SOVABOO

Niespodzianka dla profesora

Ch. 5: 5. Profesor

5. Profesor

Chapter 5/38 · Page 1 of 211%

Nie dziewczyna, lecz wiedźma. Jej ogromne zielone oczy, osadzone w wąskiej twarzy o wysokich kościach policzkowych, wyglądały dziko, zupełnie jak u skazanej na śmierć wiedźmy z czasów średniowiecza. I budziły tylko jedno pragnienie — równie dzikie i szalone jak iskry na dnie jej szmaragdowych wirów. Odchyliłem się na oparcie krzesła i przymknąłem oczy zaledwie na chwilę, pozwalając sobie na moment ukryć się przed nierealną zielenią jej oczu.

Jestem przecież racjonalnym facetem, profesorem nauk fizyczno-matematycznych, młodym i obiecującym, jak mawiał akademik Lisowski, mój nauczyciel i mentor.

Tyle że od prawie roku nie potrafiłem żadnymi wzorami obliczyć tego, co działo się ze mną przy Jaskółce. Żadne prawo fizyki nie wyjaśniało tego ognia, który płynął mi w żyłach zamiast krwi, gdy tylko znalazła się obok. Żadne twierdzenie nie odpowiadało na pytanie: co tu, do cholery, się dzieje? I gdyby chodziło tylko o irytację, tę rozumiałem i potrafiłem wyjaśnić. Ale co zrobić z tym nieznanym, co rozkwitało gdzieś w okolicy serca niczym ognisty kwiat?

Światowi matematycy, filozofowie i fizycy nie pomogli mi ani trochę, za to mój szkolny przyjaciel Romek Zimin nie musiał długo myśleć:

— Uuu, aleś wpadł, Lisie — przeciągnął, sącząc whisky z pękatej szklanki przy cichej muzyce.

Sam rozumiałem, że wpadłem. Tylko w co?

Tego wieczoru siedzieliśmy w klubie „Art-house”, który należał do Romka, i zapijaliśmy jego kolejny zawód miłosny.

Uśmiechnąłem się wtedy ponuro, szukając wzrokiem smukłej barmanki, ale nigdzie jej nie znalazłem.

Z rozczarowaniem wypuściłem powietrze, patrząc na bursztynowy płyn w swojej szklance. Odechciało mi się pić.

— Szukasz swojej Walkirii? — Przyjaciel, który rozumiał mnie nawet bez słów, uniósł brew. — Dziś nie ma zmiany — i roześmiał się, wychwyciwszy moje rozczarowane westchnienie. — Moja rada, Lisie: capnij ją i zaciągnij do swojej nory. A tam już… — znacząco poruszył brwiami, za co dostał ostre spojrzenie.

Ale kiedy to moje ostrzegawcze spojrzenia kiedykolwiek powstrzymywały Romka? Tylko się wyszczerzył, drań, zadowolony z siebie.

— Och, jak cudownie — rechotał, kiedy wydostaliśmy się z klubu bliżej świtu. Whisky krążyła mu we krwi, a we mnie ognia nie brakowało nawet bez alkoholu. Aż nadto. Wystarczyłoby, żeby spalić niejedne Pompeje. — Zakochany Lis to coś pięknego. Moja Walkiria pasuje do ciebie idealnie. Nie dziewczyna — wiedźma. Gorąca, słodka…

Ale już nie słyszałem jego głosu — drapieżnik we mnie podniósł głowę i cicho warknął. Drapieżnikowi nie podobało się, że ktoś inny przywłaszczył sobie jego dziewczynę. I solidaryzowałem się z nim. Mnie też się to nie podobało. Ta dziewczyna jest moja! I kropka.

— Twoja dziewczyna, tak przy okazji, mieszka w moim mieszkaniu — wydyszał Romek, pocierając obity policzek. Spojrzał na obite kostki palców i z cichym warknięciem zacisnął dłonie na kierownicy. Jeszcze tylko tego brakowało, żebym przez tego idiotę rozbił się do jasnej cholery. — I nie wyszła za mnie. A ja, Lisie, prosiłem ją o rękę. Ona bardzo potrzebuje męża. Cholera — zaklął, kiedy nie zmieściłem się w ostrym zakręcie i o mało nie wypadłem na pobocze.

A więc to ona doprowadziła Romka do pijaństwa. Barmanka o oczach w kolorze wiosennej zieleni, smaku dojrzałej wiśni i namiętności dzikiej kotki. Dziewczyna mieszkająca z nim pod jednym dachem. A ten już na pewno nigdy nie przepuści swojej szansy. I nieważne, że Walkiria mu teraz odmówiła. Znam Romka niemal od czasów szkolnych — zawsze potrafił podbijać serca kobiet. A tu taka piękność, można powiedzieć, tuż pod ręką.

