SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Chapter 1/39 · Page 1 of 20%

Włożyłam kożuszek, czapkę, otworzyłam drzwi tyłkiem i wytoczyłam z sypialni walizki. Przeciągnęłam je korytarzem, zatrzymałam się w progu salonu i zwróciłam się do rodziców:

— No to tyle, mamo, tato, nie wspominajcie mnie źle, stało się! Wyprowadzam się z domu! Nie musicie mnie odprowadzać ani odwodzić. Możecie pomachać mi z okna białą chusteczką na błogosławieństwo, a ja pomaszeruję w nowe życie!

Na opuszczenie rodzinnego domu wybrałam, rzecz jasna, moment nie najszczęśliwszy. Zegar na ścianie pokazywał dziesiątą wieczorem, za oknem padał śnieg, a w telewizji transmitowali ważny dla całego kraju mecz hokejowy. Ale kiedy decyzja zapadła, nie ma już wyboru — albo odważę się dziś, albo nigdy. Bo w życiu każdego człowieka zdarzają się takie chwile, gdy pozostaje zdać się na gwiazdy. A gwiazdy w ten przednoworoczny dzień zapragnęły, żebym wreszcie uświadomiła sobie rzecz oczywistą — karta mojego pięcioletniego związku z Żorikiem została odwrócona na zawsze!

Tata, przyjąwszy pozę ciężarowca przed decydującym wyciskaniem, co chwila odrywał od kanapy punkt podparcia i śledził grę hokeistów, a mama czytała romans. I sądząc po tym, jak zaczerwienił się czubek jej nosa, na który zdążyły już zsunąć się okulary — miłość w powieści była aż strach, jak miłosna. Prawdziwa, potężna! A nie taka jak u mnie!

O, na okładce szlachetny dzikus galopuje na koniu. I oczywiście z nagim torsem oraz rozwianą grzywą włosów — bujniejszą niż u jego rumaka! Na taką grzywę trzeba by wydać pół portfela kosmetyków! Bez regularnych wizyt u fryzjera i dietetyka ani rusz, a jemu nic a nic — galopuje sobie po prerii, ani razu nie zakurzony. O wyrzeźbionym torsie i depilacji już nawet nie wspominam. Ech, tylko w książkach tacy się trafiają!

Mama przewróciła stronę i uśmiechnęła się marzycielsko — no jasne! Tata podrapał się po łysinie i uniósł. Znów usiadł. Zaklął niecenzuralnie. Tylko Liza — owczarek niemiecki i domowa ulubienica, podniosła głowę i ze zdziwieniem odwróciła pysk w moją stronę — jakby mówiła: co ty rozrabiasz, Nataszka?

Tak jest zawsze. No dlaczego psy o wiele lepiej wyczuwają ludzi?

Odchrząknęłam i z powagą zabrzęczałam walizką.

— Hej, rodzice! — zawołałam nie bez urazy. — Ja się od was wyprowadzam! A wy siedzicie sobie, jakby tak właśnie miało być!

— A co, nie miało? — odezwał się tata, bo mój tata to niezły żartowniś. — Dawaj, córcia, szerokiej drogi! — machnął ręką, wciąż śledząc hokeistów jak kot rozbrykane myszy. — Jak wyjdziesz, tak wrócisz! Zawsze cię chętnie przyjmiemy! Tylko piwko w drodze powrotnej zgarnij — tata z obawą zerknął na mamę i ostrożnie puścił do mnie oko — bezalkoholowe!

Właściwie wyprowadzałam się z domu nie pierwszy raz, ale żeby tak poważnie — nigdy!

— Natasza, co się stało? — mama wreszcie odłożyła książkę na bok i poprawiła okulary na nosie. — W pracy coś się wydarzyło? A może znowu postanowiłaś zejść się ze swoim dentystą? Przecież rzuciłaś Gieorgija? — zmarszczyła czoło. — Czy już nie? Zupełnie się w was pogubiłam!

Mama nie lubiła Żorika. Nie, inaczej. Mama nie znosiła mojego byłego chłopaka! Ale nie lubiła go nie dlatego, że sama była złośliwa, tylko dlatego, że przez pięć lat mącił jej córce w głowie, przysięgał wielką miłość, z walizeczką wprowadzał się do mojego pokoju i wyprowadzał, a oświadczyć się jakoś nie zdołał.

— Nie, mamo, z Żorą rozstaliśmy się definitywnie! — potwierdziłam stanowczo. — Łza Krokodylówna zwyciężyła, niech ją szlag! A poza tym chyba ma inną dziewczynę.

Ostatnie zdanie wypowiedziałam ciszej, ale mama i tak wypuściła książkę z rąk i zdumiona jęknęła. Dzikus w pełnym galopie gruchnął nosem o podłogę — i dobrze mu tak!

