Rozdział 1
Nie, oczywiście są dziewczyny, dla których to sprawa kluczowa, ale to na pewno nie o mnie. Ja przecież kochałam Żorika po prostu.
Tak, nie zostałam ekonomistką, jak marzyli rodzice, i nie zostałam inżynierem jak brat, ale za to jestem taką fryzjerką, że ludzie zapisują się do mnie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. W trakcie zmiany nie ma kiedy napić się herbaty! I pracuję w najlepszym salonie w mieście, gdzie nie biorą byle kogo. Po centrum chodzę jak królowa, bo wszyscy się ze mną witają — zwłaszcza przy ratuszu. A jak mają się nie witać, skoro obsługują się u nas wszystkie znane i ważne osoby?
A jeśli już o to chodzi, zarabiam nie mniej niż brat. Dwa lata odkładałam pieniądze na samochód, ale przecież kupiłam — Daewoo Matiza! Tak, to nie Ferrari, ale za to Wowce od ręki dołożyłam cztery tysiące zielonych do mieszkania. A mnie osobiście moja mała bryka wystarcza z nawiązką!
— Tato, ale co ma do tego Wowka i schody? — opuściłam ramiona. — Do samego końca myślałam przecież, że z Żorikiem wszystko jest poważne. Że będziemy mieć rodzinę, dzieci. Że dorośnie i zrozumie: mama mamą, ale powinien mieć własne życie! On przecież jest dobry i mnie kocha.
Tata prychnął, mama westchnęła, a ja od razu ponuro się poprawiłam, przypomniawszy sobie rozmowę telefoniczną z niedoszłą teściową, z której właśnie dowiedziałam się, że u byłego pojawiła się inna:
— A właściwie kochał. Ale teraz koniec! Mam dość, chcę zacząć nowe życie od zera! Właśnie teraz chcę! Macie rację, dawno trzeba było przeciąć ten węzeł gordyjski i przyznać, że nic z tego nie wyjdzie, dopóki żyje Łza Krokodylówna. Dlatego odchodzę. Jutro wiatr się odmieni, Żorka znów będzie wystawał pod klatką, a ja jak zawsze nie wytrzymam. A ja chcę wytrzymać, inaczej będziemy się tak męczyć nawzajem przez dwadzieścia lat.
Krążek przeleciał obok bramki, tercja się skończyła, a rodziciel wstał z kanapy. Podciągnął domowe spodnie.
— Natasz…
— Poczekaj, matka! — tata zatrzymał mamę, przyciskając ją do siebie. — Nasza córka mówi całkiem słusznie! — skinął z aprobatą. — Tylko tym razem, Nataszka, skoro już się zebrałaś, to tnij tak, żeby odcięło na poważnie! — zacisnął dłoń w pięść i potrząsnął nią przy twarzy. — A my, jeśli zobaczymy tego chudonogiego tchórza, powiemy mu, że wyjechałaś na Alaskę. I nie ma co naszej córce mącić w głowie!
— Sierioż, uspokój się! Natasza z Gieorgijem sami wszystko między sobą wyjaśnią — zauważyła delikatnie mama, czując, że Fiejakin senior zaczyna się nakręcać.
— Ja się martwię, Lud! Przeżywam! Nataszka jest u nas za dobra, cała we mnie! Ja ją, można powiedzieć, czuję duszą! Cieniutkimi fibrami, nie tak jak ty!
Oj. A tego tata nie powinien był mówić — mamie natychmiast rozwinęły się skrzydła. A dokładniej, ręce oparły się na biodrach i cała delikatność zniknęła, odchodząc ostrym zakrętem w lot nurkowy.
— Coo?! — wsadziła okulary na czubek głowy i zatrzepotała rzęsami. Ściągnęła brwi nad nasadą nosa. — A ty myślisz, Fiejakin, że ja nie czuję? Że ja nie przeżywam?! Przecież serce boli bardziej niż ciebie, kiedy na to patrzę! To się schodzą, to rozchodzą! To Żorka gotuje naszej Nataszce zupki, oczu z niej nie spuszcza, a za chwilę biegnie do mamy! To jego buty stoją w naszym przedpokoju, a to już ich nie ma! Nie po to wychowywałam córkę dwadzieścia pięć lat, żeby ta jędza Izolda ze swoim synem mącili jej w głowie! Nie po to siedzę z tobą po pół roku na daczy, żeby Nataszka mogła ułożyć sobie życie uczuciowe! Myślisz, Sieriożka, że ja nie mam fibrów?!
— Fibr, Lud.
— Jeden pies! Mam je! I cieńsze od twoich!
— Mamo, tato, tylko waszej kłótni mi jeszcze brakowało! — podeszłam do rodziców i cmoknęłam oboje w policzki. Wróciwszy do progu, poprawiłam czapkę i znów chwyciłam za walizkę. — No nie martwcie się! Co będzie, to będzie, a ja idę!
— Dokąd? — rodzice zadali pytanie chórem, a Liza do tego zaszczekała.
No proszę, jacy niedomyślni.
— Szukać swojego szczęścia, oczywiście!
— Jak zwykle do Maszki? — domyślił się tata, wołając za mną.
Zatrzymałam się na sekundę i zamyśliłam. Mam serdeczną przyjaciółkę — Maszę Malinkinę. Cud człowiek, nie dziewczyna. Od dzieciństwa jesteśmy nierozłączne. Jak to się mówi, razem i w radości, i w biedzie. A jej dzieciaki kocham jak własne, ale dziś nie szłam do niej. Dziś w życiu Maszki świeciło słońce o imieniu Dimka Gordiejew, nasz wspólny kolega z klasy, i nie zamierzałam przeszkadzać Malinie.
Zgodnie z tradycją melodramatów w tym miejscu pewnie wypada uronić łzę. W końcu życie uczuciowe bohaterki się rozsypało. Na dworze mróz, ona wychodzi w noc i łatwo wyobrazić sobie, jak pod jej stopami chrzęści lód, zostawiając w mieście skutym siarczystym mrozem samą… A ja nagle obejrzałam się i uśmiechnęłam.
Kiedy człowiek urodził się optymistą, nie sposób nie wierzyć w jasne jutro!
— Nie, tato, nie do Maszki. Wyobraźcie sobie, wynajęłam sobie mieszkanie aż na trzy miesiące! Luksusowe, z salonem i sypialnią! Z miejscem parkingowym i balkonem o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych! Będę żyć jak carewna w wieży, na trzynastym piętrze! I co najważniejsze, na drugim końcu miasta!
— Trzy miesiące? — jęknęła mama i nasunęła okulary z powrotem na nos. Wymieniła spojrzenie z tatą. — A co z nami, Natul? Jak my bez ciebie tak długo?
To był dylemat. Ale przecież mogłam przyjeżdżać? I dzwonić? Dokądkolwiek bym nie poszła, tutaj zawsze będzie mój dom.
— Mamo, wychowywałaś mnie przez dwadzieścia pięć lat, pożyjcie już wreszcie dla siebie, dobrze? A ja muszę zrozumieć, czy potrafię być sama, czy nie.
Drzwi się otworzyły i wyszłam.
Kiedy dzieci są dorosłe, trudno zatrzymać je pytaniami.
The story continues...
The next chapter is already waiting for you.