5. Profesor
— A ponadto, Darino — przerwałem dziewczynie bezceremonialnie, choć jej słuszne oburzenie nawet mnie zachwyciło. — Całkiem możliwe, że wszystko nie jest tak źle, jak się wydaje. Czasem fakty prowadzą do różnych wniosków. — Tam mieszka pewna osoba, która pomoże nam znaleźć Barbarę.
Z faktów wynikało, że gdyby Basia rzeczywiście była moja, Jaskółka nigdy by jej nie zobaczyła.
Ale kim byłem, żeby to zrobić? Nikim. Nawet wynik analizy DNA, który będzie gotowy za kilka dni, nie ma już znaczenia, bo wiem na pewno, że jedenaście lat temu nie znałem Dariny Jaskółki ani nigdy nie byłem w mieście, w którym wtedy mieszkała.
Pozostało tylko zawieźć Darinę do Leśna, oddać jej Barbarę i o wszystkim zapomnieć.
„No i świetnie — odezwał się wewnętrzny cenzor głosem najlepszego przyjaciela. — Skoro jej nie potrzebujesz, sam ją sobie wezmę”.
„Wała ci, jest moja” — odszczeknąłem mu w myślach i spojrzałem na milczącą Darinę.
Słońce igrało na jej bladej twarzy świetlistymi zajączkami, delikatnie głaskało wysokie kości policzkowe usiane piegami. No proszę, a ja nie zauważyłem, że ma piegi — rude, jakby malarz rozpryskał farbę na jej skórze.
A słońce w tym czasie bawiło się, muskając dziewczęce usta, a ja odruchowo oblizałem swoje, wspominając nasze pocałunki o smaku marokańskiej kawy.
Jaskółka jakby wyczuła moją uwagę, uniosła głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Mój błękit i jej zieleń, teraz głęboka i ciemna jak malachit.
Patrzyła uważnie, wciągając mnie w wir emocji, które niczym tajfun kłębiły się w jej czarodziejskiej zieleni. A na samym dnie jej szczerego spojrzenia rozlewało się miedziane słońce.
Zapomnieć? Odpuścić? I oddać ją w ręce jakiemuś palantowi? Co tam Romek mówił? Koniecznie musi wyjść za mąż?
Wyjdzie za mąż. Najważniejsze, żeby teraz Basia nie zawiodła.