— Kto ma inną?! — spytała, otwierając usta. Ze zdumienia zabrakło jej nawet tchu: — Ten łysawy tchórz?

Tata natychmiast pogładził łysinę i oburzył się, reagując zgodnie z zasadą „słyszał dzwon, ale nie wie, w którym kościele”.

— Hola, hola, proszę bez obelg! Czemu to ja niby tchórz?

— Siedź ty, Fiejakin! — machnęła ręką mama. — Nie o tobie mowa! Mówię o Gieorgiju!

— Aaa — tata ze zrozumieniem skinął głową, wracając do hokeja. — Jeśli o Gieorgiju, to słusznie! — znów uniósł nad kanapą piąty punkt, śledząc krążek, który pędził prosto do bramki przeciwników. — Trzeba go pogonić na cztery wiatry, od dawna powtarzam to Nataszce! O, nasz Wowka od razu ożenił się z Olgą i narobił dzieci, za nos jej nie wodził! A ten tylko jęczy: mama przeciwna, mama tego nie przeżyje… Tfu! Czy to w ogóle chłop?! Klucha! Gdyby na miejscu Nataszki był Wołodia, dawno spuściłby tego nieszczęsnego adoratora ze schodów!

No proszę, znowu to samo. Tata znów swoje.

Mam starszego brata Wowkę — dumę rodziny, pracuje na północy. Oto on — idealny syn i wzór dla wszystkich. I sportowiec, i dobrze się uczył, i uniwersytet skończył z dyplomem z wyróżnieniem jako inżynier energetyk, nie to co ja — wyuczyłam się w technikum na fryzjerkę i jestem całkiem szczęśliwa.

Od ukończenia szkoły minęło już siedem lat, a tata dopiero od jakichś dwóch się uspokoił. Wcześniej ciągle się dziwił: no co to niby, Nataszka, za zawód? Matka — starsza ekonomistka, on — doświadczony kynolog, a ja taka… nie wiadomo kto. Nie, tata oczywiście mnie szanuje i bardzo kocha, ale uważa, że wszystkie moje osobiste niepowodzenia biorą się ze skromnych życiowych oczekiwań. Że niby zadowalam się zbyt małym. I gdyby jego córka była dumną inżynierką z ambicjami, jak brat, natychmiast wysłałabym Żorika na Księżyc!

Trudno dyskutować z tatą. Po pierwsze, jest tak samodzielnym mężczyzną, że nawet głowę goli sobie sam jeszcze od czasów służby w wojsku — i po co mu fryzjerzy! A po drugie, z nim nie dyskutują nawet samce ras bojowych — szanują.

Pamiętam, miałam jakieś osiem lat, kiedy pewnego dnia tata przyprowadził do domu amerykańskiego bandoga Tima — nie psa, tylko maszynę! Z Wowką przez trzy dni piszczeliśmy z zachwytu. Silny był z niego pies, jak czołg, i z takim samym charakterem. Z właścicielem się nie ułożyło — tamten trzymał go w klatce, wychowywał biciem i głodem. A z nami jakoś się ucywilizował. W rodzinie go i odkarmiliśmy, i wypieściliśmy. Zrobił się z niego taki kochany psiak — woził mnie na sankach, oblizywał mi nos. Przezwaliśmy go Chrumkiem, bo śmiesznie chrumkał, kiedy drapaliśmy go po brzuchu. Przeżył z nami dziesięć lat…

Ale coś się rozgadałam.

No więc. Tatę kocham, i to bardzo, ale z jego tezą o życiowym sukcesie zasadniczo się nie zgadzałam. A dokładniej, z żelazną sztywnością tej tezy. Oczywiście prestiżowy zawód to pewien status w oczach społeczeństwa, z tym trudno się spierać. Ale czy właśnie posiadanie statusu czyni nas szczęśliwymi? Czy poza dyplomem solidnej uczelni naprawdę nie ma za co się szanować?

No już bez przesady. Dla mnie o wiele ważniejsze jest prawdziwe powołanie i własne miejsce w życiu. Jeśli masz szczęście i to miejsce znajdziesz — to choćbyś był biologiem molekularnym, piątymi skrzypcami w orkiestrze, pomocnikiem piekarza czy sprzedawcą ozdób choinkowych — wszystko rozstrzygnie wewnętrzna harmonia i kropka!

Tak samo jest z człowiekiem. Jeśli go masz — ukochanego i jedynego, dla którego jesteś droższa niż cały świat, to czy naprawdę ma znaczenie, czy ma status, czy nie? Jest taksówkarzem czy świetnie zapowiadającym się dentystą?

Chapter 1 / 39 · Page 1 of 2