Глава 23
Rozdział 14, część 1
— Och!
On też jest mokry, tak samo jak ja, tyle że od deszczu. Ciemne oczy lśnią, kości policzkowe są napięte, a usta mocno zaciśnięte. Gdy tylko mnie dostrzega, rusza w moją stronę.
— Alicja!
Wystarczają mu dwa kroki, ja zdążę zaledwie nabrać powietrza, gdy jego ramiona oplatają mnie i przyciągają do piersi. Schyla głowę i odnajduje moje usta. Całuje je żarłocznie, potem twarz, włosy. Obejmuje mnie tak mocno, że nie sposób się wyrwać.
— Zabierz mnie do swojego świata, Aliska — prosi przy moim uchu, a ten szept dociera do samego serca. — Nie mam już dokąd pójść. Nie wyganiaj mnie!
— Jesteś zimny.
— Tak.
Puszcza mnie, ale tylko po to, by zrzucić kurtkę. Rzuciwszy ją przy progu, znów przywiera do mnie — tym razem gorący, oddając mnie swojemu ciału i osaczając męskim zapachem roztopionej żywicy i cedru. Cierpki i sprzecznie gorzki, tak jak nasze objęcie. I samo to objęcie jest jednocześnie znajome i obce, niczym smak jego ust i dotyk dłoni.
Teraz to usta i dłonie młodego mężczyzny, pewnego swego pożądania, a nie tamtego chłopaka sprzed lat. I rozumiem, że mnie nie puści, nawet jeśli powiem „nie”.
Rusłan wciąż całuje moją szyję i ramiona, podczas gdy ja trzymam się go, oddychając płytko — niezdolna, by poradzić sobie z emocjami i z samą sobą. Z tym, co nas zalało, gdy tylko mnie przytulił.
Wrócił, a wraz z nim wróciła wspólna przeszłość, która zdaje się być zaledwie z wczoraj. W tej przeszłości dawno zniknęły granice i skrępowanie, pozostawiając w pamięci nas prawdziwych.
Czuję się teraz jak łódź, która długo radziła sobie z nurtem, ale okazała się niegotowa na spotkanie ze sztormem — i teraz cichnę pod jego naporem, by nie utonąć.
Rusłan ma silne ręce. Nie wystarcza mu samo to, że mnie trzyma — on chce czuć. Pod wpływem jego uścisku ręcznik zsuwa się z moich piersi i opada do stóp.
— Przepraszam. Już!
Przykuca, by go podnieść… i nagle wtula się czołem w mój brzuch, obejmując dłońmi biodra. Zastyga na sekundę, po czym zachłannie zaciska na nich palce, dotykając skóry gorącymi wargami.
— Boże, Śniegu… jak mi ciebie brakowało. Nie mogę uwierzyć, że to ty. Gdzie byłaś przez ten cały czas? Gdzie?!
A ja nie potrafię odpowiedzieć. Mój oddech rwie się rozbłyskami na wargach, a palce wpijają się w jego szerokie ramiona. W oczach znów stają łzy, bo brakuje słów, a odepchnąć go nie potrafię.
Nasze spotkanie przypomina obłęd. To punkt w labiryncie dla dwojga, w którym znów się znaleźliśmy — już nie młodzi i nie beztroscy. Nie bliscy, ale i nie obcy, bo inaczej dlaczego tak reaguję? Wbrew wszystkiemu ożywam pod zachłonną pieszczotą męskich dłoni i zamieram od dotyku ust, które nie przestają mnie całować.
— Rusłan, oszalałeś! — wyduszam, gdy w końcu udaje mi się cokolwiek powiedzieć, i niespodziewanie unoszę dłoń do jego włosów, przypominając sobie, jak gęste i posłuszne były zawsze.
Mardżanow zawsze miał najmodniejsze fryzury i od tamtej pory nic się nie zmieniło.
— Dawno temu — nie zaprzecza. — Nic mi nie pomoże, jestem chory na ciebie.
— Nic o mnie nie wiesz.
— Dowiem się, Śniegu! Obiecuję! Tylko pozwól…
Wstaje i wyszarpuje koszulę zza paska spodni. Rozpina ją, zdejmuje i narzuca na moje ramiona. Otulając mnie nią, przyciąga mnie do piersi, chowając usta w moich włosach.
— Alicja, pozwól mi cię ogrzać. Tym razem postaram się nie być idiotą. Wiem, że sam wszystko zepsułem. Zawsze to wiedziałem, ale nie potrafiłem tego naprawić.
Zauważam, że drżę. Może z zimna i braku sił, a może z nadmiaru przeżyć, których naprawdę jest zbyt wiele jak na jeden wieczór.
Kiedyś bałam się zakochać w tym chłopaku — w jego jagodowym spojrzeniu i bezczelnym uśmiechu, który łamał granice mojej dziewczęcej strefy równowagi. Jak się okazało, nie bez powodu się bałam. Tyle że zrozumiałam to, że kocham, znacznie później. Dopiero gdy zostałam sama.
