9. Profesor
Przepadłem za nią jak głupi. Jak ona się śmieje — urzekająco, otwarcie, mrużąc oczy, jakby raziło ją słońce. A jej śmiech, miękki i delikatny jak aksamit, sunie pod skórą, wstrzykując do krwi zabójczą dawkę alkoholu. Ta zielonooka dziewczyna o aksamitnym śmiechu upaja mocniej niż dobrze leżakowany koniak.
I w pewnej chwili przyłapuję się na jednej prostej myśli: chcę mieć tę dziewczynę w swojej kuchni, w swoim łóżku i w swoim życiu. Taką żywą i szczerą, nieskażoną światem fałszu. Z potarganymi i kręconymi po deszczu włosami, z rozpalonymi policzkami i piegami na ostrych kościach policzkowych, z oczami niczym wiry, w których aż chciało się utonąć.
Uśmiecham się do własnych myśli. Niewiele trzeba, żebym z pragmatyka zmienił się w romantyka. Romek będzie zachwycony. On po nocach marzy, żebym uwierzył w miłość i zaczął śpiewać serenady oraz pisać wiersze. Tyle że z poezją nigdy mi nie było po drodze, a z muzyką też się nie ułożyło — ani słuchu, ani głosu.
I ze mnie żaden książę, ale kto powiedział, że tej dziewczynie, która doprowadza mnie do szaleństwa, potrzebny jest książę? Całkiem możliwe, że zwykły profesor też się nada.
Z jakiegoś powodu po raz pierwszy zapragnąłem, żeby teoria prawdopodobieństwa zadziałała i Darina Jaskółka stała się moją wygraną w tym życiu. Bo inaczej, jak mówi moja mamusia, niewiele brakuje, żebym w wieku prawie czterdziestu lat został samotnikiem.
Jaskółka idealnie pasowałaby do mojego domu i mojego życia. Od razu wyobraziłem sobie, jak w mojej koszuli przygotowuje śniadanie, popisując się tymi swoimi obłędnie długimi nogami, coś sobie podśpiewuje i uśmiecha się szczęśliwie. Obraz jest tak czarowny, że nie od razu rozumiem, co naprawdę się dzieje.
Śmiech Jaskółki wzbija się do najwyższej nuty, a jej dźwięczny głos burzy naszą idyllę.
A oto i rodzinka. Wystarczy tylko wspomnieć, a zaraz ktoś się zjawia z pouczeniami, jak powinien żyć biedny chłopaczek Platon w wieku trzydziestu ośmiu lat.
— Platonie, co się dzieje?
Stoimy na werandzie. I raz po raz przyłapuję się na tym, że chciałbym przynajmniej się odwrócić, a najlepiej wrócić do dziewczyn, bo jedna z nich może okazać się na tyle rozgarnięta, żeby uciec mi sprzed nosa.
A przecież przez prawie rok udawało jej się przede mną ukrywać. Tyle że ja jej szukałem: przesiadywałem w klubie Romka, wpatrywałem się w twarz każdej dziewczyny, szukałem jej oczu. I nie znajdowałem. Zawsze trafiałem na inną zmianę. A kiedy akurat pracowała — Zima się nie przyznawał.
Kto by pomyślał, że przez cały czas była tak blisko. Doprowadzała mnie do szaleństwa i zamieniała moje życie w chaos. Do tego stopnia, że znowu chwyciłem za pędzle i po raz pierwszy od siedmiu lat przyjechałem do własnego domu.
— Platonie, halo!
Olga pomachała mi przed twarzą smukłą dłonią z jaskrawoczerwonym manikiurem.
— Co się dzieje? Dlaczego mama dzwoni do mnie w panice i mówi, że masz córkę i zamierzasz się ożenić? Jaką córkę, Platonie? Skąd ona się wzięła?
— Pewnie z tego samego miejsca co wszystkie. Wiesz, siostrzyczko, z anatomią nie jestem specjalnie obeznany — uśmiechnąłem się, napotykając oburzone spojrzenie brązowych oczu. — Od teorii wolę praktykę. Ale nie będę ci tego pokazywał. Jaki przykład dałbym młodszej siostrzyczce?
— Klaun — prycha z uśmiechem i wreszcie zaczyna przypominać normalną dziewczynę, a nie zimną telewizyjną diwę i boginię prime time'u.
