SOVABOO

Kruche serce

Ch. 22: Rozdział 13

Глава 22

Rozdział 13

Rusłan

 Jej usta i jej zapach. Jej włosy przy moim policzku. Pamięć przywraca wszystkie barwy moim wspomnieniom, wyrywając je na powierzchnię i zmuszając, bym znów to czuł. Tak jak kiedyś, gdy odchodziłem od zmysłów, bo była blisko, a ja nie mogłem jej mieć.

Z trudem się od niej odrywam, nawet mając świadomość, że nie odpowiada na pocałunek.

Alicja ma zamknięte oczy i ciężko oddycha, wciąż opierając dłoń o moje ramię. Czując mój oddech na policzku, nie prosi, lecz bezsilnie żąda:

— Przestań… — I dodaje z wydechem: — Nienawidzę cię! Nie powinieneś… Słyszysz?

 Nie powinienem i z pewnością przekroczyłem granicę, ale tylko dlatego, że nie mogłem inaczej. Pierwszych uczuć się nie zapomina, a ja nawet nie próbowałem. Ktoś okrutnie sobie ze mnie zakpił, przywracając Alicję do mojego życia tak nagle, że całkowicie urwało mi dach. Ale skłamałbym, mówiąc, że się z tego nie cieszę.

Rozluźniam uścisk, a ona natychmiast wyrywa nadgarstek, opadając na fotel. Unosi rzęsy i patrzy w okno przed sobą, jakby bała się spojrzeć na mnie… albo uwierzyć, że nasze spotkanie jest prawdą.

Siedzimy przez chwilę w ciszy. Zaczyna padać, a dźwięk kropel to jedyny głos, który wybrzmiewa między nami.

 Doskonale usłyszałem adres. W końcu odpalam silnik Tesli i wbijam w nawigację odpowiednią uliczkę. Prawie klnę na głos, widząc, że punkt na mapie znajduje się pięć minut drogi od mojego własnego domu.

Czy ona przez cały ten czas była tak blisko? To nie do wiary.

Zatem mamy pół godziny drogi, a moje dłonie zaciskają się na kierownicy. I powinienem trzymać ją mocniej, bo inaczej znów dobiorę się do Alicji. Nie potrafię teraz mówić, gardło mam ściśnięte od nadmiaru emocji — pozostaje tylko działać.

Włączam wycieraczki, wyprowadzam sedana z parkingu i skręcam w aleję. Prowadzę auto znajomą drogą, a myśli niosą mnie z powrotem do Śniegu i naszej młodości. Do naszej jedynej nocy i tego ostatniego spotkania, po którym ją straciłem.

Gdzie mieszkała przez ten cały czas? Z kim żyła?

Kto ją kochał?

Szlag, nie chcę o tym myśleć. Nie mogę! Ale myśli nie da się zatrzymać samym chceniem. Palce zaciskają się na kierownicy aż do białości, a ciało wciąż ją czuje.

 Zatrzymuję samochód pod właściwym blokiem, ale nie potrafię zwolnić blokady drzwi — nie chcę jej wypuścić. Znów siedzimy przez długą minutę, patrząc, jak po przedniej szybie spływają strużki deszczu, aż w końcu Alicja odpina pas i mówi beznamiętnym głosem:

— Otwórz drzwi. Muszę iść.

— Rusłan.

— Pamiętam, jak masz na imię.

 Blokada klika, silnik milknie. Wydaje mi się, że Śniegu przez kilka sekund się waha, zanim otwiera drzwi i wychodzi na deszcz. Bierze torebkę, szczelnie owija się płaszczem i nie mówiąc ani słowa, rusza ścieżką w stronę domu. Ja natomiast zmuszam się, by oprzytomnieć.

Nagle ogarnia mnie strach, że ona po prostu tak odejdzie. Znów zniknie w nocy, tak jak kiedyś, a mi po minucie pozostaną tylko wątpliwości, czy Alicja w ogóle istniała?

Wysiadam z auta, z siłą trzaskam drzwiami i ruszam za nią.