W środku wszystko zastygło na myśl, że Romek zdobędzie moją dziewczynę.

„Zabiję” — warknąłem w myślach.

A na głos poprosiłem cicho:

— Zimo, zamknij jadaczkę, bądź kumplem — ale przyjaciel usłyszał i jęknął tak żałośnie, jakbym nie przywalił mu raz pięścią, tylko poobijał mu wątrobę i nerki.

— Nie odwoź mnie do domu, Lisie. Nie ma co straszyć dziewczyny.

Nie zamierzałem jej straszyć, ale popatrzeć…

Pojawiła się, gdy słońce pozłociło dachy domów i nieśmiało zajrzało przez szeroko otwarte okna mieszkania przyjaciela.

Cholera. Na dworze prawie zero, a ona ma pootwierane okna na oścież.

Zresztą jej lekki dres, w którym wyszła na dwór, też nie zapewniał jej wiele ciepła. Pokręciłem głową, uśmiechając się cicho. Szalona dziewczyna. Narwana, a taka moja. Każdym oddechem, każdym zagłębieniem i wypukłością jej wyrzeźbionego ciała. Moja kobieta.

Patrzyłem na nią, łapczywie chłonąc każdy gest. Oto przymknęła oczy i potrząsnęła głową, a wysoko upięty kucyk zafalował, gdy poprawiała kabel słuchawek. Potem spojrzała na telefon i przesunęła palcem po ekranie, włączając muzykę, po czym od razu się uśmiechnęła i spojrzała wprost na mnie.

— Cholera — zakląłem cicho, patrząc w skośne zielone oczy tej, która była moja.

Kto by pomyślał, że ta Walkiria okaże się prymuską i Armagedonem w jednej osobie — Darina Jaskółka.

A teraz ta dziewczyna siedzi naprzeciwko i patrzy na mnie jak na inkwizytora. Ten wzrok budzi we mnie wcale nie szlachetne pragnienia, tylko całkiem przyziemne, czysto męskie. Nie sposób się ich pozbyć bez strat.

Ratuje mnie złość. Dziwna, irracjonalna. Na kobietę, która co noc zostawiała córkę, żeby bawić się w klubie. No dobrze, niech będzie, że to była praca i przynosiła całkiem niezły zarobek, ale doskonale pamiętałem tamtą noc, kiedy poszła ze mną. Taka pociągająca i tak nieosiągalna.

— Nawet nie próbuj, przyjacielu — prychnął Romek, śledząc mój wzrok. — Moja Walkiria jest niewinna i cnotliwa. Wszyscy faceci z klubu już sobie na niej zęby połamali. I wiesz, niezmiernie mnie to cieszy. Miło mieć świadomość, że w naszym sprzedajnym świecie istnieją takie… dziewczyny.

I wcale o tym nie myślałem. Tej nocy już na pewno — chyba kompletnie mi odbiło. I chyba nie tylko mnie.

— Platonie Danyłowiczu — ostrożny głos Jaskółki przywołał mnie z powrotem do teraźniejszości, w której byłem na nią bardzo zły.

Przy okazji, Romek nie wspominał, że Jaskółka mieszka u niego razem z dzieckiem. Czyli nie tylko zostawiała je podczas nocnych zmian, ale w ogóle je porzuciła.

Własną córkę zostawiła nie wiadomo komu, ale dla cudzych dzieci z pewnością była prawdziwą matką. Tylko dlatego ułożyłem idealny plan, w który Basia wpasowała się w samą porę.

Tylko że teraz zmienna znowu zmieniła swoją wartość, aidealne rozwiązanie zadania, które niemal wyłaniało się na horyzoncie, znów stało się mgliste i obrosło mnóstwem niewiadomych.

Co jest z tobą nie tak, dziewczyno o szmaragdowych oczach?

— Koniec paniki, Jaskółko — rozkazałem, kiedy dziewczyna nerwowo spojrzała na drzwi, nad którymi zadźwięczał dzwoneczek. — Teraz pojedziemy w jedno miejsce i wszystko załatwimy.

— Dokąd? Po co? — zapytała, gdy zamówiłem taksówkę.

Dziwne pytanie, zważywszy na to, że doskonale słyszała, dokąd pojedziemy.

Była napięta jak struna, lada chwila mogła pęknąć.

— Leśno — ekskluzywna miejscowość sto kilometrów od miasta. Jest tam świetna szkoła, w której przez najbliższe dwa tygodnie będzie pani odbywać praktykę, studentko Jaskółko.

— Jaką praktykę, Platonie Danyłowiczu? Pan nic nie rozumie? Zaginęło mi dziecko. I dopóki jej nie znajdę…

Chapter 5 / 38 · Page 1 of 2