Rozdział 4, część 1
Odwróciwszy się, zmęczona usiadłam przy stole, wzięłam pizzę i odgryzłam kawałek. I Stas usiadł obok i odgryzł. I tata też postanowił zjeść kolację.
Smaczna, swoją drogą, okazała się ta pizza z ananasem.
– Posłuchaj, Dian – zaczął taktownie tata, kiedy na stole została z pizzy ćwiartka dla mamy. – Stas ma rację. Jesteś u nas nie tylko ładną dziewczyną, jesteś mądra, rozsądna i dobra. Zaradna i z tobą nie sposób się nudzić. Ale z nikim nie spotkałaś się dłużej niż przez jedną randkę. A co, jeśli to tak zwane show to twoja szansa, żeby wyjść poza zwykłe ramy? Możliwość przypomnieć sobie, że jesteś dziewczyną z charakterem i nie cofasz się przed wyzwaniami? Wielka rzecz, popularny kanał telewizyjny! Przecież widzowie wierzą żywym ludziom, a nie słupkom oglądalności! Nie tym, którzy przyszli, jak mówisz, się wypromować. Ja też w ciebie wierzę, razem z mamą. Za wcześnie ci jeszcze, hm, dziergać czapki...
– Tylko się nie złość, Dianka – przytaknął Stas. – Jasne, to wszystko wygląda creepy. Ale może nie jest aż tak źle? Jesteś super i na pewno nie dasz sobie zrobić krzywdy – nawet przed kamerą. Poradzisz sobie, zobaczysz! Tym bardziej że te randki są nieprawdziwe.
- Dużo ty wiesz...
- A jeśli ciebie albo mamę obrażą, to weźmiesz i wystawisz ze skarpetki środkowy palec, tam już jest dziura. Momencik... – zakręcił się Stas – tylko wyciągnę ją z kosza!
– Ja nie chcę szukać miłości, rozumiecie? – przyznałam nagle z rozpaczą. – Na randkach czuję się jak dwójkowicz na egzaminie z fizyki. A nawet gorzej. Nie wiem, co powiedzieć, nie umiem śmiać się w odpowiedzi na głupie żarty i nie wiem, co zrobić z rękami. Cały czas myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej wyjść! To katastrofa i wygląda żałośnie. Od razu wylecę z projektu!
– To dlatego, że jesteś uczciwa! – wtrącił z powagą tata. – I nie umiesz grać uczuciami.
– Ale do show nie idzie się po to, żeby być uczciwym, tato. Do show idzie się po to, żeby wygrać!
– Jeszcze nigdzie nie poszłaś, a już się poddałaś – wrócił Stas ze skarpetką szczęścia i wcisnął mi ją do ręki. – A jeśli trafi ci się ktoś normalny? Z dobrym poczuciem humoru i gustem filmowym?
Nie wytrzymałam i prychnęłam ironicznie:
– Widzę, że miłość do fantastyki, Stas, jest u nas rodzinna. Dobrze, dajcie mi czas. Nie jestem gotowa oddać mamy rekinom na pożarcie.
Ale nie zdążyłam objąć kubka z herbatą i pomilczeć... bo nagle zawibrował telefon.
Wzięłam go do ręki – i natychmiast zlodowaciałam. Numer, który napisał do mnie w social mediach, okazał się nieznajomy. Ale za to awatar...
Święte mruczki! Przecież to Walentyn!
Tak, ten sam. Aksamitny głos, białe zęby i oczy jak onyksy. Gwiazdorski prowadzący z dyplomem manipulatora w kieszeni i kontem o sześciocyfrowej liczbie obserwujących.
Co za koszmar!