— Alicja, stój! — Biegnę, chwytam ją pod piersiami i przyciągam plecami do siebie. — Nie mogę cię puścić! — wyrzucam jej prosto w kark, ale ona zdejmuje moje ręce i wyrywa się.

— Będziesz mógł! Raz już puściłeś!

Zaciskając na sobie rozpięty płaszcz, spieszy się, by odejść, prawie biegnie…

— Alicja!

 Nagle jednak potyka się i zwalnia krok, widząc mężczyznę, który wyszedł jej naprzeciw z cienia klatki schodowej.

On czeka, aż ona powoli podejdzie, i coś do niej mówi. Rzuciwszy okiem w moją stronę, rzuca pod nogi bukiet kwiatów, który trzymał w ręku, odwraca się i odchodzi. A Alicja…

Nie, nie woła go, nie próbuje zatrzymać. Mam wrażenie, że plączą jej się nogi, gdy rusza z miejsca i wchodzi do klatki, nie podnosząc kwiatów z asfaltu.

Zamarłem na moment, widząc fragment życia Śniegu, którego nie powinienem oglądać, i nagle się budzę. Ciężkie drzwi do klatki powoli się zamykają. Zostało niewiele czasu, zanim na dobre ukryją przede mną Alicję… Biegnę więc za nią, w ostatniej chwili powstrzymując drzwi przed zatrzaśnięciem.

 Wbiegam do środka, ale winda już jedzie w górę, a serce wali mi jak młotem. Pędzę po schodach i w końcu słyszę, że winda się zatrzymuje.

Ja staję razem z nią — zastygam na dole półpiętra. Wbijam palce w poręcz, niezdolny do odejścia ani do odpowiedzi samemu sobie, co właściwie zamierzam zrobić.

Na klatce otwierają się drzwi i słychać głos Śnieżnej:

— Wróciłam, pani Wiero. Przepraszam, wyszło później, niż planowałam, ale zapłacę pani więcej. Więcej nie zgodzę się na pracę o tak późnej porze.

— Ależ skąd, Alicjo! Nie nudziłyśmy się. Zdążyłyśmy i porysować, i powygłupiać się. Chciałam sama położyć Aneczkę spać, ale ta twoja dziewczynka ma energii za dwóch chłopców. Za nic nie chciała się położyć bez mamy! Nie masz pojęcia, na co mnie namówiła. Stałyśmy na jednej nodze z poduszkami na głowach, jak akrobatki! Oby jutro kręgosłup mi się rozprostował po takiej gimnastyce.

— Dziękuję, bardzo mi pani pomogła.

— Polecam się na przyszłość. W końcu jesteśmy sąsiadkami, a moi wnukowie to już studenci, z nimi się nie posiedzi. Tylko dziewczyny i TikToki im w głowie. No, dobranoc!

— Tak, dobranoc, pani Wiero…

 Wchodzę na piętro i widzę kobietę około siedemdziesiątki w domowym ubraniu, która wychodzi z mieszkania. Zauważywszy mnie, macha ręką z uśmiechem, kierując się do drzwi naprzeciwko:

— Jeśli macie randkę, gołąbeczki, mogliście się nie chować! Jakbym sama młoda nie była. Nie mój interes. Oj, nie mój!

Odchodzi, zostawiając drzwi do mieszkania, do którego weszła Alicja, uchylone. Chwytam za klamkę, zanim zdążę się powstrzymać. Przekraczam próg obcego przedpokoju — niewielkiego, jak i całe mieszkanie — wiedząc, że nie mam wyboru.

 Alicja się nie rozebrała. Zapaliła światło w kuchni, osunęła się na krzesło i oparła tył głowy o ścianę. Obok niej stoi dziecko — dziewczynka. Ma na sobie rajstopy i koszulkę… albo krótką sukienkę… nie znam się na takich rzeczach. Ciemne włosy są związane w długie kucyki, z których jeden opadł na ramię. Mocno trzyma swoimi rączkami dłonie Śnieżnej.

— Mamo… mamo! Pokazywałam pani Wierze cyrk! Robię fikołki tak świetnie jak Gwiazda Zemsty z tego przedstawienia, na którym byłyśmy. I wcale nie chcę spać! Ani troszeczkę! Mamo, źle się czujesz?