Po Mardżanowie do żadnego chłopaka nie czułam nic podobnego. Zauważali mnie — przystojni, młodzi mężczyźni, ale natrafiali na uprzejmą obojętność, a rzadko na przyjacielską sympatię.
— Nie zmieniłeś się, Rusłan. Wciąż bierzesz to, co chcesz.
— Nie wszystko. Ciebie zawsze chciałem, ale nie dostałem. Reszta przychodziła mi bez wysiłku. A teraz…
— Co teraz? Stałeś się bardziej wybredny? — Podnoszę głowę i patrzę na niego w półmroku przedpokoju. W te ciemne oczy, które niejednej dziewczynie zawróciły w głowie. — Dlaczego tu jesteś, skoro są inne? Po co ci ja? Na miłość boską, Mardżanow, nie mam siły przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. Nie jestem już sama, widziałeś.
— Alicja…
— Nic ci nie odpowiem!
— Nie musisz, sam odpowiem. Chcesz wiedzieć, co zrozumiałem, gdy cię dzisiaj zobaczyłem?
— Co?
Co on może jeszcze powiedzieć poza tym, co już słyszałam?
Dłonie Rusłana wędrują w górę moich pleców, a jego wzrok trzyma mnie mocniej niż uścisk. Mówi, ale najpierw nachyla się do moich ust, owiewając je żarem oddechu:
— Wydoroślałem, Śnieżna, i nie dam sobie już ani jednej szansy, by cię stracić. Nie masz już żadnych argumentów! Widziałem, w którym pokoju najpierw zgasło światło — tam śpi twoja córka. I teraz wiem, gdzie śpisz ty…
Zachłannie bierze moje usta i odrywa mnie od podłogi. Niesie do sypialni, jakby już tu kiedyś był, nie przestając mnie całować. Oczywiście układ mieszkania jest typowy i nie powinnam się dziwić jego pewności. A jednak w Rusłanie jest wiele nowego, czego wcześniej nie znałam.
Wchodzimy, a on zamyka za nami drzwi. W pokoju jest ciemno, jedynie od okna pada nikłe światło księżyca. Moje łóżko jest niewielkie, są tu tylko moje rzeczy i to jest odpowiedź na jego niedawne pytanie.
Kładzie mnie na łóżku i zawisa nade mną. Rozchyliwszy na mnie swoją koszulę, całuje obojczyki i kładzie gorącą dłoń na piersi. Gładzi ją, obejmując ustami otoczkę drugiej piersi, a gdy ją puszcza, unosi językiem brodawkę. Pieści ją, wywołując czułe tarcie, od którego oddycham głośno i mimowolnie wyginam się naprzeciw pieszczocie.
Odnajduję dłońmi ramiona Rusłana i zaciskam na nich palce, gdy on opuszcza głowę niżej i przesuwa wargami po skórze. Całuje mnie pod piersią, sprawiając, że krew płynie przez ciało gorącymi falami. Zsuwa dłonie na nagie uda, przesuwa językiem przy pępku, budząc do życia małe, gorące wiry. Wybuchają w dole brzucha, wypełniając go tępym ciężarem. W tym miejscu, gdzie po narodzinach Anusi została blizna po cesarskim cięciu.
Teraz blizna jest prawie niewidoczna. Ale nie dla wrażliwych i zachłannych ust Rusłana. Gdy ją odnajduje, zastyga na sekundę.
Ja też zamieram w tej sekundzie, odrywając ręce od jego mocnych ramion, niegotowa by prosić… ale on wraca. Rozchyla moje kolana, obniża się przy łóżku i wsuwa silną dłoń pod pośladki. Unosi mnie ku sobie, gładzi brzuch, udo… przesuwa językiem po wrażliwej skórze, otwierając mnie tak, jak chce. Pieści ostrożnie i delikatnie, tym razem nie pytając i nie dając wyboru. Bierze, rozpalając żar tam, gdzie już pulsuje pożądanie rozbudzone jego żarłocznymi pocałunkami.
Zaciskając dłonie na moich pośladkach, przywiera do mnie mocniej… i nie potrafię powstrzymać cichego jęku wraz z jego imieniem:
— Och, Rusłan…
Nie opieram się i nie chowam, nie po to tu jesteśmy. Po powrocie Mardżanowa do mojego przedpokoju nie zdołam się już zamknąć ani przed jego wzrokiem, ani przed rękami.
Mogę się jednak zamknąć przed przeszłością i przymykam powieki, oddając się rozkoszy, którą mi daje — ostrej i cierpkiej, bo wciąż pozostaje między nami tak wiele niedopowiedzianych słów.