— Olka, po prostu mam już dość wszystkich prób mamy, żeby urządzić mi życie osobiste — rzucam ukradkiem okiem na szklane drzwi, za którymi budził się do życia stary rodzinny dom, który od dawna nie słyszał kobiecego, a tym bardziej dziecięcego śmiechu. — I twoich też. Jestem dorosłym chłopcem, jeśli nie zauważyłaś.
— Po prostu się o ciebie martwimy — mówi cicho.
— Więc przestańcie, a wszystkim będzie łatwiej.
— A słyszałeś, że Lisowski wystawia w „Heliosie”?
Wlepiam wzrok w siostrę, która uważnie przygląda się mojej twarzy. Mistrz Lisowski w miejscowej galerii — to ciekawe. Trzeba pójść i zobaczyć, co tym razem knuje stary szachraj Johnny, agent światowej sławy artysty, który maluje portrety kolorowym tuszem. Podobno sam wymyślił recepturę kolorowego tuszu i nikomu nie zdradził formuły. Dziwak z niego.
— Olka, jesteś niepowtarzalna — uśmiecham się, podnosząc wzrok ku niebu, które błękitnieje w prześwitach szarych chmur. — W zagadywaniu ludzi nie masz sobie równych.
Odciągnąć od głównego tematu, a potem wprost zapytać o to, co mnie nurtuje, i uzyskać wszystkie odpowiedzi, bo klient jest już rozgrzany, rozluźniony i nie wyczuwa podstępu. Ale ja nie jestem jej klientem — tę księżniczkę znam od dziecka na wylot.
Tak się złożyło, że kiedy mama wychowywała w swojej szkole niesfornych uczniów, a ojciec dowodził garnizonami — ja wychowywałem małą Olkę, której wolno było wszystko i jeszcze więcej. Ona psociła, a obrywałem ja. Tak, bywało.
Jestem przecież mężczyzną. A mężczyzna to obrońca. A obrońcy powinni służyć w wojsku i stać na straży swojej jedynej Ojczyzny.
Nigdy nie miałem nic przeciwko obrońcom, dopóki ojciec nie wyrzucił z domu wszystkich moich farb i płócien i nie zabronił mi chodzić do plastyka.
— Jestem profesjonalistką, Platonie. Muszę umieć wydobyć nagą prawdę. Inaczej nie mam czego szukać w dziennikarstwie.
— Dobrze, profesjonalistko, chodź, przedstawię ci moje dziewczyny.
— Aż tak? — cała się spina. — Platonie, tylko nie mów, że postanowiłeś ożenić się z własną studentką? Ojej — macha ręką na moje zdziwienie, — znam wszystkie twoje studentki. Nie zdziwię się, jeśli mama ma na każdą z nich dossier. Życie z generałem, wiesz, odciska swoje piętno.
Patrzy mi prosto w oczy i widzę, jak w jej czekoladowym, ojcowskim spojrzeniu zapalają się jasne iskierki gniewu.
— Naprawdę oszalałeś — kręci głową, bo to, co zobaczyła, wyraźnie jej się nie podoba.
Tak samo jak to, że znowu stawiam się rodzicom, a to znaczy, że kolejnej awantury nie da się uniknąć. A ona, jak zwykle, będzie musiała ratować matkę, która dostanie kolejnego ataku serca, i odbierać ojcu papierosy, bo syn znowu wymknął się spod kontroli. Nieważne, że syn dawno już dorósł.
— Po prostu żyję tak, jak chcę, siostrzyczko.
— To dlaczego nie zostałeś malarzem, o czym zawsze marzyłeś? Raz dałeś się namówić, a teraz ja muszę to odkręcać.
Tak, raz się ugiąłem, kiedy po moim oświadczeniu, że chcę zostać artystą, matka trafiła na OIOM. Zamiast na wydziale artystycznym wylądowałem więc na wydziale fizyczno-matematycznym, a mama szybko wyzdrowiała, zrobiłem niezłą karierę naukową, a w świecie sztuki pojawił się młody, odnoszący sukcesy artysta, który stał się sensacją na skalę światową.
Mistrz Lisowski, którego twarz widzieli tylko dwaj najlepsi przyjaciele — Johnny Hope i Romek Zimin.
The story continues...
Sign in or create a profile to keep reading.