— Tak, Aniu.

— Już!

Mała biegnie do lodówki i otwiera ją. Bierze z półki jakieś lekarstwo, nalewa wody z karafki do szklanki i podaje Alicji.

— Masz, mamusiu, weź!

Dopiero potem odwraca się w moją stronę. Nie boi się, choć mogłaby, ale patrzy spode łba — jak dziecko, które za nic nie zacznie rozmawiać z pierwszym lepszym dorosłym. Tylko jeśli samo zechce.

Znam to. Byłem taki sam.

— Mamo, a kto to jest ten pan? Dlaczego przyszedł?

 Śnieżna wie, że tu jestem. Czuła to od pierwszej sekundy. Ale nie ma siły na wyjaśnienia. Stać ją tylko na pogłaskanie córki po głowie.

A to, że dziewczynka jest dzieckiem Alicji — nie budzi wątpliwości. Oczy małej są tak samo przenikliwie niebieskie jak jej mamy. Tylko włosy ma ciemne jak granit. Ładna dziewczynka. Wyglądają teraz we dwie jak dwa przeciwieństwa tego samego odbicia — śnieg i grafit.

 — Potem, Aniusiu, wszystko ci opowiem. Nie teraz.

Mój głos brzmi zdumiony i zdławiony, jakby niewidzialna pięść uderzyła mnie w pierś i przybiła do ściany, odzierając moją rzeczywistość z kolorów.

— Alicja… masz męża?!

Nie, to niemożliwe!

A jednocześnie wdarłem się w czyjeś życie i widzę je na własne oczy.

Śnieżna powoli pije wodę ze szklanki, popijając jakieś tabletki, i odstawia naczynie na stół. Odpowiada cicho, ale doskonale słyszę nuty irytacji i złości w jej opanowanym głosie:

 — To zadziwiające, Mardżanow, że o tym nie pomyślałeś, zanim tu wszedłeś.

— Alicja, odpowiedz!

 Milczy, więc odpowiadam sobie sam:

— Nie, nie jesteś mężatką. Nie ma tu męskich rzeczy i nikt mi jeszcze nie obił mordy. Zatem…

— To nic nie znaczy. Cała reszta to tylko moje życie, a ciebie jest w nim zbyt dużo jak na jeden dzień.

— Dlaczego uciekłaś? Teraz, gdy minęło tyle lat?

 Alicja wstaje i zdejmuje przemoczony płaszcz. Odkłada go na oparcie krzesła, znów siada, by zdjąć szpilki — najpierw jedno czółenko, odsłaniając piękne kolano, potem drugie. Odstawiwszy buty, wyciąga zmęczone nogi, a ja natychmiast wbijam wzrok w jej bose stopy.

Mała obraca się i biegnie w moją stronę. Zatrzymuje się metr ode mnie, unosi głowę, by uważnie mi się przyjrzeć, obiega mnie i bierze z półki kapcie. Biegnie z powrotem, podając je mamie.

 — Mamo, masz!

— Dziękuję, Aniusiu. — Alicja obejmuje córkę i całuje ją w policzek. — Jadłaś? — pyta, jakby były same i jakbym ja nie istniał. — Zostawiłam ci kolację.

A może rzeczywiście mnie dla nich nie ma? Przecież jestem tu nieproszonym gościem.

 — Tak… troszeczkę — odpowiada dziewczynka. — Nie chciałam, mamo. Nie miałam czasu! Ale pani Wiera jadła!

— Jasne. W takim razie podgrzeję ci mleko i bułeczkę z twarogiem. I żadnych „ale”, Aniu! Obiecałaś babci, że będziesz dobrze jadła, pamiętasz? I kładła się spać o czasie!

— No dobrze, mamusiu. Zjem!

— Moja dzielna córeczka.

