6. Artystka
W samochodzie było ciężko. Nie, jechaliśmy wygodnie, a taksówkarz nie męczył nas pustą gadaniną. Nawet wiecznie irytująca muzyka sącząca się z głośników radia jakoś teraz łagodziła tę niezręczną ciszę, która zawisła między nami niczym burzowa chmura.
Zdawało mi się, że samo powietrze iskrzy od przeczucia burzy. Czułam na skórze kłucie tysiąca igieł, zupełnie jak drobne wyładowania elektryczne.
Jakiś szósty zmysł podpowiadał mi jedno — Książę patrzy na mnie, bada mnie przenikliwym spojrzeniem, od którego pod skórą rozlewa się ciepło, jakby do żył wlano ogień. Właśnie w tym tkwi cały problem: w tej porannej chwili, w uważnym spojrzeniu mężczyzny, który wytrąca mnie z równowagi. Pod jego spojrzeniem czułam się nieswojo, jakbym była zupełnie naga. Patrzył na mnie tak, jakby widział mnie nago. I nie chodziło tylko o ubranie — gubiłam się w tych dziwnych doznaniach.
Już zeszłego lata przydarzyło mi się coś podobnego. Olśniewający mężczyzna i jego magnetyczne spojrzenie, przenikające aż do samej duszy. A potem nadeszła ta szalona noc: jego zachrypnięty głos, szepczący grzeszne bzdury, jego usta w najintymniejszych miejscach i palce malujące akwarelą fantazyjne wzory na wilgotnym ciele.
Tej pierwszej nocy przedstawił się jako Mistrz, cytował Blake’a i malował jak zahipnotyzowany. Całował mnie, malował na moim ciele i zachwycał się tym, jak tańczę. I tym, jak na mojej skórze ożywają jego mistyczne ptaki. Malował ptaki, choć wcześniej nigdy tego nie robił. A do tego nosił maskę i ani razu nie pozwolił mi zmyć makijażu, który nakładano mi przed każdą zmianą w klubie „Art-house”, gdzie pracowałam jako barmanka.
I teraz czułam coś podobnego: zagubienie i dzikie pragnienie, by rzucić się z głową w nieznane. Tym nieznanym okazał się profesor Halicki, którego nieskrywane zainteresowanie wytrącało mnie z równowagi. Nie miałam wątpliwości, że interesował się mną jak kobietą. Raz już widziałam podobne spojrzenie. Tej samej szalonej nocy, obok Mistrza.
Cholera, co za nieodpowiednie myśli. Co za dziwny dzień. I jeszcze Basia. Dokąd mogła pójść? A przede wszystkim — po co? Jakie wnioski wyciągnęła z podsłuchanej rozmowy?
— Może poszła do ojca? — głos profesora wyrwał mnie z zamyślenia.
— Czy ja mówiłam na głos? — spytałam, jąkając się, i zamiast odpowiedzi zobaczyłam uprzejmy uśmiech mężczyzny. Wzięłam głęboki oddech. — Basia nie wie, kto jest jej ojcem.
— Nawet tego? — jego ciemna brew uniosła się w niemym pytaniu. — Ciekawe.
Nie zdążyłam spytać, co tym razem wydało mu się ciekawe, bo profesor nagle zmarszczył brwi, a potem uśmiechnął się tak szeroko, że serce podskoczyło mi w piersi i utknęło gdzieś w gardle. Takiego naszego Księcia chyba nikt jeszcze nie widział.
A potem lekko wyskoczył z samochodu, który zatrzymał się przy dwupiętrowym drewnianym domu z bramą otwartą na oścież.
Wyskoczył, nawet nie płacąc. No można oszaleć.
Musiałam wygrzebać z plecaka ostatnie pieniądze — jak się okazało, przejazd taksówką do miejsca oddalonego o sto kilometrów od miasta kosztował całą fortunę. Taksówkarz patrzył na moje drobniaki, jakbym próbowała wcisnąć mu jadowitą żabę.
— Coś nie tak? — prychnęłam, patrząc na niezadowoloną minę kierowcy.
Pogardliwie zerknął na mocno zmiętą kupkę pieniędzy — ostatnie, co zostało z poprzedniej wypłaty — ale nie odmówił ich przyjęcia. Nawet przeliczył wszystko do ostatniego grosza.
A kiedy wysiadłam z samochodu, tak mocno wcisnął gaz, że stało się jasne, co myśli o takich pasażerach. No jasne, czego można się spodziewać po flejtuchu takim jak ja. Nieważne, że miałam na sobie czyste, suche ubrania, a włosy, znów związane w kucyk na karku, wyglądały całkiem przyzwoicie. Przecież jestem tylko zwykłą studentką, która zarabia na studia nocnymi zmianami w klubie dla facetów. Nie to co profesor, który stał nieruchomo w otwartej na oścież bramie.
Wyjrzałam zza jego ramienia i zamarłam.
Stała na ganku ogromnego drewnianego domu: jej ulubione dżinsy były całe podarte, koszula mokra, na twarzy i we włosach miała grudki błota, na skórze — otarcia, a w oczach — gniewną determinację, żeby dać nauczkę tym, którzy stali naprzeciwko. A naprzeciwko niej stali chłopcy, równie umazani, tylko trochę bardziej poturbowani.
Jeden z nich, wysoki i chudy, trzymał się za nos, który puchł w oczach.
Drugi, nieco niższy i grubszy, ciężko oddychał i lada chwila miał paść prosto w brudną kałużę.
Cała trójka wyraźnie pokłóciła się o coś i trudno było uwierzyć, że ta delikatna dziewczynka z rozczochranymi włosami i mocnym postanowieniem wypisanym w niebieskich oczach, gotowa ruszyć do drugiej rundy, tak urządziła dwóch chłopaków, wyraźnie starszych i silniejszych. Trudno było w to uwierzyć każdemu, kto nie znał Basi tak dobrze jak ja. A ja znałam tę małą zadziorę od dawna i bardzo dobrze. Nie zdążyłam jednak wkroczyć, bo nad głowami dzieci rozległ się donośny, pełen niezadowolenia głos, od którego aż podskoczyłam.
— I co tu się dzieje?
Nikt nie zdążył odpowiedzieć, ale profesor wcale nie potrzebował odpowiedzi. Od razu ocenił sytuację, co, jak się zdawało, zaskoczyło nie tylko mnie.
— To ty ich tak urządziłaś, Barbaro? — zapytał, kiwając głową w stronę pobitych chłopaków.
Chudemu spuchł nos i niemal krwawił, a pod okiem rozkwitał przyszły siniak. Drugi miał rozcięty policzek i podarte ubranie.
— Ja — przyznała szczerze Basia.
Co jak co, ale Basia nigdy nie umiała kłamać w sprawie swoich wybryków; zresztą nawet nie próbowała — zawsze przyznawała się do tego, co zbroiła. Gorzej, że nie zawsze rozumiała, kiedy miała rację, a kiedy nie. Ale kłamać? Nie, nigdy.
Tylko co ona robi tutaj i dlaczego profesor rozmawia z nią tak, jakby znał ją od stu lat?
— Zasłużyli?
Stanowczo pokiwała głową.
— Niezły cios, brawo. Tylko następnym razem…
Nie usłyszałam, co takiego miała zrobić następnym razem, bo Basia mnie zauważyła i natychmiast zmienił się jej wyraz twarzy — przestraszyła się, jakby zobaczyła ducha.
— Mamo?!