię nawet potępiać. Po prostu żyj jak chcesz, ale nie jesteśmy już razem. Żegnaj!

Odwracam się, by odejść, ale Rybacki łapie mnie za łokieć, zatrzymując mnie. Próbuje mnie przytulić, ale tuż obok, za oknami domu, są moi rodzice, więc nie odważa się zatrzymać mnie siłą, gdy zrzucam jego ręce.

– Alicja, kocham tylko ciebie! To wszystko nieprawda – to, co widziałaś. To mój błąd! Po prostu wypiłem, a z tą… nie chcę nawet pamiętać jej imienia!… kiedyś się spotykaliśmy. Próbowałem się od niej odczepić, ale sama się do mnie lgnęła! Namówiła mnie na jeden pocałunek z okazji święta. Ale między nami nic nie było, przysięgam! Zaraz wyszedłem! Nigdy niczego z nią nie planowałem, Alis!

– Było.

– Nie!

To już za wiele. Muszę powiedzieć to, czego nie chciałam, żeby skończyć tę grę. I nie chcę wierzyć, że dla Włada przysięgi nic nie znaczyły.

– Było, Wład. Na łóżku, w cudzej sypialni. Dobrze się bawiliście, śmialiście i mieliście wszystko gdzieś. Stałam w salonie, kiedy wyszliście z balkonu i bolało mnie patrzeć na ciebie z inną, ale ty mnie nawet nie zauważyłeś. A teraz już mi przeszło, więc po prostu odjedź.

– Alicja, nie! A co z Sylwestrem i ośrodkiem wypoczynkowym? Przecież wynająłem dla nas domek!

– Domek? To pojedź tam z babcią. Świetnie wam wychodzi wspólne spędzanie czasu.

– Śnieżna, ale nie możesz mnie tak po prostu rzucić i odejść.

Dziwię się.

– A co niby powinnam zrobić? Rybacki, nie mamy przyszłości. To nie jest straszne, to po prostu fakt. Potrzebujesz innej dziewczyny, nie mnie.

– Nie, ciebie! Śnieżna, potrzebuję tylko ciebie! O, patrz!

Wład rozpina kurtkę i grzebie w wewnętrznej kieszeni. Wyjmuje z niej aksamitne pudełeczko, patrząc na mnie z nadzieją.

– O, nie… Nawet nie próbuj! – staram się go powstrzymać, ale za późno.

Otwiera pudełeczko z pierścionkiem i klęka na śniegu.

– Alicja, zamierzałem o północy poprosić cię o rękę, ale chcę to zrobić teraz! Wyjdź za mnie!

To pewnie z nerwów, bo nagle wybucham śmiechem. Nie z Włada, z siebie. Niesamowity dzień – dwie propozycje w ciągu jednej doby. Normalnie jestem rozchwytywaną panną młodą! Aż przykro, że znów muszę odmówić.

– Wstań, Wład. Nie przyjmę go.

– Przyjmiesz!

– Ogłuchłeś, Rybacki? – teraz już naprawdę się gniewam, mocniej otulając się kurtką ojca. Ja też potrafię być uparta. – Myślisz, że powinnam skakać z radości?

Byłoby to dziwne po tym, co mu właśnie opowiedziałam. Wład wstaje, ale nie chce przyjąć do wiadomości, że to koniec. Nie rozumiem dlaczego. Nie kocha mnie, to jasne. Po co więc męczyć się kolejnymi szansami?

– Śnieżna, zawiniłem – mówi ciszej i tym razem szczerze. – Ale kto nie popełnia błędów? Po prostu o tym zapomnijmy i przysięgam, to się nigdy nie powtórzy! Nie masz pojęcia, jak bardzo żałuję!

– Przysięgałeś minutę temu – odpowiadam, sprowadzając go na ziemię. – Przecież wcześniej też miałeś „randki z babcią”, Wład? Ale jeśli cię o to zapytam, znów skłamiesz. Odjedź, muszę wracać do domu – jest zimno. I nie dzwoń, wyrzuciłam telefon.

Zdążam podejść do bramy i ją otworzyć, gdy dogania mnie pytanie Rybackiego:

– Alicja, po co?

– Co „po co”? – odwracam się, by spojrzeć na chłopaka, teraz już definitywnie byłego.

– Po co tam poszłaś? Przecież prosiłem, żebyś została w domu.

W jego głosie słychać rozżalenie i rozumiem dlaczego. To ja psuję teraz jego plany, podczas gdy powinnam cieszyć się ze swojego „szczęścia”. Przecież to takie proste – „zrozumieć i wybaczyć”. Ja próbowałam go zrozumieć, o czym mu powiedziałam. To, że mnie nie usłyszał, nie jest moją winą.

– A ty… po co?!

Odchodzę, a po kilku minutach samochód odjeżdża.

Wchodząc do domu, zauważam, jak oboje rodzice szybko klapią na fotele, najwyraźniej w ostatniej chwili odskakując od okna.

– Co, śledziliście mnie?

– My? – dziwi się tata bardzo naturalnie. – Skądże, co ty!

– Nie! – potakuje mama. – My tylko przypadkiem z Jurkiem… Ale nic nie słyszeliśmy!

– Jasne.

Zdejmuję buty i siadam naprzeciwko nich na kanapie, wciąż w kurtce. Ciałem wstrząsają lekkie dreszcze, ale poradzę sobie z nimi.

– Alis – pierwsza nie wytrzymuje mama. – Czy Wład ci się oświadczył?

– Oświadczył – przyznaję. – Ale odmówiłam. Nie jesteśmy już razem, tak wyszło.

– I bardzo dobrze! – basuje twardo tata. – Ten Rybacki nigdy nam się nie podobał!

– Alis, a dlaczego odmówiłaś? – dopytuje mama, ale nie mam jej tego za złe. Kiedy twoje dzieci mają burzliwe życie osobiste, to jest to ciekawsze niż własne.

– Bo go nie kocham – nieoczekiwanie łatwo znajduję odpowiedź i uświadamiam sobie, że się uśmiecham. – On mnie też nie. A samooszukiwanie się do niczego dobrego nie prowadzi, prawda? –

 Och, dziewczyno…

– Lepiej szykujmy stół! I zaparzmy gorącej herbaty, co? Mamo, naprawdę bardzo się za wami stęskniłam!

***
Zupełnie się tego nie spodziewam, ale wieczorem przyjeżdża Romka – z moim ulubionym tortem i siatką pomarańczy. Nie rozmawiamy ze sobą, ale to nieważne. Najważniejsze, że rodzice są szczęśliwi, nasza rodzina jest razem, a w domu jest ciepło.