Dłonie Rusłana ślizgają się po moich udach, ściskają je i orgazm zalewa mnie całkowicie. Wyginam się w lędźwiach, unoszę piersi, czując jak drżą mi kolana i zapiera dech. A serce bije głośno i niespokojnie, uderzając o echo znajomego bólu — nie przebudzonego, lecz czającego się w ukryciu — błagając, bym je uspokoiła.
Jak? Skoro ciało chce żyć i czuć?!
Rusłan gładzi moje nogi, puszcza je i wstaje. Ale tylko po to, by usiąść na łóżku, podnieść mnie i posadzić na swoich udach. Pochylając głowę, wciąż całuje moje piersi, umiejętnie grając z nimi językiem i wargami. A ja dalej dręczę swoje serce, nagle czując ukłucie tęsknoty na wspomnienie tego, jak delikatny był ze mną nasz pierwszy raz. Dokładnie tak jak teraz.
To niemożliwe i bolesne myśleć, że jest taki ze wszystkimi.
Rusłan całuje obojczyk i unosi usta do mojej szyi. Grzeje dłońmi plecy, gładzi talię, nie spiesząc się z własnym rozebraniem — choć i tak jego nagi tors mnie parzy.
Przez te lata, kiedy się nie widzieliśmy, tamten wysportowany chłopak zmężniał — plecy stały się szersze, a ramiona mocniejsze. Ale kochanka ze mnie wciąż niezbyt wprawna, tyle że jego to chyba niewiele obchodzi.
Nie rozmawiamy, milczymy. On całuje, a ja gładzę palcami jego kark.
— Jesteś taka piękna, Śniegu. Cała. Nie można się od ciebie oderwać.
— W pokoju jest ciemno — odpowiadam szeptem — nie możesz widzieć.
— Widzę.
— A gdybym była cała w bliznach?
— To co? Dla mnie nic by to nie zmieniło.
Mimo wszystko sprawia, że się uśmiecham.
— No proszę, Mardżanow, twoje ulubione pytanie. Kiedyś odpowiadałeś nim na każdy mój sprzeciw.
— Po prostu nigdy mi nie wierzyłaś, a ja mówiłem poważnie. Pozostawało mi tylko się z tobą spierać.
Uśmiech znika wraz z ciężkim wydechem i znów milczymy, choć to milczenie jest niezwykle zmysłowe, a usta Rusłana już dobierają się do mojego ucha.
— Alicja, chcę cię.
Chce — na zdziwienie już za późno. Od dawna czuję jego podniecenie między moimi nogami. Mimo to odpowiadam kategorycznie:
— Mam nadzieję, że masz zabezpieczenie? Inaczej nawet nie marz.
Jednak nie udaje mi się go spłoszyć tą odpowiedzią, choć na to liczyłam.
— Na zawsze cię chcę, Śnieżna. Dla siebie!
Tym razem ma zabezpieczenie, a ja nie pytam „dlaczego”. Zdążyłam zauważyć na aukcji jego towarzystwo i tę ładną ciemnowłosą dziewczynę, która wyraźnie szukała uwagi Rusłana. Co będzie jutro — nie wiem, ale dzisiaj zaszliśmy już za daleko, żeby zawrócić.
Bez pośpiechu unosi moje biodra i opuszcza na siebie, nie spiesząc się z zakończeniem aktu. Zatrzymuje się, wypełniając mnie po same brzegi, i dopiero wtedy rozluźnia uścisk. Całuje głęboko, sięgając aż do podniebienia, na nowo rozpalając we mnie pożądanie pieszczotą języka i palców.
Ta bliskość przypomina słodką torturę. Zaczynam na nią odpowiadać, prowadzę biodra naprzeciw jego pchnięciom, wbijając palce w jego plecy i zaciskając się na nim od środka. Przerywając pocałunek, chwytam powietrze ustami i w końcu opadam na pierś Rusłana, gdy oboje szczytujemy.
Nie odchodzi potem, a ja go nie wyganiam. Znów leżymy z Mardżanowem w jednym łóżku, tak jak leżeliśmy kiedyś w jego sypialni, ale tym razem nie śmiejemy się i nie wygłupiamy. On leży przy krawędzi, zdecydowanie przyciągając mnie do siebie plecami, i porusza oddechem moje jeszcze wilgotne włosy. Długo gładzi pasma palcami, uspokajając mnie jednocześnie swoją obecnością i milczeniem.
I to jest o wiele lepsze niż szukanie odpowiedzi na pytania.
I lepsze niż słuchanie myśli, przed którymi nie ma ucieczki.
On wciąż gładzi moje włosy, a ja niepostrzeżenie zasypiam, ale wcześniej jeszcze zdążę powiedzieć:
— Rusłan, nie będę jutro niczego obiecywać.
— Nie obiecuj.
A kiedy budzę się wczesnym rankiem, odkrywam, że jestem sama.
***