 Alicja gładzi dziewczynkę po głowie, wstaje i dopiero teraz podchodzi do mnie. Patrzy przez minutę, zanim odpowiada na moje pytanie:

 — Dlaczego uciekłam? Po prostu pamiętam, jak się rozstaliśmy. I szczerze mówiąc, nie byłam gotowa cię dzisiaj zobaczyć. Nie zdziwiłabym się, gdybyś udawał, że mnie nie znasz.

— To niemożliwe.

— Możliwe, jeśli wspomnieć, że przy naszym ostatnim spotkaniu nie byłeś mi rad.

— Mamo, a ten pan nie będzie jadł?

— Nie, Aniusiu. Na pana czekają w domu. On… nie lubi bułeczek.

W przygaszonym świetle przedpokoju oczy Alicji są niebieskie i boleśnie bliskie. A jednocześnie chłodne, jakich u niej nie znałem.

 — …Ani twarogu, ani mleka… — ciągnie dalej. — Niczego, co przypomina śnieg.

— Alicja, to nie tak.

— Co konkretnie jest „nie tak”? — unosi rzęsy Śnieżna. Boso, bez obcasów, jej czubek głowy sięga ledwie moich ust. Zauważam, jak zahacza o nie wzrokiem.

— Wszystko jest nie tak. Nikt na mnie nie czeka. Mieszkam sam.

Śnieżna lekko porusza brodą i oplata się ramionami. Pociera dłonią przedramię — zawsze tak robiła, gdy zostawaliśmy sami, a ja peszyłem ją swoją obecnością.

 — Cóż, ja, jak widzisz, nie. Wyjdź, Mardżanow. Muszę nakarmić dziecko i położyć je spać, a na ciebie czeka twoje beztroskie życie.

— Alicja…

— Tylko nie mów znowu, że jestem nudna i poprawna! — żąda Śniegu. — Za późno! Dawno przestało mnie obchodzić, co myślą o mnie inni. I to, co pomyślisz ty — też! Nie zamierzam się z tobą bawić! Jestem pewna, że masz dość rozrywek i bez mojego udziału!

 Oczywiście, zauważyła i moich znajomych, i Alinkę, która urządziła w hali wystawowej tę brzydką scenę. Sam też doskonale pamiętam nasze rozstanie — to, jakim okrutnym idiotą byłem w jej oczach i ile było w nich wtedy bólu i rozczarowania.

Pamięć o tym była najgorsza. Nie ma się czym chwalić, rzeczywiście żyłem, jak chciałem, ale Śnieżna mnie nie oskarża, mówi, jak jest — i w swoim przedpokoju ma do tego prawo.

Tyle że dla mnie ona nigdy nie była rozrywką.

Odwraca się, a ja wychodzę z mieszkania, z trudem zamykając za sobą drzwi. To wszystko, na co mnie stać. Nie potrafię odejść dalej.

Nie ciągnie mnie tam wcale. Nie ma sensu. Nie ma niczego. Żadnego płomienia świecy, do którego chciałoby się wracać. Po prostu nie mogę odejść do swojego cholernego życia, wiedząc, że tutaj, za tymi drzwiami, mieszka Alicja.

Nie sama. I tę część jej historii muszę jeszcze przetrawić.

Podchodzę do schodów i opieram się biodrami o poręcz. Stoję, myśląc o wielu rzeczach. W kieszeni mam telefon, paczkę papierosów… Wyjmuję jednego i zapalam. Zaciągam się kilka razy, ciężko wypuszczając dym z płuc, zanim drzwi mieszkania Śnieżnej się uchylają i w wąskiej szparze pojawia się jej mała. Przygląda mi się, a dopiero potem mówi:

— Panie, nie palić. Mamie nie wolno oddychać takim świństwem.

Prawdę mówiąc, papierosy są drogie, z lekkim tytoniem, ale z dzieckiem się nie dyskutuje.

— Hm… tak. — Natychmiast gaszę papierosa o metalową poręcz i wpycham go z powrotem do paczki, bo nie mam gdzie go wyrzucić. — Przepraszam — odpowiadam dziewczynce, chowając papierosy do kieszeni. — Więcej nie będę.

— I sama potrafię zasypiać, jak dorośli.

— Mghm… oczywiście.

 Drzwi się zatrzaskują, mała znika, a ja sam nagle mam ochotę nabrać w płuca więcej powietrza.

Schodzę po schodach na dół i wychodzę na zewnątrz, gdzie wciąż pada deszcz. Wychodząc spod zadaszenia, trafiam nogami na bukiet, który wciąż leży w mokrej kałuży.

Podbijam go czubkiem buta, biorę zamach i odkopuję go daleko, dając upust złości. Zawsze lepiej grałem w piłkę, niż się biłem, ale teraz z dużo większą przyjemnością obaliłbym typa, który ośmielił się rzucić kwiaty pod nogi Śnieżnej.

Zabiłbym za to.

 Deszcz moczy mi włosy, spływa po kurtce. Wsiadam do auta. Nie odpalam silnika, nie odjeżdżam. Po prostu siedzę, wpatrzony w noc.

Tam, gdzie w jej oknie świeci się światło.

***

Alicja

 Gorące strumienie wody spływające po ramionach. Tylko one ratowały mnie w chwilach, gdy było mi szczególnie zimno i niespokojnie. I gdy ogarniał mnie strach na myśl, że jutro może nie nadejść.

Lekarz zabronił gorącego prysznica, ale mój organizm sam się go domagał. Gdy moje nogi lodowaciały, a skóra stygła, prosił o ciepło. I dawałam mu to ciepło, brałam je, skąd tylko się dało. Przez długi czas mi się to udawało. I organizm mi się odpłacił — urodziłam zdrową dziewczynkę.

Opinia lekarza była kategoryczna — nie wolno mi rodzić. Ciąża zaburzy krążenie i obciąży układ sercowo-naczyniowy. Zwiększy ryzyko niewydolności serca i zmieni ciśnienie. Rosnący płód podniesie przeponę, przesunie serce i dla mnie wszystko może się skończyć w najbardziej niepożądany sposób…

Może, ale nie musi.

Wysłuchałam wtedy całego wykładu o możliwych wariantach mojej przyszłości, ale usłyszałam tylko jedno.

Lekarz nie mógł mi zabronić zostać matką.

 Oczywiście dla rodziców był to szok. Ich adoptowana córka, z którą nigdy nie było problemów, nagle zaserwowała im kilka niespodzianek, a każda kolejna była mocniejsza od poprzedniej. Trzymali się, jak mogli, ale ostateczna decyzja należała do mnie. I podjęłam ją.

Wytrzymałam.

Przez pierwsze trzy lata sama się dziwiłam, skąd brałam siły, ale dałam radę. Wyjechałam do rodziców ojca, do małego miasteczka i tam zostałam, nie rzucając pracy i znajdując nową. Wcześnie nauczyłam się dbać o siebie, by nie obciążać bliskich, a teraz nauczyłam się dbać o córkę. Wszystko nam się udawało… Cicho, powoli, ale stałyśmy na własnych nogach.

A potem nagle zabrakło babci. Rok później odszedł dziadek. Rodzice bardzo ciężko przeżyli tę stratę. Ja razem z nimi.

Cud się nie zdarzył, przestałam się oszukiwać: moje samopoczucie się pogarszało i nie było przed tym ucieczki. Wrócił chłód i bóle w piersiach, ale co najgorsze — wrócił paniczny strach, który skuwał ciało lodem. Teraz bałam się o dwoje i znów samotnie walczyłam z wadą serca. Rzucałam się w ciepło gorących strumieni, bo nikomu nie mogłam pokazać, jak bardzo się boję — za każdym razem czekając, aż ból puści moje serce. Rozumiałam, że będę musiała się zdecydować na skomplikowaną i drogą dla mojej rodziny operację, inaczej Anusia zostanie sama.

Co się stanie, jeśli Anusia zostanie sama?!

Myśl o tym była najgorsza. Oczywiście, Romka i rodzice jej nie zostawią, ale…

Wiedziałam, że zawsze pozostanie to „ale”, pamiętając, jak sama żyłam. Dlatego wpisałam w akt urodzenia córki nazwisko jej ojca, choć rodzina nie pochwaliła tej decyzji.

Nie potępiali mnie, ale temat Rusłana w moim życiu jeszcze długo był bolesny dla nas wszystkich. Szczególnie dla brata, który nie zdołał wybaczyć przyjacielowi. Jednak pogodził się z tym, gdy jego własne życie stało się niemniej intensywne niż to Mardżanowa.

 Trzy lata temu Romka ożenił się z wielkiej miłości, dwa lata temu rozwiódł i natychmiast ożenił ponownie. Teraz miał rocznego syna, rodzicom przybyło obowiązków i nie widywaliśmy się często. Zaledwie parę razy, odkąd miesiąc temu wróciłam na stałe do miasta i urządzałam się z córką w nowym mieszkaniu — niewielkim, ale własnym.

Tak bardzo liczyłam na to, że mam jeszcze czas…

Ale dzisiaj wszystko wywróciło się do góry nogami.

 Nie wiem, jak doszłam do domu. Nogi odmawiały posłuszeństwa, a serce trzepotało w piersi niczym ptak uwięziony w klatce. Każdy trzepot skrzydeł niósł ból, bo prętów klatki nie dało się rozgiąć. Chciałam uciekać — najpierw przed głosem Rusłana, a potem przed nim samym.

Nie udało się.

Spotkaliśmy się, a on znów sparzył mnie sobą, wracając do mojego życia równie gwałtownie, jak z niego zniknął.

 Stoję w łazience, wyciągam nieposłuszną rękę i przełączam prysznic na deszczownicę, powoli zmywając szampon z włosów. Podstawiam pod gorące strumienie najpierw twarz, potem szyję i ramiona, czując, że drżenie nie ustaje nawet w cieple wody. Dzisiaj zużyłam więcej sił, niż mogłam sobie pozwolić, by przetrwać to nieoczekiwane spotkanie z Rusłanem. Wycieńczyłam się do cna.

Łzy płyną same. Rzadko pozwalam sobie na tę słabość, a teraz, gdy już popłynęły, nie potrafię ich zatrzymać. Nie jestem tak silna, jaką próbowałam się wydawać przed tym młodym mężczyzną, który kiedyś wyznał mi miłość. Przed samą sobą nie ukryję, że to spotkanie mną wstrząsnęło.

Nie powinien mnie całować. Po tym wszystkim — nie powinien!

— Po co? Na miłość boską, Mardżanow, dlaczego teraz? Kiedy uwierzyłam, że o tobie zapomniałam, a ty żyjesz, jak chcesz? Jak mam teraz z tobą rozmawiać, skoro obudziło się wszystko, co miało zostać zapomniane? Jak?!

Strumienie spływają po ciele, wirują wokół nóg… Wyciągam rękę i zakręcam kurek. Wzdycham ciężko, przeczesując dłonią włosy. Mówię cicho do siebie:

— I co ja teraz powiem Anusi?

Kiedy Rusłan wszedł do mieszkania, nazwałam go po nazwisku. Tak, w zapomnieniu, ale córka nie mogła go nie usłyszeć. Znałam swoje dziecko — odrzucała wszystko, co jej nie interesowało, ale natychmiast wyłapywała to, co przyciągało jej uwagę.

Mężczyzny o nazwisku Mardżanow jeszcze w naszym domu nie było, dlatego oczka córki tak tajemniczo lśniły, gdy kładłam ją do łóżka. Ale nic nie zdołałam jej powiedzieć. Tylko ją pocałować i powtórzyć, że ją kocham.

Kocham moje prawdziwe cudo bardziej niż cokolwiek na świecie. I usłyszeć w odpowiedzi to, dla czego warto zaryzykować nawet własne serce i popełnić wszelkie błędy.

— Ja ciebie też kocham, mamusiu. Bardzo, bardzo mocno!

Wycieram włosy — nie mam siły ich suszyć — owijam się ręcznikiem i wychodzę z łazienki. Łazienka jest niewielka, więc zawsze zostawiam ubranie w sypialni, żeby nie nasiąkło wilgocią.

Przymykam drzwi, odwracam się… i nagle wzdrygam się całym ciałem, widząc w przedpokoju Rusłana.